Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sci-Fi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sci-Fi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 września 2017

Valerian i Miasto Tysiąca Planet (2017)


Tytuł: Valerian i Miasto Tysiąca Planet (Valerian and the City of a Thousand Planets)

Gatunek: Akcja/Sci-Fi
Reżyseria: Luc Besson
Premiera: 4 sierpnia 2017 (Polska), 17 lipca 2017 (świat)
Ocena: 2+/6



Dane DeHaan ("Na śmierć i życie", "Kronika", "Diabelska przełęcz"), Cara Delevingne ("Twarz anioła", "Papierowe miasta", "Legion samobójców") oraz Clive Owen ("Bliżej", "Ludzkie dzieci", "Sin City") pod czujnym okiem Luca Bessona ("Nikita", "Leon zawodowiec", "Lucy") i przy budżecie blisko 200 milionów dolarów - ekranizacja "Valeriana" była wręcz skazana na kinowy sukces. Tymczasem... nawet się nie zwróciła. W kinie jest przesyt ociekających efektami blockbusterów, czy może nowy film Bessona jest rzeczywiście aż tak zły?


Major Valerian i sierżant Laureline to agenci, których zadaniem jest utrzymanie porządku w galaktyce. Pewnego dnia dostają tajną misję w Mieście Tysiąca Planet - kolebce ładu, spokoju i harmonii, gdzie liczne rasy współpracują ze sobą, wymieniają się wiedzą, doświadczeniami i odkryciami, by utrzymać panujący pokój. Na miejscu okazuje się, że w samym jądrze Miasta powstała skażona strefa, której rozprzestrzenienie zagraża życiu wszystkich mieszkańców. Valerian i Laureline muszą ochronić komandora Aruna Filitta i odkryć, kto stoi za atakiem na Miasto.


Niezaprzeczalnie "Valerian i Miasto Tysiąca Planet" jest nakręcony z rozmachem, który nie odstępuje hollywoodzkim produkcjom. W końcu tytuł najdroższego filmu w historii kina europejskiego do czegoś zobowiązuje. Miłośnicy efektów specjalnych będą wniebowzięci - świat Bessona aż pęka w szwach od efektów specjalnych, fajerwerków i dopracowanych wizualizacji. W "Valerianie..." rzeczywistość przeplata się z bajkowymi wymiarami, które raz przypominają utopijny raj Pandory Camerona, a raz - podrasowane kino akcji sci-fi rodem z końca poprzedniego wieku. Francuski reżyser czerpie garściami z historii gatunku i wcale się z tym nie kryje - w końcu komiksowy pierwowzór powstał jeszcze przed epoką "Gwiezdnych Wojen" i "Star Treka". Luc Besson tak dużo uwagi poświęca na stronę wizualną swojego przedsięwzięcia, że aż zapomina najważniejszym - co tak naprawdę chce przedstawić.


W teorii "Valerian..." miał być zgrabnym mariażem egzytencjalnych przemyśleń z polityczną agitacją, odzianą w hipnotyzujące efekty, z domieszką akcji, humoru, brawury, romansu i przy akompaniamencie muzyki Alexadre'a Desplata. W praktyce nowe dzieło francuskiego reżysera nie tylko powiela błędy nieudanej "Lucy", ale przypomina istną puszkę Pandory, do której ktoś dodatkowo napakował niezliczoną ilość niedokończonych pomysłów. Besson tak bardzo chce pokazać ogrom i różnorodność swojego świata, że sam zaczyna się w nim gubić. Fabuła jest nieprzemyślana, a wątki wydają się być chaotyczne: w jednym miejscu dodane niepotrzebnie, w innym - za wcześnie urwane. Zabrakło tu miejsca na odpowiednie rozrysowanie bohaterów, nakreślenie poszczególnych relacji, czy też - co najważniejsze - zawiązanie jakiejkolwiek więzi z widzem. "Valerian..." przypomina wielkanocną pisankę, pięknie przystrojoną na zewnątrz, lecz pustą w środku. Trochę mniej czasu poświęconego na odpicowanie efektów i trochę więcej na podrasowanie scenariusza i Europa doczekałaby się w końcu własnego wysokobudżetowego filmu sci-fi wysokich lotów. A tak doczekała się obrazu co najwyżej na poziomie szeregowego blockbustera.

 

Trochę dziwić może udział w takiej (nie do końca przemyślanej) produkcji Dane'a DeHaana, który na propozycje narzekać (raczej) nie może, a i warsztat ma całkiem niemały i stać go na znacznie ambitniejsze role. Jego Valerian nie jest zły - ba, to jeden z nielicznych (poza efektami) plusów filmu - ale tak napisana postać nie wymagała od 31-latka zbyt wiele wysiłku. Znacznie gorzej miała Cara Delevingne, która - i tu miła niespodzianka - bardzo dobrze wypadła jako Laureline (a przynajmniej ta Laureline według scenariusza Bessona). Najlepiej ten skrajnie różny ciężar, jaki aktorzy włożyli w swoją pracę, by tak wypaść przed kamerą, opiszą niezapomniane słowa Zofii Nałkowskiej: "Co dla jednych jest sufitem, dla innych jest podłogą". Tym samym Delevingne życzę kolejnych ról, przy których będzie mogła się powoli rozwijać, a DeHaanowi - obsadzania w znacznie ambitniejszych produkcjach.


Podsumowując, miałem nadzieję, że "Lucy" to tylko niewielkie potknięcie i Luc Besson wróci na właściwy tor. Przy "Valerianie..." wygląda to raczej na twórczy upadek z dużej wysokości, zakończony bardzo bolesnym zderzeniem z ziemią. Mam nadzieję, że w tym przypadku powiedzenie "do trzech razy sztuka" sprawdzi się i kolejna propozycja sci-fi od Bessona będzie dużo lepsza. W przeciwnym wypadku francuski reżyser trafi na półkę wraz z innymi twórcami, którzy lata świetności mają dawno za sobą.

wtorek, 11 lipca 2017

Spider-Man: Homecoming (2017)


Tytuł: Spider-Man: Homecoming

Gatunek: Akcja/Sci-Fi
Reżyseria: Jon Watts
Premiera: 14 lipca 2017 (Polska), 28 czerwca 2017 (świat)
Ocena: 6/6

Mimo, że w ostatnim czasie DC Comics ostro wzięło się do roboty i po nieudanych "Batman v Superman" i "Suicide Squad" zaprezentował całkiem dobrą "Wonder Woman", to i tak do lidera komiksowych ekranizacji mu jeszcze daleko. Marvel ani myśli zwolnić tempa i co parę miesięcy serwuje widzom kolejny film ze swojego Uniwersum, który przyciąga tłumy i staje się kasowym hitem. Przy "Wojnie bohaterów" można było jednak odczuć pewien spadek formy, a sam obraz dało się zauważyć, że był zlepiany na siłę. Toteż tym większe moje obawy były przed kolejną (sic!) propozycją Człowieka-Pająka. Czy nowy i jeszcze młodszy Peter Parker był rzeczywiście konieczny?


Po Wojnie Bohaterów młody Spider-Man wraca do domu i z niecierpliwością czeka na kontakt od Tony'ego Starka. Niestety, mimo licznych wiadomości i telefonów ze strony Petera, Iron Man milczy. Parker nie mogąc do końca pogodzić się z powrotem do zwyczajnej rzeczywistości, przywdziewa strój Spider-Mana i pomaga okolicznym mieszkańcom. Pewnego wieczoru Peter jest świadkiem napadu na bank. Chcąc udowodnić, że nadaje się do Avengers, postanawia złapać złodziei. Okazuje się, że bandyci wyposażeni są w tajemniczą broń, stworzoną dzięki kosmicznej technologii. Spider-Man postanawia złapać grupę dostawców nieziemskiej technologii, którą dowodzi tajemniczy Volture. Próba wykazania się za wszelką cenę prowadzi Petera i jego bliskich do nieuchronnej katastrofy.


"Spider-Man" Sama Raimiego z 2002 roku pokazał, że fanów Człowieka-Pająka nie brakuje. Film stał się kasowym hitem i doczekał się dwóch kontynuacji. Mimo wyeksploatowania tematu, zabrał się za niego Sony, starając się go odświeżyć, odmłodzić (dosłownie!) i odziać w jeszcze więcej efektów specjalnych. Zabieg się udał, ale nie pozwolił na pobicie osiągnięć poprzednika. W końcu za Człowieka-Pająka zabrał się Marvel, dogadał się z Sony i, mimo posiadania już sporego wachlarza superbohaterów, dorzucił jeszcze jednego do swojego Uniwersum. Twist z Peterem Parkerem okazał się strzałem w dziesiątkę, a jego udział w "Wojnie bohaterów" był plusem tej średniej fabularnie produkcji. Czy jednak kolejny osobny film o przygodach Spider-Mana był potrzebny?


Zdecydowanie TAK! "Spider-Man: Homecoming" to nie jest ta sama historia Petera Parkera, którą znamy na pamięć, odpowiedziana na nowo przez kogoś innego. Nie wałkujemy po raz enty przemiany zwykłego nastolatka w posiadającego supermoce herosa, nie jest nam prezentowany kolejny radioaktywny pająk, nie poznajemy ponownie okoliczności śmierci wujka Bena ani nie  trafiamy na kolejną ciocię May, która co chwilę wpada w tarapaty. Ten film jest całkiem inny od swoich poprzedników i dzięki temu nie tylko przykuwa uwagę widza, ale perfekcyjnie wpasowuje się w dość rozbudowane MCU. Nawiązania do "Wojny bohaterów" idealnie komponują się z młodzieżowym wydźwiękiem całokształtu, gdzie Parker nie tylko musi się zmierzyć z uzbrojonym w kosmiczną broń wrogiem, ale przede wszystkim z samym sobą, by pogodzić rolę zwykłego, szarego ucznia liceum z byciem znanym z Youtube'a (tak, z Youtube'a!) superbohaterem. Słynne słowa, że "wielka moc wiąże się z wielką odpowiedzialnością", towarzyszą całej historii, ale nie są tutaj powtarzane niczym mantra. Sam wujek Ben odchodzi na odległy plan (a wręcz praktycznie nie ma o nim mowy w filmie), a jego miejsce zajmuje Tony Stark, który staje się dla nastolatka mentorem i niedoścignionym idolem w jednym. Zabieg bardzo ryzykowny i - o dziwo! - bardzo udany.


Trzeba tu jednak zaznaczyć, że Iron Man nie kradnie tego filmu. Ba, nie ma na to nawet najmniejszych szans. Udział Tony'ego Starka jest tu raczej symboliczny i mimo całej charyzmy tej postaci, to młody Peter kradnie całe show. W całym tym superbohaterskim MCU Spider-Man okazuje się najbardziej "ludzki" i najłatwiej nawiązać mu nić porozumienia z widzem. To samo można powiedzieć o jego przeciwniku - Volture nie jest tworem z tajnych laboratoriów Oscorp (jak to bywało dotychczas w serii o Człowieku-Pająku), ale zwykłym zjadaczem chleba, który dla dobra rodziny, nie mogąc pogodzić się z niesprawiedliwością świata, sam schodzi na ścieżkę zła. Ta idea uczłowieczenia superbohaterów udała się perfekcyjnie, a Parker i Volture potrafią skraść sympatię widzów. W połączeniu z niesztandarową (jak na Spider-Mana) historią i cieszącymi oko efektami, które towarzyszą filmowi, a nie go przesłaniają, twórcy prezentują blisko dwugodzinną gratkę nie tylko dla fanów MCU. Tu każdy element, każdy zwrot akcji (a jest kilka naprawdę dobrych!) i każdy wątek został dokładnie przemyślany, zaplanowany i doskonale zaserwowany. Gdyby tego było mało, to na widzów czeka naprawdę ogromna dawka humoru, sytuacyjnego, niebanalnego, takiego, z którego znane są nie tylko filmy Marvela, ale który towarzyszy Spider-Manowi od ponad 50 lat. Przy tym wszystkim muzyka Michaela Giacchino jest niczym wisienka na przysłowiowym torcie.


Sukcesem nowego "Spider-Mana" jest też obsada. Przed wszystkim Tom Holland, który po swoim debiucie w "Lo Imposible" Bayony pokazał, że o tym młodym aktorze warto pamiętać. Jako Peter Parker czuje się niczym ryba w wodzie, jakby to nie on grał Spider-Mana, ale postać Spider-Mana została stworzona dla niego. Tom gra tutaj pierwsze skrzypce i tacy weterani, jak Robert Downey Jr. czy Michael Keaton muszą zadowolić się co najwyżej drugim miejscem. Młodemu herosowi wtóruje Jacob Batalon, który świetnie odnajduje się w roli charyzmatycznego i zabawnego Neda. Na uwagę zasługuje również Zendaya, której Michelle - mam cichą nadzieję - dostanie więcej czasu antenowego w kolejnym filmie z serii (ma stanowczo zbyt duży potencjał na pozostanie na trzecim planie).


Podsumowując, "Spider-Man: Homecomimg" nie jest wyłącznie jednym z lepszych filmów Marvela. To przede wszystkim NAJLEPSZY (piszę to z pełną odpowiedzialnością) Spider-Man, jakiego do tej pory mieliśmy okazję oglądać na wielkim ekranie. Pozycja obowiązkowa dla fanów MCU, fanów Człowieka-Pająka, jak i fanów dobrego kina akcji sci-fi. Peter Parker podniósł tak wysoko poprzeczkę, że nie jestem pewny, czy cała Liga Sprawiedliwości od DC Comics da radę się do niej zbliżyć na tyle, by spróbować ją przeskoczyć.

poniedziałek, 20 marca 2017

Logan: Volverine (2017)


Tytuł: Logan: Volverine

Gatunek: Dramat/Akcja/Sci-Fi
Reżyseria: James Mangold
Premiera: 3 marca 2017 (Polska), 17 lutego 2017 (świat)
Ocena: 2+/6

"Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym" - nieśmiertelna piosenka Perfectu mogłaby śmiało poprzedzać każdy wywiad i materiał filmowy, w którym powtarzano do znudzenia, że właśnie oto nadszedł kres Volverine'a. Hugh Jackman jasno podkreślił, że żegna się z postacią, w którą wcielał się przez całą filmową serię X-Menów. Na dokładkę, odejść postanowił też Patrick Stewart, zostawiając Profesora Xaviera młodszemu McAvoyowi. Czy James Mangold, reżyser "Volverine'a", sprostał zadaniu i zrobił Loganowi godne pożegnanie?



Niedaleka przyszłość. Nie ma już X-Menów. Ostatni z nich, Logan, żyje w ukryciu, dorabia jako szofer limuzyny i potajemnie opiekuje się schorowanym profesorem X. Jego pozorny spokój zostaje zmącony, gdy do ich kryjówki trafia młoda dziewczyna, Laura, poszukiwana przez bandę Pierce'a i doktora Rice'a. Gdy okazuje się, że dziewczyna jest mutantką, posiadającą zdolności Logana, postanawia jej pomóc. Wraz z Xavierem wyruszają w drogę, by dostarczyć Laurę do tzw. "Raju Mutantów". Po piętach depczą im Pierce i Rice, którzy chcą wykorzystać dziewczynę do swoich własnych celów.


James Mangold zrobił coś absolutnie niemożliwego. W dobie marvelowskiej fali, gdzie każdy kolejny film jest ociekającym efektami blockbusterem, reżyser "Volverine'a" zaprezentował widzom pierwszy z serii X-Men... dramat. A dokładniej, pełen egzystencjalnych rozważań i filozoficznych wstawek film drogi, który gdzieniegdzie przerywany jest strzępami akcji. I choć kategoria R, która w ostatnim czasie staje się przerażająco coraz bardziej popularna, wielce pomogła obrazowi, to całokształt wypada dosyć średnio. Trzeba przyznać, że gdy Logan lub jego podopieczna stają do walki, na ekranie leje się krew, kończyny fruwają, a wrogowie zabijani są na tyle sposobów, że niejeden twórca kina gore mógłby pozazdrościć inwencji. Dodatkowo, krwawą jatkę Mangold odziewa potem i łzami swoich bohaterów, przez co niektóre sceny akcji nabierają - w pewnym stopniu - realizmu. Piszę niektóre, bo w większości widoczne gołym okiem komputerowe efekty psują radość oglądania.


A fabuła? W końcu filmy drogi, w dodatku w kategorii sci-fi, to nie lada wyzwanie. Są one trudne, przeważnie ciężkie i mówią wiele o dojrzałości reżyserskiej twórcy. Potrzeba ogromu doświadczenia, by z takiego dramatu nie zrobić nużącej wydmuszki, w której następuje przerost formy nad treścią. Mangold udowodnił, że do filmów drogi się kompletnie nie nadaje. Gatunkowy miks nie trzyma się kupy, a rozstrzał wątków wskazuje, że reżyser sam do końca nie wiedział, jaki film chciał zaserwować. Całość mozolnie brnie do przewidywalnego finału, a ilość stereotypów i truizmów przekracza wszelkie granice dobrego smaku. Perfekcyjnie pasują tu słowa mistrza Czechowa: "Jeśli w pierwszym akcie sztuki na ścianie wisi broń, to w ostatnim akcie koniecznie musi wystrzelić". Niestety, Mangold ślepo brnie utartymi ścieżkami w gatunku, na którym kompletnie się nie zna. Przez to seans dla widza miejscami może stać się mordęgą, niektórzy zaś mogą zwątpić, czy aby na pewno nie pomylili sal kinowych. Gwoździem do przysłowiowej trumny staje się ostatnia scena, ociekająca kiczem i takim poziomem infantylności, że można załamać ręce. Nigdy nie przepadałem za postacią Volverine'a, ale tak słabego końca mu nie życzyłem.


Widać, że Hugh Jackman tak bardzo chciał wyeksponować ból, rozpacz i cierpienie w osobie Logana, że aż zaczął przypominać przerysowanego DiCaprio ze "Zjawy". Szczerze, brakowało tu tylko, by postawili Volverine'owi niedźwiedzia za przeciwnika. Na dokładkę dostajemy Patricka Stewarta, który odstawia wzbudzającego politowanie staruszka z demencją, cieszącego się z każdej miłej chwili. Można by prawie kupić tę kreację, gdyby nie fakt, że co chwilę twórcy przypominają nam o mocach Xaviera, przez co cały czar pryska. O Dafne Keen złego słowa powiedzieć nie mogę, ale czy występ w "Loganie" otworzy drzwi do jej kariery aktorskiej ciężko stwierdzić. Jej osoba nie porywa publiki, a takie chyba było jej zadanie, skoro musi asystować dwóm zgryźliwym tetrykom i licznym aktorom pobocznym, robiącym za mięso armatnie.


Podsumowując, mimo osobistej antypatii do Volverine'a, liczyłem na naprawdę porządny finał jednego z najsłynniejszych X-Menów. Niestety, przeliczyłem się. Hugh Jackman wiedział, kiedy zejść ze sceny, bo "Logan" brzmi już jak przeciągnięta struna i dalsze rozwijanie tej postaci mogłoby się skończyć tylko gorzej. Film Mangolda zostawia serię X-Menów młodszemu pokoleniu. Czy będzie to dobra zmiana? Dowiemy się zapewne przy kolejnej produkcji z tej serii.

wtorek, 22 września 2015

Mad Max: Na drodze gniewu (2015)


Tytuł: Mad Max: Na drodze gniewu (Mad Max: Fury Road)

Gatunek: Sensacyjny/Sci-Fi
Reżyseria: George Miller
Premiera: 22 maja 2015 (Polska), 7 maja 2015 (świat)
Ocena: 6/6

Wróćmy na moment do roku 1979. George Miller to początkujący reżyser, zaś Mel Gibson stawia swoje pierwsze kroki w aktorstwie. Wszystko zmienia "Mad Max" - zrealizowany za jedyne 650 tysięcy dolarów film, opowiadający o losach Maxa Rockatansky'ego w postapokaliptycznym świecie, nie tylko przyniósł zawrotny dochód 100 milionów i osiągnął miano kultowego na całym świecie, ale otworzył Millerowi i Gibsonowi drzwi do kariery na całą szerokość. To jednak był tylko przedsmak, bo dwa lata później australijski reżyser powrócił z "Wojownikiem szos" - kontynuacją tak dobrą, że zaćmiła pierwszą część. Trzy lata później Miller przeżył romans z Hollywood, czego efektem była trzecia i - jak się okazało - najgorsza część przygód Mad Maxa. Po dwóch dekadach reżyser ponownie zatęsknił za swoim największym dziełem i uraczył widzów nową odsłoną postapokaliptycznego świata. Czy "Na drodze gniewu" ma szanse dorównać poprzednikom?


Max Rockatansky przemierza świat, by uciec przed demonami przeszłości. Zostaje jednak złapany i uwięziony w Cytadeli, rządzonej żelazną ręką przez Wiecznego Joe. Pewnego dnia jego najbardziej zaufana podwładna, Imperator Furiosa, posuwa się do zdrady. W tajemnicy stara się wywieźć z sobą jego nałożnice. Wieczny Joe, odkrywając spisek, wyrusza wraz z armią jej śladem, by odzyskać swoje ulubienice i ukarać Furiosę. Jako uniwersalny dawca krwi, Max zostaje zabrany w pościg wraz z jednym z żołnierzy Cytadeli. Przypadek sprawia, że trafia na pojazd Furiosy, gdzie łączy ich wspólny cel - ucieczka przed Wiecznym Joe.


Z każdym kolejnym "Mad Maxem" Miller dysponował coraz większym budżetem i tylko w przypadku "Wojownika szos" wyszło to na dobre. Skoro 12 milionów mogło zniszczyć "Pod kopułą gromu", to astronomiczne (jak na niego) 150 milionów zwiastowało klęskę absolutną. Okazało się jednak, że Miller wrócił do korzeni i zaserwował film, który kompletnie potrafi wymazać złe wspomnienia po trzeciej części. Powiedzieć, że nowy "Mad Max" zapiera dech w piersi, to jak nie powiedzieć nic. "Fury Road" jest tak dobry, że widzowie mogą zapomnieć o oddychaniu przez co najmniej 95% seansu. Tutaj wszystko działa, jak w szwajcarskim zegarku - klimat postapokaliptycznego świata Millera, genialne w swej grotesce kreacje, postaci i budowle, stuningowane do granic możliwości i absurdu pojazdy, a także towarzysząca całemu filmowi muzyka, która aż porywa z miejsc.


"Mad Max: Na drodze gniewu" jest tak naszpikowany akcją, że siódma odsłona "Szybkich i wściekłych" wydaje się być lekką bajką dla małych chłopców. Świat Millera jest niebezpieczny, brudny, brutalny i tak spalony słońcem, że żar wylewa się prosto z ekranu. Tutaj każdy, nawet najmniejszy błąd, kosztować może życie, a bohaterowie - mimo charakterystycznej dla kina akcji nadludzkiej odporności - odnoszą rany i nieraz ocierają się o śmierć. Do tego sam pościg (zaczynający się kilka chwil po rozpoczęciu filmu i kończący parę minut przed napisami końcowymi) ocieka takim poziomem adrenaliny, efektów, pojedynków i walk, że potrzeba by kilkunastu filmów (z "Matrixem: Reaktywacją" na czele), by mu dorównać. Tutaj nawet naprawa usterek w samochodzie ma miejsce podczas jazdy, a bohaterowie nie zwalniają za bardzo nawet wtedy, gdy takowej naprawy wymaga sam silnik. Miller zmieścił w dwugodzinnym seansie tyle akcji, sensacji i rasowego kina sci-fi, że po napisach końcowych trudno wyjść z podziwu, jak mu się to udało. Jednakże, zrobił to i jego najnowszy "Mad Max" całkowicie zdetronizował konkurencję (i to nie tylko tegoroczną).


"Pod kopułą gromu" nie tylko niechlubnie zwieńczył pierwotną trylogię "Mad Maxa", ale dał widzom koszmarny duet zmiękczonego Gibsona i natapirowanej Tiny Turner. Widocznie nauczony tym przykrym doświadczeniem Miller poszedł w kierunku bardziej kompatybilnej pary i tak oto w "Fury Road" widzowie dostali Toma Hardy'ego i Charlize Theron. Ten pierwszy już zdobył miano twardziela nowoczesnego kina, który nie tyle charakteryzuje się niezłomną obojętnością na twarzy, co niezwykłą w tym przypadku elastycznością i umiejętnościami wpasowania się praktycznie do każdej roli w każdych warunkach. Charlize Theron po nieudanym "Prometeuszu" tym razem pokazała, na co ją stać (a wręcz zaryzykowałbym stwierdzenie, że zagrała jedną z najlepszych ról w swojej karierze). Nicholas Hoult niezaprzeczalnie pokazał klasę i jeśli u Theron rola Furiosy to jedna z najciekawszych ról, to u niego postać Nuxa jest najlepszą w karierze. Jednakże, wszyscy oni blakną, gdy na ekranie pojawia się Wojownik Doof, grany przez Iotę. Plujący ogniem z gitary elektrycznej muzyk zagrzewa do walki armię Wiecznego Joe. Każda scena z nim przenosi widza w świat surrealizmu, by następnie porwać go z siedzeń ostrymi dźwiękami elektrycznej gitary. Gdyby istniały nagrody za "Mistrza drugiego planu", Iota miałby wygraną w kieszeni.


Podsumowując, rok 2015 to prawdziwa gratka dla fanów kina akcji i kina sci-fi. "Mad Max: Na drodze gniewu" łączy oba te gatunki spoiwem sensacji i zawiesiną filmu kultowego, przenosząc widzów na dwie godziny do świata tak groteskowo prawdziwego, że można naprawdę zapomnieć o otoczeniu. Miller stanął na wysokości zadania, zaś Hardy to godny następca Gibsona. Tak powinien wyglądać powrót do klasyki! Gorąco polecam!

sobota, 22 sierpnia 2015

Infini (2015)


Tytuł: Infini

Gatunek: Sci-Fi
Reżyseria: Shane Abbess
Premiera: 11 kwietnia 2015 (świat)
Ocena: 4/6

Kino australijskie potrafi być prawdziwym polem bitwy na umiejętności twórców i polem popisu dla aktorów zarówno o znanych nazwiska i obytych przed kamerą, jak i dla stawiających swoje pierwsze kroki. No i najważniejsze - to tutaj możemy znaleźć to, czego wielokrotnie już brakuje w amerykańskich produkcjach: dobrej historii. Z Australii trafiałem przede wszystkim na dramaty i thrillery, więc gdy ujrzałem produkcję sci-fi (nawet niskobudżetową!), postanowiłem zaryzykować. Co też Shane Abess, twórca świetnego "Gabriela", zaprezentował tym razem?


Przyszłość. Dzięki nowatorskiej i kontrowersyjnej metodzie, można błyskawicznie "przesłać" człowieka na drugi koniec Galaktyki. Mimo, że metoda jest wadliwa i może spowodować trwałe uszczerbki na zdrowiu, najbiedniejsi mieszkańcy Ziemi gotowi są pracować dla dużych firm, by na zlecenie przesyłać siebie w celu wykonywania misji. Whit Charmichael jest żołnierzem, który ma wyruszyć w swoją ostatnią misję. Przed przesłaniem dochodzi jednak do tragedii, a oddział Whita zostaje zaatakowany. Jego dowódca postanawia zaryzykować i wysłać jedynych ocalałych do ostatniej zapamiętanej przez komputer lokacji. Tam czeka na Whita prawdziwe piekło.


W swoim debiutanckim "Gabrielu" Abbess pokazał, że nawet bez wielomilionowego budżetu można stworzyć dobre, mroczne kino fantasy. Teraz australijski reżyser postanowił zrobić ukłon w kierunku kina sci-fi. I tym razem też klimat filmu nie jest tworzony przez ogrom efektów specjalnych (miłośnicy blockbusterów nie znajdą tu za wiele uciechy), lecz przez złożone postaci i chłodne ściany stacji kosmicznej. "Infini" z jednej strony to popularno-naukowa psychologia obłędu, z drugiej - mroczny thriller, którego gęstą atmosferę można ciąć nożem. Od pierwszych chwil na stacji wiadomo, że nic nie pójdzie zgodnie z planem bohaterów.


Wielu twórców wcześniej prezentowało różne formy komunikacji między ludźmi a obcymi. Abbess w "Infini" skorzystał w pewnym stopniu z pomysłu, przedstawionego w "Kuli" Levinsona. W obrazie z 1998 roku naukowcy odkryli tytułową kulę, dzięki której mogli stworzyć wszystko, lecz ich umysły zaczęły urzeczywistniać ich najskrytsze lęki, doprowadzając tym samym do tragedii. W "Infini" tajemniczy wirus, przenoszony podczas kontaktu z krwią zarażonego, nasilał w bohaterach pierwotne, zwierzęce instynkty i agresję. Obcy chcieli zrozumieć człowieka, ale odwołali się do jego najgorszych cech. Niestety, Abbess im bardziej brnie w swoją historię, tym ciężej udaje mu się ją utrzymać w ryzach. Koncepcja obcych pasożytujących na ludziach świetnie sprawdziła się u Ridleya Scotta, ale tutaj wydaje się być mocno naciągana. Otwarte zakończenie kompletnie nie pasuje do hermetycznej historii całości. Jednoznaczne zakończenie, bez niedomówień i domysłów, sprawdziłoby się o wiele sensowniej.


Wśród obsady można wyróżnić dwa nazwiska - niezbyt znany Daniel MacPherson i mistrz ról drugo- i trzecioplanowych Luke Ford. Ten pierwszy doskonale odnajduje się w roli Whita, niezłomnego żołnierza, którego złożona żonie obietnica powrotu do domu trzyma przy życiu i nie pozwala poddać się wirusowi. MacPherson świetnie łączy stereotyp niepokonanego bohatera z walczącym z własnym obłędem człowiekiem. Gdy jednak na ekranie pojawia się Luke Ford, to zagarnia dla siebie całą uwagę. Jego bohater potrafi wywołać w widzu pełną gamę emocji, od sympatii po wściekłość. Przy tej dwójce reszta obsady, z Lukem Hemsworthem (z tych Hemsworthów) na czele, spada na dalszy plan.


Podsumowując, "Gabriel" to nie jest, ale jak na niskobudżetowe kino sci-fi sprawdza się całkiem nieźle. Gdzieś pod koniec projekt się wykoleił, ale całość ogląda się całkiem dobrze i z zainteresowaniem.

piątek, 7 sierpnia 2015

Projekt Almanach: Witajcie we wczoraj (2014)


Tytuł: Projekt Almanach: Witajcie we wczoraj (Project Almanac)

Gatunek:
Thriller/Sci-Fi
Reżyseria: Dean Israelite
Premiera: 13 listopada 2014 (świat)
Ocena: 5-/6

Kto z nas nie chciałby cofnąć się w czasie, by naprawić błędy przeszłości, źle podjęte decyzje, spotkać dawnego idola lub uczestniczyć w ważnych wydarzeniach? Kino sci-fi od lat porusza tematykę podróży w czasie, jej możliwości i idących za nią konsekwencji. Dean Israelite nie dość, że postanowił zabrać widzów w taką podróż, to jeszcze zafundował ją za pomocą coraz popularniejszej koncepcji "found footage". Czy powrót do przeszłości, rejestrowany amatorską kamerą przez nastolatków, okazał się udanym projektem?


David Raskin to utalentowany uczeń liceum, starający się o stypendium w jednej z prestiżowych uczelni fizycznych. Wraz z siostrą odkrywają na strychu starą kamerę ich zmarłego ojca, na której nagrane zostały urodziny Davida sprzed 10 lat. W pewnym momencie chłopak zauważa na filmie coś nieprawdopodobnego - samego siebie z teraźniejszości. By wyjaśnić zagadkę, udają się wraz ze znajomymi do piwnicy, gdzie mieścił się warsztat ojca. Tam odkrywają tajne rządowe plany budowy wehikułu czasu. Grupa nastolatków postanawia zrealizować projekt. Gdy wszystko kończy się powodzeniem, zyskują nieograniczone możliwości poprawy swojej sytuacji: zdania egzaminów, uczestniczenia w koncertach, wygrania na loterii. Niestety, każda zmiana w przeszłości ma wpływ na ich teraźniejszość, co prowadzi do tragedii.


Gruber i Bess w 2004 roku dali widzom porządną lekcję, że podróże w czasie to nie zabawa, a ich "Efekt motyla" stał się cenionym i popularnym filmem na całym świecie. Nic więc dziwnego, że zeszłoroczny "Projekt Almanach" wygląda jak nastoletnia wersja hitu sprzed lat. Jednakże, fabularnie film Israelite'a bardziej przypomina zabawy Hermiony Zmieniaczem Czasu, aniżeli dramat Evana Treborna. Sam pomysł znalezienia tajnych rządowych dokumentów i prototypów w piwnicy wydaje się być mocno naciągany. Jakby twórcy liczyli na dziecinną naiwność widzów lub na to, że kiepski motyw zostanie niezauważony. Do gigantów gatunku "Projektowi Almanach" jest daleko, lecz jako nastoletni dramat sprawdza się naprawdę nieźle. Porusza problemy młodzieży - pierwszej poważnej miłości, trudnych zaliczeń, chęci bycia popularnym i pokonania szkolnych rywali - w dość nietypowy i oryginalny sposób.


Zamiast ckliwego dramatu mamy rasowy film sci-fi (przy którym spece od efektów zadbali o najdrobniejsze szczegóły, a od rozładowań elektromagnetycznych stają włosy na głowie), zaś w miejsce pełnego banalnych morałów finału dostajemy tragiczne wybory głównego bohatera, który wpadł w pułapkę podróży w czasie. Co ciekawsze, bardzo dobrze sprawdza się tutaj również koncepcja "found footage". Ilość momentów, w których trzymanie kamery jest wręcz irracjonalne, została ograniczona do minimum. Wiele cięć, urwanych scen i braków obrazu nadaje pewnego "realizmu", o który w końcu w całej metodzie chodzi. Całość wypada dobrze, jest warta obejrzenia, lecz większych fajerwerków.


Aktorsko rewelacji nie ma, ale i obyło się bez dramatu. Każdy z piątki głównych bohaterów (Weston, Black-D'Elia, Gardner, Lerner, Evangelista) dobrze odnalazł się w swojej roli. Zagrane poprawnie, bez większych błędów. Nikt ani nie próbował wyjść przed szereg, ani pozostawać za nim. Ot, tacy aktorzy, którzy nie psują filmu podczas seansu, ale równocześnie po filmie ciężko będzie przypomnieć sobie ich twarze.


Podsumowując, choć osobiście bardziej (fabularnie i aktorsko) przekonała mnie do siebie "Kronika" Tranka w kwestii filmu sci-fi z koncepcją "found footage", to "Projekt Almanach" też jest ciekawą pozycją. Dla miłośników podróży w czasie wręcz obowiązkową. I trzeba przyznać, że jak na film za 12 mln dolarów, to efekty przy uruchamianiu wehikułu są naprawdę imponujące.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Zbuntowana (2015)


Tytuł: Zbuntowana (Insurgent)

Gatunek: Akcja/Romans/Sci-Fi
Reżyseria: Robert Schwentke
Premiera: 20 marca 2015 (Polska), 11 marca 2015 (świat)
Ocena: 2/6

Przełom trzeciego i czwartego kwartału 2015 roku to walka między dwiema ekranizacjami literatury młodzieżowej - kontynuacji "Więźnia labiryntu" i drugiej części trzeciej części (sic!) "Kosogłosa". Nim jednak to nastąpi, twórcy postanowili uraczyć widzów drugą odsłoną przygód Tris Prior. Czy "Zbuntowana" wypada lepiej od "Niezgodnej"?


Jeanine nie ma zamiaru łatwo się poddać. Po tym, jak jej plan zniszczenia Altruistów został powstrzymany przez Tris Prior, przywódczyni Erudycji wchodzi w posiadanie tajemniczej skrzyni. Jest to wiadomość, jaką Założyciele zostawili ponad 200 lat temu, a sama Jeanine podejrzewa, że stanowi ona broń do walki z Niezgodnymi. Niestety, skrzynię otworzyć może tylko Niezgodny. Tymczasem Tris udaje ukryć się w osadzie Serdecznych. Wraz z Cztery planują powrót do miasta, by obalić Jeanine.


Tę historię można było zakończyć na pierwszej części i nikt by się nie obraził. Czerpiąca inspiracje z ogromnej ilości źródeł (od anime po filmy i powieści) fabuła po raz kolejny niczym nie zaskakuje. A nawet jest gorzej niż ostatnio. Pierwsze, co rzuca się w oczy (a wręcz w nie razi), jest brak jakichkolwiek bliższych relacji między bohaterami. Tris i Cztery brakuje jakiejkolwiek iskierki (w końcu mają grać zakochanych i prowadzić główny wątek miłosny!), więź między główną bohaterką i jej bratem jest sztuczna i bez jakiejkolwiek głębi, a wszelkie próby przemycenia do obrazu przyjaźni wyglądają dobrze wyłącznie na papierze. Z żadną z postaci nie udaje się zbudować jakiejkolwiek bliższej relacji, przez co losy poszczególnych osób kompletnie widza nie przejmują. W tym pokazie drewnianych twarzy ciężko komukolwiek kibicować i trzymać za kogoś kciuki.


Zachowania bohaterów (z Tris Prior na czele) są tak irracjonalne, że konia z rzędem temu, kto znajdzie w nich choćby krztynę sensu i logiki. Weźmy takiego Cztery, który - mając do dyspozycji niemałą armię Bezfrakcyjnych i Nieustraszonych - wyrusza na ratunek Tris samotnie (!), a tymczasem Tris, chcąc wymusić na Jeanine zmianę stanowiska, grozi, że zabije Petera (jakby kiedykolwiek przywódczyni Erudycji przejmowała się jego losem). Zwrotów akcji jest tu tyle, co kot napłakał, a każdy bardziej przewidywalny od poprzedniego. Dodajmy do tego ciągłe symulacje i oniryczne fantazje głównej bohaterki, które miały chyba zamieszać widzom w głowach, a tak naprawdę są ostatnią deską ratunku reżysera. To właśnie tu Robert Schwentke wydał chyba cały budżet na efekty specjalne. Szkoda tylko, ze zamiast cieszyć oko, utrzymują one co najwyżej średnią przeciętną, w ostatecznym rozrachunku przypominając starania tonącego, który chwyta się brzytwy. Niestety, ten statek był już na dnie, zanim pojawiła się na ekranie po raz pierwszy twarz Shailene Woodley.


Skoro już jesteśmy przy obsadzie, to chciałoby się zakrzyknąć: "Boże, widzisz i nie grzmisz?". Bo niemałe grzmoty w tym przypadku by się przydały. Począwszy od wspomnianej Woodley i jej filmowego partnera Jamesa, aktorzy chyba się uwzięli i postanowili utrzymać wyjątkowo niski poziom warsztatowy "Niezgodnej" (w myśl zasady "tragicznie, ale stabilnie"?). Pojawia się kilka nowych twarzy, w tym Naomi Watts wypiera Kate Winslet (choć do tej pory nie wiem, co jedna i druga robi w tym filmie), ale nie ratuje to obrazu w żadnym stopniu. Ostatecznie, niższy poziom można znaleźć wyłącznie w "Akademii wampirów".


Podsumowując, najgorsze w tym wszystkim jest to, że - idąc za modą po "Harrym Potterze" - ostatnia część "Niezgodnej" też została rozbita na dwa odrębne filmy. Już "Kosogłos" pokazał, że taki zabieg przypomina coraz bardziej przeciąganie struny i chęć zapełnienia kieszeni producentów. Finał tej tandetnej historii chętnie zobaczę, bo chcę się przekonać na własnej skórze, czy można ją jeszcze bardziej popsuć (nie, na ratunek całokształtu w tej sytuacji nie liczę). Jednakże, wewnętrzna ciekawość nie będzie raczej na tyle silna, by zaprowadziła mnie w 2016 roku (i 2017!) na salę kinową.

sobota, 18 lipca 2015

Terminator: Genisys (2015)


Tytuł: Terminator: Genisys

Gatunek: Akcja/Sci-Fi
Reżyseria: Alan Taylor
Premiera: 1 lipca 2015 (Polska), 21 czerwca 2015 (świat)
Ocena: 3/6

Na długo przed rejsem na pokładzie brytyjskiego statku Titanic i przygodą z planetą Pandora, James Cameron zaprezentował światu "Terminatora" - film, który stał się jednym z najbardziej kultowych obrazów sci-fi w historii kina. Choć pochodzący z Kanady reżyser porzucił historię T-800, Sary i Johna Connorów po "Dniu Sądu", to znaleźli się kolejni twórcy, chcący koniecznie wybić się na fali popularności "Terminatora". Z mizernym, jak się okazało, skutkiem. Ani "Bunt maszyn" Mostowa, ani "Ocalenie" Josepha McGinty Nichola nie zbliżyły się do pierwowzoru Camerona. Tym bardziej dziwić może, że do "Terminatora" postanowiono (znowu!) powrócić. Za kamerą zasiadł znany z sygnowanych logiem HBO seriali Alan Taylor, a scenariusz napisał duet Kalogridis ("Aleksander") i Lussier ("Piekielna zemsta"). Jak piąta odsłona przygód Connorów i T-800 sprawdza się na dużym ekranie?


Rok 2029. Stojący na czele ruchu oporu John Connor przeprowadza brawurowy atak na główną siedzibę SkyNet. Programowi udaje się jednak wysłać T-800 w przeszłość, by zabił matkę Connora, Sarę. W ślad za nim wyrusza przyjaciel Johna, Kyle Reese. Okazuje się jednak, że przeszłość uległa zmianie. By uratować ludzkość, Sarah i Kyle muszą zniszczyć SkyNet przed Dniem Sądu.


W zeszłym roku Bryan Singer powrócił do serii "X-Men", by naprawić błędy swoich poprzedników. Bawiąc się czasem, praktycznie wymazał przeszłość, by przywrócić historię mutantów na dobre tory. Alan Taylor, przenosząc na duży ekran scenariusz Kalogridis i Lussiera, zrobił praktycznie to samo ze zgoła przeciwnym efektem. Zamiast powrócić do kultowej serii Camerona, postanowił ją bezlitośnie zniszczyć. W miejsce nieśmiałej kelnerki, Sarah Connor jest waleczną buntowniczką. Kyle Reese zamiast bycia wybawcą zostaje zdezorientowanym pionkiem. T-800, będący twarzą serii, spada na drugi plan i parodiuje sam siebie. Tak, jak "Prometeusz" zaszkodził "Obcemu", tak "Genisys" stał się gwoździem do trumny "Terminatora". Co gorsze, twórcy kopią leżącego i w post-credit scene zapowiadają, że z T-800 i Connorami jeszcze nie skończyli. Dla miłośników "Terminatora", piąta odsłona serii okazać się naprawdę ciężkostrawna.


Alan Taylor stanowczo jest reżyserem, który podąża za trendami. Wyznaje zasadę, że na ekranie musi być wszystkiego więcej i więcej. Tak więc w "Genisys" akcji nie brakuje (w tym pojedynek T-800 z T-800!), a graficy włożyli niemało pracy w efekty specjalne. Jako kino akcji sci-fi nowy "Terminator" sprawdza się całkiem nieźle (choć w kategorii 3D niezaprzeczalnie przegrywa z "Jurassic World"). Liczne pościgi, walki, strzelaniny i efektowne eksplozje spowodują, że podczas dwugodzinnego seansu nie przyjdzie nam się nudzić. Można by więc uznać film Taylora za ciekawą pozycję w kinie, gdyby pominąć fakt, że bazuje głównie na popularności kultowego obrazu Camerona (który to obraz zresztą zniekształca i niszczy). Nie samą akcją i efektami człowiek żyje, a fabuła jest niestety tak przekombinowana, że po wyjściu z seansu odczuwać można z jednej strony niedosyt, z drugiej - mętlik w głowie.


Aktorsko film Taylora ratuje tylko i wyłącznie Arnold Schwarzenegger. Po dwunastu latach austriacki aktor postanowił powrócić do roli, która - obok Conana - była przełomem w jego karierze. Choć zepchnięty na drugi plan, jego autoironia, humor i niezastąpiona, "cyborgowa" postawa pozwalają mu wyjść przed szereg. Przyćmiewa tym główne nazwiska produkcji - Jaia Courtneya, który nie może się odnaleźć jako nowy Kyle Reese, i Emilię Clarke (Daenerys z "Gry o Tron"), której Sarah Connor bardziej przypomina nieudaną mieszankę Katniss Everdeen z Beatrice Prior, aniżeli pierwowzór Lindy Hamilton. Kiepsko w zestawieniu wypada również Jason Clarke, który jest chyba najgorszym Johnem Connorem w historii całej serii.


Podsumowując, zrównanie kultowego "Terminatora" z efekciarską rozrywką sci-fi to prawdziwa profanacja, a Alan Taylor powinien za to odpokutować. "Genisys" nie tylko niszczy serię Camerona, ale i nie oferuje wiele więcej od innych tegorocznych produkcji spod szyldu sci-fi. Ot, taki przeciętniak z dobrymi efektami (i to tak naprawdę jedynie dla nich można obejrzeć film Taylora na dużym ekranie).

wtorek, 30 czerwca 2015

Jurassic World (2015)


Tytuł: Jurassic World

Gatunek: Przygodowy/Sci-Fi
Reżyseria: Colin Trevorrow
Premiera: 12 czerwca 2015 (Polska), 29 maja 2015 (świat)
Ocena: 4+/6
"Jurassic Park" to jeden z najbardziej kultowych obrazów Stevena Spielberga, który doczekał się licznych nagród (w tym Oscara za efekty specjalne) i dwóch kontynuacji. Po 22 latach Colin Trevorrow zabrał nas ponownie na wycieczkę po Isla Nublar, gdzie możemy znowu stanąć oko w oko z prehistorycznymi drapieżnikami. Czy reżyser kina niezależnego poradził sobie z hollywoodzkim blockbusterem i wskrzesił magię Jurajskiego Parku?


Po latach od tragedii, na Isla Nublar ponownie rozkwita jurajski park rozrywki. Claire Dearing stara się za wszelką cenę spełnić ambicje szefa i zachcianki widzów, przywołując do życia coraz to nowsze i groźniejsze dinozaury. W laboratorium doktora Henry'ego Wu udaje im się stworzyć całkiem nowy gatunek, który niedługo ma stać się największą atrakcją parku. Na Isla Nublar przybywa jej dwóch siostrzeńców - Zach i Gray - by spędził z nią rodzinny weekend. Natłok obowiązków Claire powoduje, że chłopcy zostają pozostawieni sami sobie. Tymczasem, zmodyfikowany genetycznie dinozaur wydostaje się na wolność i zaczyna siać spustoszenie. Jedynym, który może uratować Claire, jej siostrzeńców i turystów, jest pomagający przy tresurze welociraptorów Owen Grady. Sytuacja komplikuje się, gdy do akcji wkracza armia, dowodzona przez Vica Hoskinsa.


Trevorrow już w pierwszych kilku scenach udowadnia, że jego "Jurassic World" nie będzie niczym nowym, a jedynie kopią poprzednika. Liczne odniesienia do filmu Spielberga (od wspólnych wątków po autoironiczne komentarze) pokazują, że na Isla Nublar czeka nas więcej tego samego. Trevorrow bez skrupułów korzysta z możliwości technologicznych grafików, by jego dinozaury były "jak żywe", jednocześnie starając się przesłonić ociekającą wtórnością fabułę i liczne absurdy. Do tych ostatnich zaliczyć można niezaprzeczalnie niezniszczalne szpilki głównej bohaterki, w których biega przez cały film w warunkach, jakim nie sprostałoby niejedno obuwie wojskowe. Nawet sam Trevorrow postanowił wyśmiać swój irracjonalny pomysł, robiąc zbliżenie na słynne buty podczas ucieczki przed T-Rexem.


"Jurassic World" to jednak przesiąknięte efektami widowisko, zapewniające sporo rozrywki. Trevorrow pewnie łączy akcję z budowaniem napięcia, nie przesadzając w żadną ze stron. Dwugodzinny seans mija błyskawicznie i po wszystkim pozostaje niemały żal, że znowu trzeba opuścić Isla Nublar. Wizualną całość uzupełniają naprawdę dobre efekty 3D - jest to jeden z nielicznych obrazów, gdzie trójwymiarowość nie jest tylko na papierze i warto wydać kilka złotych więcej na bilet. "Jurassic World" w dużej mierze obronił też zdobywca Oscara za "Odlot", Michael Giacchino. Choć swoją muzyką musiał mierzyć się z taką legendą, jak John Williams, to trzeba przyznać, że stanął na wysokości zadania.


Aktorsko "Jurassic World" nie przynosi żadnych niespodzianek. Chris Pratt, który po "Strażnikach Galaktyki" staje się powoli nową twarzą kina akcji sci-fi, spisuje się całkiem nieźle jako nieustraszony wybawiciel. Asystuje mu równie nieugięta Bryce Dallas Howard, której bohaterka staje na rozdrożu między pracą a rodziną (oczywiście, na szpilkach!). Vincent D'Onofrio to schematyczny przykład wojskowego, któremu ambicja przesłania rozsądny osąd sytuacji. Całkiem dobrze na ekranie radzi sobie młode pokolenie - Nick Robinson jako Zach i Ty Simpkins jako Gray. Szkoda tylko, że Trevorrow nie postawił na głębsze rozbudowanie swoich postaci (co przecież potrafi), a skupił się wyłącznie na szablonowych postawach.


Podsumowując, "Jurassic World" nie jest filmem, który da nam coś, czego jeszcze nie widzieliśmy. Jest to natomiast obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników dinozaurów Spielberga i tych, poszukujących miażdżącego efektami kina akcji. Film Trevorrowa trzeba zobaczyć na dużym ekranie (i to w 3D!), więc jeśli ktoś jeszcze zastanawiał się, czy warto, niech lepiej rezerwuje termin i wyrusza do kina.