Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojenny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojenny. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 28 września 2015
Karbala (2015)
Tytuł: Karbala
Gatunek: Wojenny
Reżyseria: Krzysztof Łukaszewicz
Premiera: 11 września 2015 (Polska), 8 września 2015 (świat)
Ocena: 4/6
W ciągu kilku ostatnich lat rodzimi twórcy udowodnili widzom, że wyrażenie "polski film wojenny" brzmi jak oksymoron. To, czego nie udało się zniszczyć Hoffmanowi w filmie "1920 Bitwa Warszawska", dobił Chochlew za pomocą "Tajemnicy Westerplatte". Potem było już tylko gorzej, jak za ekranizację wielkich wydarzeń polskiej historii zabrał się Komasa z dubstepowym "Miastem 44" i Barczyk, nazywający superprodukcją nieudolny mariaż filmu historycznego z fantastyką ("Hiszpanka"). Tym razem za kamerą usiadł Krzysztof Łukaszewicz, reżyser takich filmów, jak "Generał Nil" i "Lincz". Czy jego "Karbala" przywraca gatunek wojenny w polskim kinie na dobre tory, a może pogrzebuje go pod kolejną warstwą mułu?
Rok: 2004. Miejsce: Karbala, Irak. Grupa polskich i bułgarskich żołnierzy ma za zadanie bronić City Hall - siedzibę lokalnych władz i miejsce przetrzymywania terrorystów. Misja ma trwać 24 godziny - do czasu przyjazdu zmienników - i na tyle też wyznaczone są zapasy jedzenia i amunicji. Sprawa komplikuje się, gdy islamscy terroryści opanowują miasto, odcinając City Hall od świata. Kapitan Kalicki podejmuje dramatyczną decyzję utrzymania budynku do czasu przybycia posiłków. Rozpoczyna się krwawa walka o przetrwanie, podczas której jeden błąd Kalickiego może kosztować życie jego żołnierzy i bułgarskich sojuszników.
Polacy na kartach historii niejednokrotnie zapisali się jako ci, którzy potrafią dokonać niemożliwego. Karbala jest kolejnym tego przykładem - żołnierze polscy i bułgarscy utrzymali przez trzy dni budynek City Hallu, przy ograniczonych zasobach i pod naporem sił liczniejszej armii terrorystów. Nie tylko utrzymali City Hall do przybycia wsparcia, ale i nie stracili podczas obrony żadnego żołnierza. Już samo to jest wystarczającym materiałem na scenariusz dla pełnego patriotyzmu kina i Łukaszewicz postanowił wykorzystać je w pełni. Jego Irak to spalone słońcem piekło, które można odczuć już od pierwszych minut filmu. Rozkazy należy wykonywać z największą dokładnością, bo mały błąd może kosztować życie. "Karbala" prezentuje prostych żołnierzy, którzy nie przybyli do Iraku, by zdobyć chwałę. W końcu ich marzenia o sławie i tak szybko weryfikuje rzeczywistość, brutalnie i bez ogródek ukazana kamerą Łukaszewicza. Każdy z bohaterów musi chronić swoich kolegów nie tylko przed nacierającymi terrorystami, ale i przed własnymi słabościami. Reżyser "Linczu" nie ubarwia wojennych działań wyższą ideologią i bohaterskimi przyśpiewkami, dzięki czemu jego obraz uderza widza realizmem i "zwykłą" walką o przetrwanie. To chyba największa zaleta "Karbali".
Świetnie spisał się Skubiszewski, odpowiedzialny za filmową muzykę. Nie tylko za jej pomocą udaje się odzwierciedlić tamtejszy klimat, ale i - odpowiednio dobrana - nadaje tempa scenom akcji i strzelaninom. To właśnie ona potrafi choć trochę przysłonić wady "Karbali" i niedociągnięcia. Największym błędem, którego nie udało się Łukaszewiczowi uniknąć, jest brak wyważonej dramaturgii (jego bohaterowie miotają się między zbyt kamienną twarzą a nadekspresją) i odpowiednio dawkowanego napięcia (które przez zbyt rozplanowane sceny walk ulatuje zbyt szybko). Przez nagromadzenie wątków o poszczególnych postaciach, nie udaje się zbudować głębszej więzi między nimi a widzami. W efekcie, gdy ktoś zostaje ranny, załamuje się, zostaje porwany lub charakteryzuje się nieludzką odwagą, nie wywołuje tym większych emocji (można to porównać choćby do "Furii" Ayera, gdzie skład, status i zachowania głównych bohaterów były zbliżone, ale więź z widzem znacznie silniejsza). Idealnym zwieńczeniem całości byłby perfekcyjnie przerobiony na polski motyw z filmów amerykańskich - biało-czerwona flaga powiewająca na wietrze. Dla Łukaszewicza to jednak było za mało i zaserwował takie (dłużące się) zakończenie, że nawet Peter Jackson po "Powrocie króla" by się nie powstydził.
Obsadę - w ogólnym rozrachunku - należałoby zaliczyć na poczet plusów filmu. Pierwsze skrzypce gra niezaprzeczalnie Bartłomiej Topa, który niejednokrotnie już swój talent udowadniał. Choć można było wyczuć tutaj pewien wpływ "Drogówki", to udało się też dojrzeć trochę świeżości - dzięki czemu postać Kalickiego najbardziej zapada w pamięci po seansie. Dalej mamy - na równi - Lichotę, Żurawskiego i Schuchardta, którzy nie budują swoich postaci schematycznie i podręcznikowo, dzięki czemu widz podczas seansu może odczuć do nich wszystko, od sympatii po antypatię. Kiepską stroną obsady jest Antoni Królikowski, który małym warsztatem wyjątkowo odstaje od kolegów z planu. Całe szczęście jego postać nie była zbyt wymagająca i udało się ją przepchnąć do napisów końcowych.
Podsumowując, jak na polskie realia, "Karbala" Łukaszewicza jest naprawdę godna uwagi. Z kina wychodzi się z nadzieją, że w końcu gatunek wojenny z rodzimych wytwórni ma szansę wrócić na odpowiednie tory. Oby tylko ta nadzieja nie została przedwcześnie rozwiana przez kolejnego twórcę pokroju Komasy.
wtorek, 23 czerwca 2015
Furia (2014)
Tytuł: Furia (Fury)
Gatunek: Dramat/Wojenny
Reżyseria: David Ayer
Premiera: 24 października 2014 (Polska), 15 października 2014 (świat)
Ocena: 5/6
O Davidzie Ayerze zrobiło się ponownie głośno, gdy stanął za kamerą oczekiwanego przez fanów uniwersum DC Comics "Suicide Squadu". Warto jednak nadmienić, że to jednak ten pan odpowiadał za scenariusz do pierwszej odsłony "Szybkich i wściekłych" i "S.W.A.T." oraz wyreżyserował "Ciężkie czasy" i "Bogów ulicy". Po latach romansu z kinem akcji i sensacji, Ayer spróbował swoich sił z dramatem wojennym. Czy w "Furii" czuć prawdziwe kino batalistyczne, a może kicz hollywoodzkiego patosu?
Rok 1945, wojska alianckie zmierzają na Berlin. Młody Norman przez przypadek trafia do załogi doświadczonego w boju i bezkompromisowego Wardaddy'ego, dowodzącego "Furią" - jednym z nielicznych ocalałych czołgów. Po zajęciu jednego z miast, Wardaddy staje na czele niewielkiej grupy tanków, która ma wykonać tajną misję. Od jej powodzenia zależeć mogą dalsze losy alianckich wojsk, walczących na terytorium wroga.
Ayer jest tak daleki od Annauda i Baya, jak tylko się da. Zamiast serwować swój film w białych rękawiczkach, by widz mógł oglądać wojnę przez różowe okulary i w sterylnych warunkach, amerykański reżyser nie szczędzi brudu, krwi, brutalnych scen i ostrego języka swoich bohaterów. W miejsce krajobrazów, których widmo wojny jest wyłącznie malowniczym dodatkiem, Ayes prowadzi nas w sam środek piekła. Nie ma tu miejsca na litość i głoszenie wzniosłych idei, a chwila zawahania może kosztować życie towarzyszy broni. Młodzieńcza niewinność, którą uosabia Norman, szybko zostanie zderzona z bezlitosną rzeczywistością i przezeń zdeptana. Tu nie ma miejsc na kompromisy i półśrodki - życie albo śmierć, bohater lub tchórz, przyjaciel lub wróg.
Ayerowi świetnie udaje się wpleść dramatyczną więź, łączącą załogę "Furii", z licznymi walkami i batalistycznymi scenami. Dzięki temu zabiegowi, udało się uniknąć reżyserowi jakichkolwiek dłużyzn (nawet wizyta w domu dwóch Niemek przypomina siedzenie na tykającej bombie). Każdy miłośnik kina wojennego znajdzie tutaj coś dla siebie (co, najważniejsze, pozbawione będzie lukrowej otoczki grzecznego Hollywoodu). Choć razić może kilka scen, które w tym gatunku powtarzano stanowczo za wiele razy, a salwy pocisków przypominają bardziej miotacze z "Gwiezdnych wojen", aniżeli broń II WŚ, całokształt spisuje się naprawdę dobrze. Ayer potrafi porwać z miejsc, wzruszyć, zszokować i dać do myślenia - a wszystko to jeszcze zanim opadnie kurz po ostatniej bitwie.
Bohaterowie u Ayera potrafią zarówno wzbudzać sympatię, jak i antypatię (i to w bardzo krótkich odstępach czasu). Takie role nie mogły trafić do przypadkowych osób. Wybór z obsady, choć z początku mógł zaskakiwać, okazał się strzałem w dziesiątkę. Michael Peña ("Bogowie ulicy") miał w karierze swoje wzloty i upadki, ale udowodnił wielokrotnie, że jest dość wszechstronnym aktorem (co też jeszcze raz pokazuje w "Furii"). O swojej wszechstronności stara się od jakiegoś czasu przekonać Shia LaBeouf, który desperacko próbuje odczepić od siebie łatkę Sama z serii "Transformers", i - co ciekawe - całkiem mu to wychodzi. Nie wyobrażam sobie innej osoby na miejscu Coon-Assa, niż Jon Bernthal - jakby rola była pisana dla tego konkretnego aktora. Brad Pitt był największym pewniakiem i choć nie zawodzi oczekiwań, to Wardaddy niezaprzeczalnie przegrywa z Aldo Rainem z "Bękartów wojny". Największym zaskoczeniem - i do tego w pozytywnym tego słowa znaczeniu - okazał się być Logan Lerman. Dotychczas gwiazda "Percy'ego Jacksona" nie pokazywała się od najlepszej strony ("Noah", "The Perks of Being a Wallflower"). Tymczasem u Ayera dwoi się i troi, by dorównać bardziej doświadczonym kompanom na ekranie i - o dziwo - dotrzymuje im kroku.
Podsumowując, Polacy mają "Rudego", Amerykanie - dzięki Ayerowi - zyskali "Furię". Jedna z najciekawszych pozycji kina wojennego ostatnich lat. Polecam, bo jest to obraz, do którego będą wracać z chęcią nie tylko miłośnicy gatunku.
sobota, 28 lutego 2015
Snajper (2014)
Tytuł: Snajper (American Sniper)
Gatunek: Biograficzny/Dramat/Wojenny
Reżyseria: Clint Eastwood
Premiera: 20 lutego 2015 (Polska), 11 listopada 2014 (świat)
Ocena: 3+/6
Amerykański film o amerykańskim bohaterze amerykańskiej wojny wyreżyserowany przez amerykańską ikonę kina - tak krótko można by podsumować najnowszą produkcję Clinta Eastwooda. Twórca "Listów z Iwo Jimy", "Za wszelką cenę" i "Bez przebaczenia" (każdy z co najmniej jednym Oscarem) w tym roku również postanowił powalczyć o statuetkę Akademii Filmowej. Choć przegrał z "Birdmanem", to zgarnął honorową za montaż dźwięku. Czy ociekający patriotyzmem "Snajper" jest wyłącznie owiniętą w amerykańską flagę propagandą (niczym nudny "Wróg numer jeden"), czy też oferuje dobre kino wojenne?
Chris Kyle postanawia zaciągnąć się do wojska, by bronić ojczyzny i jej obywateli. Po ataku na WTC trafia z oddziałem Navy SEALs do Iraku. Tam jako snajper zyskuje miano "legendy", bezbłędnie eliminując przeciwników. Po powrocie do domu nie może jednak zapomnieć o wojnie - staje się coraz bardziej nieobecny i małomówny. Tymczasem Al-Kaida wyznacza nagrodę za jego głowę, o którą zawalczyć chce najlepszy syryjski snajper na usługach terrorystów, Mustafa.
Film Eastwooda w pierwszej chwili zapowiada się na naprawdę dobre kino. Przejście z ogarniętego walkami Iraku do wspomnień z dzieciństwa bohatera zostało przeprowadzone w taki sposób, że zdobywa uwagę widza. Niestety, dobre pierwsze wrażenie mija równie szybko, jak się pojawiło. Eastwood rozwleka historię Kyle'a i powrót do najważniejszych w filmie działań wojennych następuje zbyt późno. W dodatku, choć walki, akcji i eksplozji nie brakuje, to - poza nielicznymi wyjątkami - ogląda się je bez większych emocji. Mimo wszelkich starań, nie udaje się stworzyć więzi między bohaterem a widzem, przez co jego losy śledzi się z małym zainteresowaniem. Kolejne ofiary Kyle'a przypominają uosobienie suchej statystyki, a schematyczność tarapatów, w jakie wpada, stają się na wskroś przewidywalne, a pojedynek Chrisa z Mustafą wydaje się być fabularną zapchajdziurą. (co wypada niezwykle blado przy pamiętnym pojedynku snajperów, jaki pokazał Annaud we "Wrogu u bram"). Po tak doświadczonym reżyserze, jak Eastwood, spodziewać się można było większej emocjonalnej głębi, aniżeli zwykła relacja biograficzna, przypominająca dobrze zrealizowany dokument na Discovery.
Plusem "Snajpera" niezaprzeczalnie jest to, że nie ma on na celu gloryfikowania amerykańskich żołnierzy i wynoszenia na piedestał ideałów, dla których rozpoczęli wojnę. U Eastwooda wojna to nie fabularna sielanka pełna propagandy, lecz obraz brutalnego i bezwzględnego pola walki, gdzie nie ma miejsca dla Boga i człowieczeństwa. "Snajper" jest na wskroś pesymistyczny i nawet niezachwiana postawa głównego bohatera nie jest w stanie tego zmienić (największy tego wydźwięk ma scena rozmowy Kyle'a z młodszym bratem). Eastwood chowa krytykę zbrojnych działań USA pod hasłami patriotyzmu i wyższych idei, które w obliczu krwawej wojny wypadają niezwykle blado i powierzchownie. Brakuje tu jednak pewnej konsekwencji, przez co do końca nie wiadomo, na czym ostatecznie chciał skupić się reżyser. Odbiór psują również sceny z życia rodzinnego Kyle'a, które zamiast dodawać dramatyzmu i określać tragizm głównego bohatera (rozdartego między bliskimi a poczuciem patriotycznego obowiązku), są niezwykle drętwe i wymuszone.
Ratować obraz starają się Bradley Cooper i Sienna Miller. Cooper w ostatnim czasie udowodnił, że dobrym aktorem jest ("Poradnik pozytywnego myślenia", "Między wierszami", "American Hustle"), a rolą w "Snajperze" tylko to jeszcze potwierdził. Miller jako Taya rewelacyjnie spisuje się jako żona, która martwi się o ukochanego i której walka z przekonaniami męża przypomina istną walkę z wiatrakami. Ta dwójka aktorów tak bardzo zaskarbia sobie uwagę widza, że ciężko przypomnieć sobie kogokolwiek z obsady drugoplanowej, kto wyróżniałby się jakoś znacząco z tłumu.
Podsumowując, "Snajper" nie jest zły, ale po możliwościach Eastwooda można było spodziewać się znacznie więcej. Kino wojenne lat 90. i początku XXI wieku podniosło bardzo wysoko poprzeczkę. "Snajper" nawet nie próbował się do niej nawet zbliżyć.
wtorek, 20 stycznia 2015
Miasto 44 (2014)
Tytuł: Miasto 44
Gatunek: Dramat/Wojenny
Reżyseria: Jan Komasa
Premiera: 19 września 2014 (Polska), 30 lipca 2014 (świat)
Ocena: 2/6
Jan Komasa, wielokrotnie nagrodzony reżyser, który cztery lata temu dał widzom "Salę samobójców", w zeszłym roku porwał się na tematykę w polskim kinie rzadko w pełni poruszaną (lecz nieobcą), a jednocześnie wywołującą sprzeczne, często kontrowersyjne opinie. Powstanie Warszawskie, bo o nim tu mowa, nie tylko dzieli historyków, ale - w ostatnim czasie - stało się także kością niezgody wśród polityków. O tym, czy było koniecznością, bohaterskim zrywem czy też ogromną porażką, można by prowadzić długie dyskusje. Komasa nie tylko postanowił je ominąć, ale zaprezentował fabularną, żeby nie powiedzieć "skrajnie młodzieżową", wersję wydarzeń. Czy "Miasto 44", dysponujące sporym (jak na polskie realia) budżetem, przełamało rodzime fatum i zostało zrobione na iście światowym poziomie?
Rok 1944. Zamieszkujący Warszawę Stefan opiekuje się młodszym bratem i matką, która nie do końca pogodziła się ze śmiercią swego męża podczas kampanii wrześniowej. Pracując w pobliskiej fabryce Wedla, wdaje się w konflikt z niemieckim oficerem, przez co traci dokumenty i źródło zarobku. Nowe zajęcie pomagają mu znaleźć znajomi, którzy z czasem wciągają go w konspiracyjną działalność ruchu oporu. Towarzyszy mu Kama, przyjaciółka z dzieciństwa, która skrycie się w nim podkochuje. Stefan jednak zauroczony jest nowo poznaną siostrą plutonowego "Górala", Alicją. Miłosne zaloty zostają przerwane przez wybuch powstania. Młodzi muszą walczyć o własne życie, a także o każdy skrawek stolicy Polski, którą przysięgali bronić. Liczą na pomoc zbliżającej się Armii Czerwonej. Losy powstania odwracają się jednak, gdy Rosjanie zatrzymują się przed Warszawą, a Niemcy ściągają do miasta większe posiłki.
Zamysł Komasy, by przedstawić krwawe powstanie z punktu widzenia młodych warszawiaków, zapowiadał się naprawdę nieźle. W dodatku, dysponując niemałym budżetem, można było spodziewać się dobrych efektów specjalnych (które, jak wiadomo, nigdy w polskim kinie nie stały na wysokim poziomie). I to, trzeba przyznać, reżyserowi się udało, bo sceny walk i wybuchów przypominają zachodnie produkcje. Niestety, na tym plusy "Miasta 44" się kończą, ustępując miejsca błędom, które Komasa powtórzył z "Sali samobójców". Podobnie, jak wirtualny świat Sylwii i Dominika psuł powagę i dramaturgię obrazu z 2011 roku, tak zahaczające o fantastykę wstawki niszczą wydźwięk powstania. Pomysł, by wizualizować myśli, pragnienia i lęki młodych bohaterów, zapewne dobrze wyglądał na papierze, jednakże na ekranie prezentuje się tragicznie. Scena pocałunku wśród okrążających bohaterów pocisków przypomina teledyski Britney Spears, zaś mroczna podróż podziemnymi tunelami stanowi połączenie nieudolnej parodii "Kanału" Wajdy z kiczowatym horrorem. W momentach, które powinny wzruszać, budować napięcie, przerażać brutalnością lub szarpać emocjami, chce się najzwyczajniej śmiać. Fabularna wersja tragicznego w skutkach powstania okazała się być młodzieżową bajką z papierowymi postaciami, których losy są dla widza tak istotne, jak pałętających się w tle statystów. Sztucznie podtrzymywany i komplikowany miłosny trójkąt może wywołać co najwyżej niestrawność, a przekoloryzowana nieśmiertelność dwójki głównych bohaterów razi w oczy.
Największym jednak mankamentem całej produkcji jest ścieżka dźwiękowa, której - jak jeszcze nigdy - postanowiłem poświęcić osobny akapit. Dobre wrażenie muzyczne kończy się gdzieś w czwartej minucie filmu (czyli po odliczeniu dwuminutowej listy wytwórni, sponsorów, producentów i patronatów, daje nam to aż 120 sekund odpowiednio dobranego soundtracku w dwugodzinnym filmie!). Już po pierwszym zwycięstwie Polaków poleci "O'Key" Eugeniusza Bodo, którego głos towarzyszyć będzie grupowym tańcom, przypominającym bardziej musicale sprzed 40 lat, aniżeli radość z wygranej w krwawej potyczce. Potem w uszy rzuci się kawałek Kasi Sobczyk "Był taki ktoś" - choć do samej piosenki nic nie mam, to jej udział we wspomnianej wcześniej scenie pocałunku wśród kul wypada dość groteskowo. Następnie, w walce na cmentarzu, gdzie spowolniony bieg bohatera między pociskami przypomina amerykańskie kino akcji, zamiast wartkiej muzyki dodającej napięcia rozlegnie się "Dziwny jest ten świat" Czesława Niemena. A jeżeli to jeszcze nie spowodowało załamania rąk i stanu przedzawałowego, to reżyser zarzuci w końcu prawdziwym hitem - gdy na ekranie pojawi się niezwykle konieczna w całej historii scena seksu (mająca, notabene, miejsce podczas bombardowania!) będziemy mogli się uraczyć jakże wojenną pieśnią dubstepową JIMEK - Hypnotixx. Po tym ostatnim zostaje naprawdę mało rzeczy, które mogłyby jeszcze kiedykolwiek w kinie zadziwić.
Kolejnym strzałem w kolano (patrząc na okoliczności, zwrot dość niefortunny) u Komasy okazała się obsada. Liczyłem, że skoro w "Sali samobójców" reżyser wycisnął z Gierszała i Gąsiorowskiej, co tylko się dało, to powtórzy to w przypadku Pawłowskiego i Wichlarz. Niestety, wraz z Próchniak do kompletu, tworzą postaci tak przezroczyste, że ciężko jest przejąć się ich losem, przez co seans mija bez większych wrażeń emocjonalnych. O wiele żywiej, wyraźniej i wiarygodniej wypadają odtwórcy ról (niestety, tylko) epizodycznych, jak Jan Kowalewski jako Adam, znany z "Siły przyciągania", "Fabryki zła" i "Fali" Max Riemelt jako Johann, niezastąpiony Tomasz Schuchardt jako "Kobra", czy nawet - nawet! - Antoni Królikowski w roli "Beksy".
Podsumowując, "Miasto 44" udowodniło, że przy wysokim budżecie (który, nie ukrywajmy, byłby "groszową sprawą" w Hollywood) Polacy potrafią stworzyć efekty specjalne, które stanowią niemałą wizualną gratkę. Szkoda tylko, że przy okazji poległa im cała reszta, przez co z ważnego tematu powstania powstała młodzieżowa tandeta w rytmach dubstepu. Może zamiast puszczać wodze fantazji, wystarczyłoby zachować resztki rozsądku i realizmu? - Ot, taka mała sugestia.
poniedziałek, 4 sierpnia 2014
Kamienie na szaniec (2014)
Tytuł: Kamienie na szaniec
Gatunek: Dramat/Wojenny
Reżyseria: Robert Gliński
Premiera: 7 marca 2014 (Polska), 3 marca 2014 (świat)
Ocena: 2/6
To, że szkolne lektury stanowią niemalże nieskończone źródło filmowych pomysłów, potwierdzić mogą takie legendy polskiego kina, jak Hoffman czy Wajda. Robert Gliński, mający na swoim koncie między innymi "Cześć, Tereska" i "Świnki", zabrał się za ekranizację wspaniałej powieści Kamińskiego. Jak poradził sobie w przeniesieniu "Kamieni na szaniec" na duży ekran?
Zośka, Rudy i Alek to trzej przyjaciele, których plany i marzenia przerwał wybuch II Wojny Światowej. Nie mają jednak zamiaru siedzieć bezczynnie i bezradnie przyglądać się okupantom. Nawiązują kontakt z żołnierzami AK i organizują "małe sabotaże". Pewnego poranka Rudy zostaje zatrzymany przez gestapo. Niemcy torturami próbują zmusić go do współpracy i wyjawienia nazwisk kompanów. Zośka obmyśla plan i organizuje desperacki atak, by odbić przyjaciela z rąk nazistów.
Gdyby "Kamienie na szaniec" opowiadały historię amerykańskich bohaterów, twórcy zza oceanu prześcigaliby się w ukazywaniu obrazów, ociekających skrajnym patriotyzmem i przesadnym patosem. W dodatku stworzyliby z tego kilkugodzinne (o ile nie złożone z kilku części) widowisko, w którym żywe emocje ścierałyby się z pomysłami sztabu od efektów specjalnych. "Kamienie na szaniec" to jednak historia polskiej młodzieży, a za sterami jej ekranizacji usiadł Gliński. Efekt? Kamiński, jakby zobaczył ten twór, nie poznałby własnej powieści. Gliński skupił się tylko na jednym rozdziale z całej książki i (dosłownie!) rozwałkował go na prawie dwugodzinną produkcję. Spoiwo oryginalnej powieści - przyjaźń trójki bohaterów - zostało tutaj wypaczone i zepchnięte na dalszy plan, niczym kompletnie niepotrzebny wątek. O ile Zośkę i Rudego na ekranie uraczymy w ilości ponadprogramowej, o tyle Alek zlewa się z tłumem statystów. Więzi, łączące bohaterów, zostały chyba gdzieś na papierze, bo w filmie nie pofatygowano się, by spróbować je nakreślić. Słynna "akcja pod Arsenałem" przypomina widzowi, że polska kinematografia zatrzymała się na etapie "Czterech pancernych". Gliński miał w swoich rękach materiał na patriotyczną bombę, przywołującą ducha walki i podkreślającą przywiązanie i miłość do ojczyzny. Zamiast tego zaprezentował spłyconą do granic możliwości papkę, zaś postępowania i decyzje bohaterów na siłę uwspółcześnił (przez co jeszcze bardziej zatraca jakiekolwiek związki z pierwowzorem). Tam, gdzie powinna być niewinna, młodzieńcza miłość, wkrada się pożądanie i seks, odwaga graniczy z chaosem i szaleństwem (okraszona sadystycznymi scenami tortur, które niejedną osobę mogą odrzucić od ekranu), przyjaźń jest tylko porywającym hasłem, a rodzina to służący lub osoby, które nic nie rozumieją i na siłę plątają się między nogami. Gliński wypaczył powieść Kamińskiego, zabrał jej ideały i w ich miejsce włożył banały, przez które widz z utęsknieniem oczekuje napisów końcowych.
40 lat temu wszystkie (mniej lub bardziej) wzniosłe role grał Olbrychski, 20 lat temu wszędzie umieszczano Żebrowskiego. Aktualnie polskie kino stawia na młode talenty i nazwiska mało znane lub dopiero co debiutujące na dużym ekranie. I, jak się okazuje, jest to przeważnie strzał w dziesiątkę. Najwięcej pracy wykonał niezaprzeczalnie Tomasz Ziętek, który z roli Rudego - pomimo scenariusza - starał się ratować, co tylko się dało. Ciekawie na ekranie spisuje się Marcel Sabat jako Zośka, choć nie do końca udało mu się wpasować w swojego bohatera. Kamil Szeptycki jako wycięty w dużej mierze ze scenariusza Alek robi, co może, by dobrze wypaść podczas tych kilku minut, gdy reżyser prawdopodobnie się zagapił i zatrzymał na nim zbyt długo kamerę. Magdalena Koleśnik jako Monia to rozchwiana emocjonalnie istota, nie mająca pomysłu na siebie, a Sandra Staniszewska jako Hala jest typowym przykładem dziewczyny głównego bohatera - na ekranie pojawia się jedynie po to, by być. O postaciach epizodycznych, do których - o dziwo - zebrano śmietankę polskiego kina (jak Dziędziel, Łukaszewicz, Dereszowska, Żmijewski, Stenka, Chyra czy Globisz), nie ma za wiele co mówić, bo poza powtarzającą się poprawnością żaden z tych bohaterów nie wyróżnia się zupełnie niczym.
Podsumowując, za sukces "Kamieni na szaniec" w przeważającej mierze odpowiadają szkoły, które tłumnie organizowały wypady do kina. Bez tego film Glińskiego okazałby się nie tylko realizatorską, ale również finansową klapą. Ktokolwiek kiedykolwiek miał styczność z prozą Kamińskiego, po ekranizacji "Kamieni na szaniec" odczuje wyłącznie rozczarowanie.
poniedziałek, 17 marca 2014
Ocalony (2013)
Tytuł: Ocalony (Lone Survivor)
Gatunek: Dramat/WojennyReżyseria: Peter Berg
Premiera: 14 marca 2014 (Polska), 12 listopada 2013 (świat)
Ocena: 2+/6
Wyczerpani tematyką II Wojny Światowej i walk w Wietnamie, amerykańscy twórcy zwrócili uwagę na współczesne konflikty zbrojne i polityczne. Po nieudanej próbie zagrzania miejsca w gatunku sci-fi filmem "Battleship: Bitwa o ziemię", Peter Berg postanowił spróbować swych sił w nowym trendzie. Łapiąc się historii opartej na faktach, wysyła swoich bohaterów - wraz z widzami - do Afganistanu. Czy dramat wojenny to gatunek, w którym Berg w końcu się odnalazł?
Czwórka komandosów z Navy SEALs ma za zadanie zlokalizować jednego z najgroźniejszych przywódców talibów. Sprawa komplikuje się, gdy zostają odkryci przez nieprzyjaciół. Zdani wyłącznie na siebie, żołnierze stają do nierównej walki z licznymi siłami wroga.
Abstrahując od wszelkich dyskusji o motywach i sensowności amerykańskich akcji w Afganistanie, nie można nie odnieść wrażenia, że Peter Berg usilnie starał się stworzyć obraz wyjątkowo pro polityczny. Prezentowani przez niego bohaterowie nakreśleni są grubą kreską - są albo krystalicznie biali, albo czarni, nic pomiędzy. Odważny, oddany sprawie, skory do poświęceń i walczący do utraty tchu - taki przekaz płynie z "Ocalonego" odnośnie amerykańskich żołnierzy, który wydawać się może trochę pretensjonalny. Do tego, im dalej reżyser brnie w opowiadaną fabułę, tym bardziej traci kontakt z rzeczywistością. Jego bohaterowie nie są niezniszczalni i nie omijają wszystkich kul - wręcz przeciwnie, przyjmują wszystkie kule na przysłowiową "klatę", a po ostrzale wstają i biegną dalej. Przeżywają skoki ze sporych wysokości i toczą się po ostrych skałach, a ich (już i tak podziurawione przez kule) ciała są rozszarpywane przez wystające przeszkody. Na końcu lądują na drzewach lub głową zatrzymują się na głazach. Jeden z nich obrywa pociskiem w tył czaszki, drugiemu odstrzelone zostają palce, trzeciego trafiają w stopę, zaś czwarty ma otwarte złamanie. Nic to dla nich! Po wszystkim wstają i walczą dalej. Gdy niekończąca się walka i nieśmiertelność żołnierzy zaczynają powoli męczyć, reżyser daje widzowi chwilę wytchnienia przed zakończeniem, w którym wspina się na wyżyny absurdu. W dodatku Berg nie ma zamiaru cenzurować masakrycznych scen. Wręcz przeciwnie, każdy pocisk przy fontannie krwi wyrywa z sobą kawałki ciała, zaś nastawianie kości przy otwartym złamaniu i wyciąganie ostrych odłamków z nogi możemy oglądać przy naprawdę dużym zbliżeniu (realizmu tych scen pozazdrościć mogą nawet twórcy kina gore). Widzowie o słabszych nerwach mogą mieć problem z przetrwaniem całego filmu. Po seansie czeka nas seria zdjęć żołnierzy, którzy rzeczywiście brali udział w przedstawionych wydarzeniach, czym reżyser chciał chyba przypomnieć, że ta nieprawdopodobna fabuła (która w pewnym momencie wymknęła się mu spod kontroli) była oparta na faktach.
Wśród serii wystrzałów, wybuchów i rosnącej skali absurdu próbowali odnaleźć swoje miejsce aktorzy. Jedynym, któremu w miarę się to udało, jest Mark Wahlberg. Pomimo nieludzkiej wytrzymałości, starał się skupić na prawidłowej grze i emocjach, towarzyszących swojemu bohaterowi. Reszta kompanów wypada przy nim blado (największy zawód czyni doświadczony Ben Foster, który jako Alex miał stworzyć coś w rodzaju żołnierskich więzi braterskich z Marcusem, ale chyba całkiem o tym zapomniał i po prostu trwał do końca swych kwestii w scenariuszu). W roli dowódcy kompletnie nie mógł odnaleźć się Eric Bana. Brak pomysłów spowodował, że jego gra ogranicza się do stania, siedzenia lub picia kawy.
Podsumowując, poza (nominowanymi do tegorocznych Oscarów) dźwiękiem i jego montażem, "Ocalony" wcześniej czy później traci na każdej innej płaszczyźnie filmowej. Pomimo nakładów, pracy, dobrych chęci i zaplecza aktorskiego warsztatu, dramat wojenny okazał się być ponad siły Berga. Tam, gdzie reżyser chciał się odkuć i stanąć na nogi, udowodnił tylko, że jeszcze bardziej kuleje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





























