Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Melodramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Melodramat. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 czerwca 2018

Twój Simon (2018)


Tytuł: Twój Simon (Love, Simon)

Gatunek: Dramat/Romans
Reżyseria: Greg Berlanti
Premiera: 15 czerwca 2018 (Polska), 27 lutego 2018 (świat)
Ocena: 4-/6


Jeszcze kilka lat temu o Becky Alebrtalli nie słyszał nikt. Dziś jest popularną autorką powieści dla młodzieży. Wszystko zmieniło się trzy lata temu, gdy jej debiutancka książka, "Simon i inni homo sapiens", została pozytywnie przyjęta przez czytelników i krytyków, następnie obsypano ją nagrodami, aż w końcu trafiła na listę bestsellerów New York Timesa. Ekranizacja była więc tylko kwestią czasu. I tak oto w tym roku do kin trafił "Twój Simon". Czy kolejny film producentów "Gwiazd naszych wina", z Gregiem Berlantim za sterami (tak, tak, to ten pan od "Green Lantern") ma szansę podbić serca widzów, jak jego książkowy pierwowzór?


Simon Berg to niczym niewyróżniający się nastolatek - chodzi do miejscowej szkoły, ma grono bliskich przyjaciół i kochającą rodzinę. Nikt jednak nie wie, że chłopak skrywa pewien sekret - jest gejem. Sytuacja zmienia się, gdy na szkolnej stronie pojawia się anonimowy list, w którym autor - pod pseudonimem Blue - przyznaje się do swojego homoseksualizmu. Simon, dostrzegając w Blue bratnią duszę, zaczyna z nim korespondować. Wszystko przebiega dobrze do czasu, gdy pewnego dnia część sekretnej korespondencji trafia w niepowołane ręce znajomego ze szkoły, Martina. Chłopak szantażuje Simona, że wyda jego tajemnicę, jeśli ten nie zeswata go ze swoją przyjaciółką, Abby.


"Love, Simon" to idealny przykład konstrukcji amerykańskiego dramatu dla młodzieży, który nie bez kozery porównywany jest z filmem "Gwiazd naszych wina" Josha Boone'a. Berlanti serwuje nam lekką, przyjemną i - na swój sposób - wciągającą historię, idealnie nadającą się na wieczorny chillout. Mimo poruszania kwestii pozornie ważnych, nie należy tu oczekiwać głębokich rozważań bohaterów, czy przesadnej powagi. "Twój Simon" to w końcu przede wszystkim kino młodzieżowe, utrzymane w ryzach nastoletniej beztroski. Nawet najpoważniejszy problem, czy dawno skrywane wyznanie, przychodzi tu zawsze lekko i z uśmiechem. A jeśli już o uśmiechu mowa, to podczas seansu go nie zabraknie, bo autorom scenariusza (duet Berger - Aptaker) udaje się przemycić naprawdę dużo humoru, dobrze wyważonego i świetnie wpasowującego się w całokształt. Wbrew pozorom, to niełatwa sztuka w tego typu produkcjach i za to należą się twórcom słowa uznania.


To, co jednak może razić "starszych" widzów, to przesadnie wyidealizowany świat przedstawiony. Serio, tu wszystko jest tak perfekcyjne i "cukierkowe", że przypomina jakiś wymarzony, utopijny świat. Poza wicedyrektorem, który na siłę stara się zachowywać jak nastolatek i często nie dostrzega powagi problemu, oraz dwójką szkolnych "błaznów", których pokaz nietolerancji zostaje błyskawicznie spacyfikowany, całe otoczenie Simona jest tak perfekcyjne, że aż przyprawia o mdłości. Każde przewinienia są natychmiastowo (no, w kolejnej scenie) wybaczane, wszyscy są pełni zrozumienia i otwartości. Przez to wszystko to całe usilne ukrywanie swojej orientacji przez głównego bohatera wydaje się być niepotrzebnie rozdmuchaną wydmuszką. Gdy do wielkiego coming outu w końcu dochodzi, nic (dosłownie, NIC!) strasznego się nie dzieje. Wręcz przeciwnie, świat z perfekcyjnego staje się jeszcze bardziej perfekcyjny. Gdyby w finale filmu wszyscy zaczęli śpiewać i tańczyć, rodem z "Grease" czy "Footloose", nikt by się pewnie nie zdziwił. I właśnie ta przesadzona perfekcyjność drastycznie - w moim skromnym mniemaniu - obniża odbiór całokształtu.


Jeśli chodzi o odpowiedni dobór obsady, to z racji, że samej powieści nie miałem okazji czytać, ograniczę się do tego, co widziałem na ekranie. A tu, jak na produkcję tego typu przystało, konstrukcja postaci nie jest zbyt skomplikowana, toteż od aktorów nie wymaga się nie wiadomo jak wielkiego warsztatu aktorskiego. Każdy w mniejszym lub większym stopniu odnalazł się w odgrywanej postaci, jednakże nie będą to role, które na długo zapadną w pamięci. Na szczególne uznanie zasługuje jednak starsze grono aktorów - Jennifer Garner i Josh Duhamel - jako świetnie przekoloryzowani rodzice Simona, oraz Natasha Rothwell jako genialna pani Albright - z taką opiekunką kółka teatralnego uczestniczyłbym w każdej wystawianej sztuce.


Podsumowując, "Twój Simon" to świetny wybór na wieczorny chillout. Film jest lekki, przyjemny i zabawny, choć starszym widzom może się wydać nazbyt przekoloryzowany i wyidealizowany. Przede wszystkim jednak udowadnia, że Greg Berlanti całkiem nieźle sprawdza się za kamerą filmów młodzieżowych, dużo lepiej niż jako scenarzysta filmów sci-fi.

środa, 29 lipca 2015

Najdłuższa podróż (2015)


Tytuł: Najdłuższa podróż (The Longest Ride)

Gatunek: Dramat/Romans
Reżyseria: George Tillman Jr.
Premiera: 12 czerwca 2015 (Polska), 3 kwietnia 2015 (świat)
Ocena: 5-/6

Co łączy "List w butelce", "Szkołę uczuć", "Pamiętnik", "Ostatnią piosenkę", "Wciąż ją kocham" i "Szczęściarza"? Wszystkie te tytuły zostały oparte o bestsellerowe powieści Nicholasa Sparksa. Aktualnie autor romansów doczekał się już dziesięciu ekranizacji swoich książek, a najnowszą jest właśnie "Najdłuższa podróż" w reżyserii George'a Tillmana Jr. Jak twórca "Przepisu na życie" i "Notoriousa" sprawdził się za kamerą romansu?


Sophia Danko to ambitna studentka sztuki, która po zdanych egzaminach planuje przenieść się do Nowego Jorku na intratny staż. Pewnego wieczora koleżanki zabierają ją na pokaz rodeo, gdzie dziewczyna poznaje przystojnego Luke'a Collinsa. Choć Sophia z racji wyjazdu nie planuje się z nikim wiązać, daje namówić się chłopakowi na randkę. Wracając ze spotkania, zauważają rozbity samochód. Luke ratuje z niego starszego mężczyznę, a Sophia wyciąga pudełko pełne listów. Poznaje z nich historię miłości mężczyzny, Iry, do Ruth. Wkrótce dziewczyna i starzec zaprzyjaźniają się.


Zabierając się za kolejną ekranizację prozy Sparksa, nie oczekuje się, że można zobaczyć nową, nieznaną historię. Pisarz przyzwyczaił zarówno czytelników, jak i widzów, że jego historie mają praktycznie ten sam, sprawdzony fundament. Zmienia się tylko zewnętrzna otoczka i twarze bohaterów. Nic więc dziwnego, że oglądając "Najdłuższą podróż" ma się nieodparte wrażenie, że trafiło się na seans remake'u "Pamiętnika" Cassavetesa. Mamy tu dwie opowiadane jednocześnie historie. Jedna, teraźniejsza, to początek związku Sophii i Luke'a. Druga, umieszczona w latach II Wojny Światowej, to historia wielkiej miłości Iry i Ruth. Oba te światy w przedziwny sposób krzyżują się ze sobą, a przeszłość starszego mężczyzny służy jako niezastąpiona lekcja dla młodych kochanków. To wszystko już było. A w temacie łączenia przeszłości z przyszłością niezaprzeczalnie wygrywa "Pamiętnik".


"Najdłuższa podróż" ma jednak w sobie to coś, co potrafi przykuć uwagę widza. George Tillman Jr. odwalił kawał naprawdę dobrej roboty, przenosząc wtórną powieść Sparksa na duży ekran w taki sposób, że do tej wtórności można podejść z przymrużeniem oka. Sparks wystarczająco nasycił swoją powieść emocjami, uczuciami i szeroko pojętą romantycznością, więc Tillman - na szczęście! - nic nie dodawał od siebie, ani nie ubarwiał. Odział całość tylko w odpowiednie barwy i zaprezentował tak, że dwugodzinny seans mija nie wiadomo kiedy. Oczywiście, jak na prozę Sparksa przystało, można spodziewać się momentów szczerze wyciskających łzy, więc co wrażliwszym radzę uzbroić się w zapas chusteczek przed seansem. Na końcu razić może zbyt wyidealizowany finał, bardziej przypominający cukierkową bajkę, aniżeli utrzymywany w ramach realizmu film o miłości.


Cechą charakterystyczną ekranizacji Sparksa jest duet głównych bohaterów, których zadaniem jest nie tylko ubarwienie całej historii, ale i przyciągnięcie widzów do kin. W "Liście w butelce" mieliśmy niezastąpionych Costnera i Wright, w "Pamiętniku" - Goslinga i McAdams, w "Ostatniej piosence" - Cyrus i Hemswortha, we "Wciąż ją kocham" - Tatuma i Seyfried, w "Szczęściarzu" - Efrona i Schilling. "Najdłuższa podróż" to popis aktorskich umiejętności próbującego swoich sił przed kamerą Scotta Eastwooda (z tych Eastwoodów) i wciąż rozwijającej swój warsztat Britt Robertson. Dwójka młodych aktorów świetnie wczuwa się i odnajduje w swoich rolach. Przekonująco przed kamerą wypadają również Jack Huston i Oona Chaplin (jako młodzi Ira i Ruth) oraz Alan Alda (jako starszy Ira). Każda z postaci jest tak przedstawiona, że szybko i łatwo zyskuje sympatię widza (a to w końcu w tego typu produkcjach najważniejsze).


Podsumowując, cudów nie ma, ale źle też nie jest. Tillman ma świetne wyczucie do prozy Sparksa i wie, jak ją przedstawić w sposób lekkostrawny i przyjemny. Choć dla miłośników ekranizacji romansów amerykańskiego pisarza "Najdłuższa podróż" może okazać się kolejnym filmem z wielu, to jednak taki jest ich przewrotny urok. Warto poświęcić te dwie godziny, by przeżyć emocjonalną przygodę z bohaterami "Najdłuższej podróży".

wtorek, 3 marca 2015

Pięćdziesiąt twarzy Greya (2015)



Tytuł: Pięćdziesiąt twarzy Greya (Fifty Shades of Grey)

Gatunek: Melodramat
Reżyseria: Sam Taylor-Johnson
Premiera: 13 lutego 2015 (Polska), 9 lutego 2015 (świat)
Ocena: 4/6

Rekord wszech czasów wśród filmów wchodzących do kin w President Day Weekend w USA (81,7 mln dolarów!), drugi najlepszy wynik otwarcia w lutym i czwarty w kategorii R. Weekend otwarcia w Polsce to 835 tys. widzów, w tym 420 tys. w same Walentyki, co dało łącznie 17,2 mln zł wpływu. Sam obraz na świecie zarobił już przeszło 485 mln dolarów, co przy budżecie zaledwie 40 mln robi niemałe wrażenie. Mimo ogromnego spadku w USA w drugi weekend emisji (o 70%!), wciąż utrzymał się na pozycji lidera z zyskiem 23,3 mln dolarów. Cokolwiek by nie mówić, ale "Pięćdziesiąt twarzy Greya" to niezaprzeczalny kinowy fenomen, przy którym mania na sagę "Zmierzch" wypada dość mizernie. Jak pierwsza część bestsellerowej trylogii E.L. James (ponad 100 mln sprzedanych egzemplarzy!) sprawdza się na dużym ekranie?


Anastasia Steele, młoda studentka literatury, zgadza się zastąpić współlokatorkę w przeprowadzeniu wywiadu z przedsiębiorcą i multimilionerem, Christianem Greyem. Dziewczyna z każdą kolejną chwilą jest coraz bardziej zafascynowana przystojnym rozmówcą. Po zakończeniu wywiadu stara się jednak o nim zapomnieć. Niespodziewanie, Grey zjawia się u niej w pracy. Pozornie niewinne spotkania przeradzają się w poważniejszą relację, a Anastasia poznaje drugą stronę Christiana, która kompletnie nie pasuje do eleganckiego i poważnego przedsiębiorcy. Steele sukcesywnie wkracza w nieznany jej dotąd świat seksu, pożądania i głęboko skrywanych pragnień.


Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że powieści E.L. James nie czytałem, więc nie będę oceniał filmu pod względem zgodności (lub niezgodności) z książkowym pierwowzorem. Muszę przyznać, że Sam Taylor-Johnson miała niemały orzech do gryzienia - w końcu na jej barkach spoczęło przeniesienie wizji milionów czytelniczek na całym świecie na duży ekran. Premierę podgrzewały coraz to pikantniejsze szczegóły o pozornie wyuzdanych scenach, które są szokującym przełomem w historii kina. No cóż, jeśli ktokolwiek uważa, że te kilka grzecznych scen niegrzecznych igraszek za bardzo ocieka erotyką (a wręcz pornografią!), to zapraszam do seansu "Nimfomanki" von Triera czy "Klipu" Miloš (o "Srpskim filmie" Spasojevicia nawet nie wspomnę, bo groziłoby to masowymi zawałami). W "Pięćdziesięciu twarzach Greya" seks nie jest wulgarnym dodatkiem lub szokującą wstawką - to bardzo estetyczna i dopracowana gra ciał (widoczna w szczególności w scenie "tego pierwszego razu", gdzie nad nadzwyczajną synchronizacją postaci czuwał chyba sztab ekspertów i choreografów).


Choć fabularnie "Greya" można by wcisnąć gdzieś pomiędzy Harlekiny a czasopismo "Wamp", to całokształt sprawdza się jako niewymagająca opowiastka dla dorosłych. Losy bohaterów wydają się przewidywalne, lecz z czasem - głównie dzięki sadomasochistycznej grze - intrygują ciągłym przesuwaniem swoich granic. Postać Anastasii początkowo kojarzyć się może z Bellą Swan ze "Zmierzchu" (niepozorna dziewczyna, która jest adorowana przez niemalże wszystkich mężczyzn z otoczenia - od szkolnych znajomych po przystojnego multimilionera), lecz - na całe szczęście - osoba Greya i jego złożoność szybko pozwalają zapomnieć o tym porównaniu (bo Edward Cullen co najwyżej składał się z pięćdziesięciu twarzy depresji i melancholii). Obraz Taylor-Johnson ogląda się dla samej rozrywki oglądania (w szczególności, że autorce scenariusza humoru nie brakowało!), aniżeli w poszukiwaniu głębszych przesłań, ukrytych znaczeń, czy budowaniu więzi i relacji z prezentowanymi bohaterami. Bez seksualnych perwersji tytułowego bohatera, film byłby jedną z wielu wyidealizowanych historii o biednym Kopciuszku, który spotkał swojego Księcia. Niewątpliwym plusem opowieści jest to, że determinuje ona poziom romantyzmu i słodyczy, którymi niejednokrotnie przesadnie ociekają melodramaty (to minimalne minimum w "Greyu" sprawia, że całość jest o wiele bardziej strawna). Dodatkowo, wisienką na torcie jest niesamowity soundtrack, który zapada w pamięci chyba nawet bardziej, niż sam film.


Patrząc na to, ile nazwisk było branych pod uwagę przy obsadzeniu głównych bohaterów, to Johnson i Dornan mogą czuć się, jakby wygrali na loterii. Dodatkowo sądzę, że wybór niezbyt popularnych nazwisk dobrze zrobił całej produkcji (na przykład, wyobrażacie sobie igraszki Katniss Everdeen z Damonem Salvatorem?). Dakota Johnson pokazywała już nie raz, że potrafi zrobić coś z niczego (choćby jej desperackie próby ratowania "Chłopaków do wzięcia"). Jamie Dornan dotychczas najbardziej znany był z kampanii reklamowych Calvina Kleina, Armaniego i Diora oraz związku z Keirą Knightley, dzięki której dostał angaż do "Marii Antoniny" Coppoli. Jako filmowy Grey pokazał, że nie potrzeba wielkich gestów i czynów, by stworzyć postać charakterystyczną. Mimika Dornana świetnie sprawdza się przed kamerą, dzięki czemu sam bohater wypada wiarygodnie i naturalnie.
Podsumowując, nie zgodziłbym się z niechlubnym określeniem "Greya" jako "porno dla mamusiek", bo ani to dla "mamusiek", ani koło porno nie stało. Ot, dobry melodramat okraszony delikatną pikanterią, z ogromną kampanią reklamową i zapleczem marketingowym. Na pewno wyróżnia się na tle innych melodramatów, jednakże - mimo pobitych rekordów - zapewne przeminie równie szybko, jak poprzednie sezonowe fascynacje. Ciekawe, czy kontynuacjom uda się utrzymać równie dużą popularność i oglądalność.

czwartek, 18 września 2014

Gwiazd naszych wina (2014)


Tytuł: Gwiazd naszych wina (The Fault in Our Stars)
Gatunek: Dramat/Romans
Reżyseria: Josh Boone
Premiera: 6 czerwca 2014 (Polska), 16 maja 2014 (świat)
Ocena: 4/6

Gdyby zrobić zestawienie dramatów europejskich z amerykańskimi, okazałoby się, że te pierwsze (w przeważającej większości) są surowsze, bardziej dosadne i przygnębiające, podczas gdy te drugie (w większości ekranizacje powieści lub oparte na faktach) skupiają się na wzruszeniach i optymistycznym wydźwięku. Dla przykładu wystarczy porównać "Poradnik pozytywnego myślenia" Russella z "Oslo, 31 sierpnia" Triera. Czy Josh Boone w ekranizacji powieści Johna Greena złamał te stereotypy?


Hazel cierpi na raka tarczycy, przez którego nie może samodzielnie oddychać i czeka ją nieuchronna śmierć. Nadopiekuńczy rodzice namawiają ją do udziału w grupie wsparcia. Na jednym ze spotkań poznaje Augustusa, byłego koszykarza, który przez chorobę stracił nogę. Gdy chłopak dowiaduje się, że marzeniem Hazel jest spotkać się z jej ukochanym pisarzem, robi wszystko, by się z nim skontaktować. W końcu udaje mu się rozmówić z jego asystentką, Lidewij, i zorganizować spotkanie w Amsterdamie. Jednakże, na kilka dni przed odlotem stan Hazel się pogarsza i całe przedsięwzięcie staje pod znakiem zapytania.


Naprawdę utwierdzam się w przekonaniu, że amerykańscy reżyserzy w pewnym momencie utracili kontakt z rzeczywistością. Podobnie, jak w filmach akcji ich bohaterowie są nie tylko wszystkoodporni, ale w każdych warunkach mają idealną fryzurę, tak u Boone'a ciężko chora na raka Hazel ma zawsze perfekcyjny makijaż i tylko dzięki butli z tlenem wiemy, że tak naprawdę jest umierająca. To samo tyczy się Gusa, który z protezą zamiast nogi chodzi iście tanecznym krokiem, a utykać zaczyna tylko w momencie, jak się reżyserowi przypomni, że przecież jego bohaterowi amputowano kończynę. Świat przedstawiony wydaje się nad wyraz wyidealizowany oraz do granic naciągany i dopiero postać Van Houtena wydaje się być brutalnym zderzeniem z rzeczywistością (ale tylko na krótko). Mimo tego, że taka ilość słodyczy i lukru bardziej pasowałyby do młodzieżowego romansu, aniżeli poważnego dramatu o ludziach śmiertelnie chorych, to Boone'owi nie można odmówić jednego - potrafi perfekcyjnie zagrać na ludzkich emocjach. Przy "The Fault in Our Stars" tylko ktoś, kto ma serce z kamienia, nie przejąłby się przewrotnym losem bohaterów i nie uronił łzy podczas seans. Poprzez połączenie prostych gestów, kilku słów i odpowiedniej ścieżki dźwiękowej Boone potrafi zdziałać prawdziwe cuda. Mimo licznych wzruszeń i - bądź, co bądź - smutnej historii, reżyser - iście po amerykańsku - nie ma zamiaru pozostawiać widza przygnębionego. Wręcz przeciwnie, "The Fault in Our Stars" jest bardzo pozytywny i - zarażając optymizmem - powtarza jak mantrę, że nie należy się poddawać. Człowiek powinien brać z życia, co tylko się da, i iść przez nie z uśmiechem, niezależnie, czy zostało mu tego życia kilkadziesiąt lat, czy kilka dni. W swej lekkości i pozytywnym myśleniu dramat amerykański (w pewnych momentach) wygrywa z przygnębiającym (nierzadko przyprawiającym o depresję i pogłębiającym fatalistyczne myśli) kinem europejskim.


Boone, znów po amerykańsku, nie postawił na mało znane nazwiska. Obsada może przyciągać samym składem. Choć Shailene Woodley została wycięta z drugiej części "Niesamowitego Spidermana", to po "Niezgodnej" trafiła na ścieżkę kariery mocno wydeptaną przez Kristen Stewart i Jennifer Lawrence. Oczywiście, 22-letnia aktorka wypada przed kamerą o niebo lepiej od gwiazdy "Zmierzchu" (co raczej nie jest trudne), lecz do bohaterki "Igrzysk śmierci" wiele jej jeszcze brakuje. Ansel Elgort z każdym kolejnym filmem prezentuje coraz lepszy warsztat (niewiele lepszy, ale zawsze coś). Aktor, który tragicznie wypadł w remake'u "Carrie", w "The Fault in Our Stars" definitywnie wygrywa z towarzyszącą mu Woodley. Mimo wszystko, to nie oni wiodą prym w tej historii. Prawdziwą gwiazdą jest Willem Dafoe. Ten wszechstronny aktor pokazuje, że do każdego zadania (nawet epizodycznej roli) podchodzi bardzo poważnie i z każdym wyzwaniem radzi sobie wyśmienicie. Jego Van Houten to orzeźwiająca kropla goryczy w tym morzu słodkości.
Podsumowując, film Boone'a nie łamie stereotypów, lecz je potwierdza. Dramat amerykański ma być lekki, przyjemny, wzruszający i zarażający pozytywnym myśleniem - i taki jest "The Fault in Our Stars". Przy połowie mniejszej ilości lukru zyskałby na wiarygodności, no ale cóż - nie zawsze można mieć wszystko.

wtorek, 22 lipca 2014

Błękitna laguna: Przebudzenie (2012)


Tytuł: Błękitna laguna: Przebudzenie (Blue Lagoon: The Awakening)
Gatunek: Romans/Dla młodzieży
Reżyseria: Eric Bross, Mikael Salomon
Premiera: 16 czerwca 2012 (świat)
Ocena: 1/6

Gdy ponad 30 lat temu Randal Kleiser zaprezentował swoją "Błękitną lagunę", wywołał niemałe zamieszanie. Odważny obraz o miłości, dojrzewaniu i przetrwaniu dla wielu był aż nadto odważny. Jednakże, niepodważalnie posiadał pewien rodzaj magii, dzięki której film Kleisera przetrwał lata w pamięci widzów. W 1991 roku sukces próbował powtórzyć William A. Graham, "powracając" na słynną wyspę. Z bardzo mizernym skutkiem - i raczej mało kto kojarzy, że Milla Jovovich przed "Resident Evil" była znana właśnie z tej produkcji. Dwa lata temu najsłynniejszą filmową lagunę postanowili wykorzystać Bross i Salomon, tworząc współczesną wersję hitu sprzed trzech dekad. Czy ich film to prawdziwe "przebudzenie" (?!), a może jedynie desperackie próby odgrzewania kotleta?


Emma i Dean chodzą do jednego liceum. Ona - wzorowa uczennica, najpopularniejsza dziewczyna w szkole. On - odludek, nieuk i wagarowicz. Połączy ich przypadek. Podczas projektu wyjazdowego Emma daje się namówić przez koleżanki na zakrapianą imprezę na jachcie. Trafia na nią również Dean. Gdy łódź zostaje zatrzymana przez policjantów, Emma przez przypadek zostaje wypchnięta za burtę. Na ratunek śpieszy jej Dean i razem docierają do pontonu. Mają nadzieję ukryć się przed policją i wrócić na jacht, jednakże ich plany krzyżuje sztorm, który znosi ich w kierunku nieznanej wyspy. Podczas gdy ich rodzice zrobią wszystko, by odnaleźć swoje dzieci, Emma i Dean będą musieli nauczyć się przetrwać na bezludnym lądzie.


Obraz Brossa i Salomona ma dwa punkty wspólne z oryginałem - bezludną wyspę i Christophera Atkinsa, który przed 30 laty grał główną rolę Richarda w "Błekitnej lagunie", tu zaś ograniczony został do epizodycznej rólki nauczyciela. Cała reszta przypomina wyidealizowany świat młodzieżowych produkcji rodem ze stajni Disney'a. Dramaturgia pierwowzoru została zastąpiona nieskładnymi i wymuszonymi konfliktami, wola przetrwania została spłycona do rozładowanej baterii w telefonie komórkowym, a dla krwawej tajemnicy błękitnej laguny z 1980 roku nie znaleziono miejsca w tym 1,5-godzinnym filmie. Pobyt na bezludnej wyspie przypomina raczej rajskie wakacje - bohaterowie się praktycznie nie brudzą, nie zmieniają się i noszą cały czas te same ubrania (które się nie niszczą!). Emma przez trzy miesiące biega w idealnej fryzurze, a największym problemem Deana jest to, że nie rośnie mu zarost. Gdyby nie fakt, że co jakiś czas twórcy pokazują upływ czasu za sprawą kresek na kamieniu, można by pomyśleć, że pobyt na obcym lądzie trwał zaledwie kilka chwil, a nie 100 dni. Bross i Salomon starają się nadać całej historii poważniejszy ton przez wprowadzenie ckliwych (w ich mniemaniu) opowieści z życia bohaterów, ale tracą one na znaczeniu przy przesadnie lukrowanym całokształcie. Zamiast szukać sensu w nielogicznym postępowaniu postaci, lepiej napawać się widokami rajskiej wyspy i zachodów słońca - którymi to reżyserski duet katuje w każdej wolnej chwili, byleby tylko przepchnąć historię do napisów końcowych.


Z obsadą jest gorzej, niż źle. Brenton Thwaites to taki odpowiednik Taylora Lautnera ze "Zmierzchu", którego rola ogranicza się do jak najczęstszego ściągania koszulki. Nagrodzona Złotą Maliną gra Brooke Shields z pierwowzoru jest godna Oscara przy tym, co na ekranie wyczynia Indiana Evans. Pozostali aktorzy mają za zadanie być odskocznią i chwilą wytchnienia od drętwych, ociekających słodkością głównych bohaterów - i wychodzi im to, na szczęście, całkiem nieźle.
Podsumowując, tak, jak Montesi i Othenin-Girard zniszczyli serię "Omena" swoim "Przebudzeniem", a Ridley Scott - "Obcego" "Prometeuszem", tak Bross i Salomon zakopali magię "Błękitnej laguny" pod tonami cukru, lukru i słodyczy. Do tej pory nie wiem, czym według twórców miało być tytułowe "przebudzenie", ale jednego mogę być pewny - po seansie grozi spora niestrawność.

niedziela, 6 lipca 2014

Charlie (2012)


Tytuł: Charlie (The Perks of Being a Wallflower)
Gatunek: Melodramat
Reżyseria: Stephen Chbosky
Premiera: 8 września 2012 (świat)
Ocena: 5/6

Na wstępie chciałbym pogratulować polskim tłumaczom, którzy ciekawy tytuł "The Perks of Being a Wallflower" skrócili do... imienia głównego bohatera. Wiele już kreatywności widziałem (jak "11.6" przetłumaczony na "Perfekcjonistę"), ale ten pomysł śmiało może pretendować o miejsce na podium. Wracając do tematu, Stephen Chbosky zaprezentował nam ekranizację swojej własnej powieści (zgodnie z zasadą "zrób to sam"?) o problemach młodzieży licealnej. Już sama myśl o kolejnym ckliwym melodramacie, poruszającym tę tematykę, mnie przerażała. Czy film Chbosky'ego czymkolwiek zaskakuje?


Charlie jest zamkniętym w sobie nastolatkiem, który rozpoczyna naukę w pierwszej klasie liceum. Nie jest mu łatwo nawiązać nowe znajomości. Pewnego dnia poznaje Patricka i jego przyrodnią siostrę Sam, dzięki którym udaje mu się zapomnieć o swoich słabościach. Prosta z pozoru znajomość się komplikuje, gdy Charlie zakochuje się w Sam. Z czasem okazuje się, że nie tylko on skrywa sekrety swojej przeszłości.


Kiedy wydawać by się mogło, że w temacie nastolatków i ich problemów zostało już wszystko powiedziane i pokazane, pojawia się Stephen Chbosky, który udowadnia, że coś jeszcze zostało. I choć nie jest tego wiele, reżyser potrafi to odpowiednio wyeksponować i stworzyć 1,5-godzinny obraz, przy którym nie idzie się nudzić. Nie wychodząc z ram melodramatu, Chbosky wprowadza nas w prosty sposób w złożone życie Charliego i jego rodziny. Mimo, że główny bohater się stara i idzie naprzód, ciąży mu widmo przeszłości. To nie tylko walka z samym sobą i swoimi lękami, ale przede wszystkim o dobro innych. W banalne dialogi reżyser wplata sentencje, które zapadają w pamięci i dają do myślenia. Skrajnie różnych bohaterów łączy pozytywna energia, motywująca do działania. Oczywiście, wydawać się może, że świat przedstawiony oglądamy przez różowe okulary, opowieść jest mocno naciągana, zaś losy postaci toczą się w lukrowanej bańce, ale takie jest założenie gatunku. Chbosky czuje się tu, jak ryba w wodzie, poruszając niezliczoną ilość poważnych kwestii w prostych, przyswajalnych słowach (bez przygnębiających i ciężkich tonów psychologicznych dramatów). Największym zaś atutem samego filmu nie jest wielowątkowa historia, lecz muzyka, która towarzyszy bohaterom od samego początku i nadaje banalnym scenom nowego wydźwięku. Moment, gdy z radia leci "Heroes" Bowiego, zaś Emma Watson staje na samochodzie i "chwyta wiatr" jest wprost magiczny.


Kawał dobrej roboty wykonała również obsada, która spina dla Chbosky'ego całokształt. I nie mam tu na myśli odgrywającego główną rolę Logana Lermana, który rozkręca się dopiero pod koniec filmu, zaś przez większość wygląda, jakby walczył z Kristen Stewart o statuetkę Aktora Jednej Miny. Prym wiedzie tu Ezra Miller, którego drugoplanowa rola Patricka nadaje filmowi nowy, nierzadko zabawny kierunek. Na krok nie odstępuje go Emma Watson, której ekspresja nie razi tak mocno, jak w "Noe: Wybrany przez Boga" - wręcz przeciwnie, pokazała, że stać ją na wiele. W zestawieniu nie może zabraknąć Mae Whitman (jako ekscentrycznej i karykaturalnej Mary Elizabeth) i Niny Dobrev (choć zepchnięta na dalszy plan pokazuje, że nie będzie spoczywać na laurach).
Podsumowując, "Charlie" (tak, wciąż nie mogę wyjść z podziwu polskiej kreatywności) to przyjemny, miły i (gdzieniegdzie) wzruszający obraz, na tyle dobrze zrobiony, że udaje mu się wybić z morza podobnych produkcji. Szukając czegoś niewymagającego i zarazem ciekawego, film Chbosky'ego będzie strzałem w dziesiątkę.

wtorek, 10 czerwca 2014

Miłość bez końca (2014)


Tytuł: Miłość bez końca (Endless Love)
Gatunek: Melodramat
Reżyseria: Shana Feste
Premiera: 14 lutego 2014 (Polska), 12 lutego 2014 (świat)
Ocena: 4/6

Z jednej strony romanse, z drugiej dramaty, pośrodku - hybrydy. Melodramaty na stałe znalazły swoje miejsce w światowym kinie, łącząc ukazanie wzruszających historii z lekkością poruszania ciężkiej tematyki. Całokształt łatwy, przyswajalny i zjadliwy. W tym gatunku próbuje się odnaleźć Shana Feste, tym razem tworząc remake ekranizacji powieści Scotta Spencera. Jak sprawdza się jej wizja "Miłości bez końca"?


David całą szkołę średnią podkochiwał się w trzymającej się na uboczu Jade, jednakże nie miał odwagi, by z nią porozmawiać. Wraz z rozpoczęciem wakacji nadarza się okazja do zawiązania znajomości. Dwójkę nastolatków szybko łączy ze sobą uczucie. Na drodze do ich szczęścia staje ojciec dziewczyny, który za wszelką cenę chce ich rozdzielić. David postanawia nie poddawać się i walczyć o uczucia Jade.


Choć historia prezentowana przez Feste wydawać by się mogła prosta i zwyczajna, wcale taka do końca nie jest. Gdzieś pod tą otoczką lukrowanego romansu i nieskazitelnej miłości reżyserka zwraca uwagę na zakorzenione różnice klasowe i trudności, z jakimi mierzyć się musi młody człowiek wchodzący w dorosłe życie. Błędy przeszłości potrafią rzucić cień na realizację swoich marzeń, jednakże postawa głównego bohatera udowadnia, że nie należy się poddawać i zawsze dążyć do realizacji wcześniej obranych celów. Wszystko to Feste ubrała w niewymagającą otoczkę, pełną oklepanych zabiegów i przewidywalnych motywów. Wszystko to miało na celu skupienie uwagi widza na głównym wątku - miłości dwójki bohaterów. Feste nie obroniła się od posłodzenia fabuły ogromną ilością cukru, idealizując świat przedstawiony do granic możliwości. Wszystko po to, by utrzymać się ram melodramatu i - broń Boże! - nie wyskoczyć z czymkolwiek kreatywnym. W efekcie "Miłość bez końca" jest obrazem jakich wiele, który ma wzruszać i rozczulać, a nie wprowadzać innowacje. Całokształt udaje jej się prowadzić, mimo wszystko, dość ciekawie, dzięki czemu film, bez wątpliwości bardziej skierowany do damskiej części widowni, będzie zjadliwy praktycznie dla każdego. Oczywiście, poszukiwacze wymagającego kina powinni omijać tę pozycję wielkim łukiem (jak zresztą wszystko z tego gatunku), bo po seansie może grozić wyłącznie podwyższony poziom cukru.


Strzałem w dziesiątkę był dobór obsady. Alex Pettyfer, niczym Zac Efron, przechodzi kinową przemianę, zrywając z przeszłością i wykazując się w coraz to bardziej różnorodnych rolach. Po nieudanym występie w "Carrie", Gabrielli Wilde w końcu udaje się odnaleźć w roli i zagrać coś dobrze. Prawdziwy popis dają odtwórcy ojców - Bruce Greenwood oraz Robert Patrick - którzy przed kamerą czują się jak ryba w wodzie. Na uznanie zasługuje również Joely Richardson. Choć ostatnio strącona raczej na drugi plan, nie pozwala, by pamiętano o niej wyłącznie jako aktorskie "tło".
Podsumowując, "Miłość bez końca" to film lekki, przyjemny i niewymagający. Dobry wybór na spędzenie miłego wieczoru.