Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dramat. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 października 2018

Pierwszy człowiek (2018)


Tytuł: Pierwszy człowiek (First Man)

Gatunek: Biograficzny/Dramat
Reżyseria: Damien Chazelle
Premiera: 19 października 2018 (Polska), 29 sierpnia 2018 (świat)
Ocena: 4/6

"That's one small step for a man,
one giant leap for mankind"

- Neil Armstrong


Dzień 21 lipca 1969 roku na zawsze zapisał się w historii ludzkości. To właśnie wtedy amerykański astronauta Neil Armstrong jako pierwszy człowiek stanął na powierzchni Księżyca. Wynik misji Apollo 11 znają wszyscy. Jednakże - jak to zwykle bywa - sukces ma wielu ojców. I taką właśnie historię postanowili zaprezentować reżyser Damien Chazelle ("La la land", "Whiplash") i scenarzysta Josh Singer ("Spotlight", "Czwarta władza"). Czy siedmioletnie przygotowania do lotu na Księżyc udało się z sukcesem przenieść na duży ekran?


Neil Armstrong to doświadczony inżynier i pilot, który przeprowadzał próby doświadczalne z nowymi samolotami. Po śmierci swojej córki postanowił wziąć udział w programie lotów kosmicznych NASA. Dzięki opanowaniu i doświadczeniu udało mu się - po raz pierwszy w historii - połączyć na orbicie dwa pojazdy kosmiczne oraz - mimo awarii - sprowadzić swój statek z powrotem. Intensywny program lotów i testów oraz nieustanny amerykańsko-radziecki wyścig z czasem doprowadziły do realizacji programu Apollo, którego celem miało być lądowanie człowieka na Księżycu. Kolejne próby i loty kończyły się jednak niepowodzeniem. W 1969 roku swoją szansę otrzymał Neil - miał poprowadzić misję Apollo 11.


Chazelle i Singer nie mieli przed sobą łatwego zadania. Nie dość, że chcieli przedstawić fragmenty z życia jednej z największych amerykańskich legend XX wieku, to dodatkowo planowali pokazać dobrą i złą stronę technologicznej gonitwy o podbój Księżyca. Materiału aż nadto, jak na jeden, dwugodzinny film. No i ten ogrom trochę twórców przytłoczył. Przedstawiona historia to zlepek pojedynczych sekwencji, scen z życia głównego bohatera, które miały miejsce w latach 1961-1969. Od śmierci córki, poprzez przeprowadzkę, pierwsze testy i loty, po zakończone sukcesem lądowanie na Księżycu. Przez te czasowe skoki wielu widzów może czuć się zdezorientowanych, że pewne wątki, które aż proszą się o jakieś rozszerzenie lub emocjonalną głębię, urywają się, a w ich miejsce pojawiają się wydarzenie odległe o kilka miesięcy lub lat. Przez taką sprinterską narrację ciężko przywiązać się do jakichkolwiek bohaterów, nieważne czy drugoplanowanych, czy nawet tych, grających pierwsze skrzypce. W pewnym momencie widz staje się obojętny na przedstawianą historię, traktując ją jak zwykły, beznamiętny dokument. Śmierć kolejnych osób, które poświęciły życie w imię technologicznego wyścigu, przestaje robić jakiekolwiek wrażenie i wywoływać jakiekolwiek emocje, a nie o to twórcom raczej chodziło.


Choć fabularnie i pod względem zarysu postaci "Pierwszy człowiek" wypada mocno przeciętnie, to od strony realizacji zadbano nawet o najdrobniejsze detale. To film, który śmiało będzie mógł powalczyć o złote statuetki Akademii w takich kategoriach, jak dźwięk, montaż, czy montaż dzwięku. W momencie, gdy astronauci wchodzą do kabin, wszystko skrzypi i trzeszczy, uwypuklając, jak niestabilne i budowane "na prędce" były to konstrukty. Twórcom udało się odtworzyć zarówno klimat tamtych czasów, jak i technologiczny pęd. Świetnie z obrazem przedstawionym (lekko "piaszczystym", przez co wygląda jak dokument sprzed pół wieku) komponują się fragmenty rzeczywistych wywiadów i wypowiedzi (jak np. relacja słynnej wypowiedzi Kennedy'ego z 1961, że przed upływem dekady Amerykanie wylądują na Księżycu). Rzuty z kamer, umieszczonych na statkach, nadają całokształtowi realizmu. Jakby twórcy chcieli nam przedstawić nowy rodzaj dokumentu fabularyzowanego, z pierwszoligowymi aktorami, efektami i niemałym budżetem.


Przechodząc do obsady, to przez konstrukcję przedstawionej historii można powiedzieć, że "Pierwszy człowiek" to film wyłącznie dwójki aktorów. Pierwszym z nich to oczywiście Ryan Gosling, mający ciężki orzech do zgryzienia, by odzwierciedlić postać skrytego w sobie Neila Armstronga, który mimo przeżywania dużych dramatów lub wielkich radości był mocno powściągliwy w swoich emocjach. I, jak można się było spodziewać, Gosling sprostał zadaniu na medal. Udało mu się stworzyć postać, która mimo licznych skoków w czasie nie była widzom obojętna, a wręcz wywoływała skrajne emocje (od współczucia i wsparcia, po niechęć i antypatię). Drugą jest Claire Foy, która rewelacyjnie oddała postać Janet Armstrong, z jednej strony dźwigając ciężar domu i rodziny, z drugiej - niezłomnej kobiety, potrafiącej przeciwstawić się nawet najwyższym dowódcom NASA. Niestety, na tym kończy się lista aktorów, których pamięta się po seansie bardziej, aniżeli to, że "gdzieś tam byli".


Podsumowując, pod względem technicznymi, montażowym i dźwiękowym, "Pierwszy człowiek" to prawdziwy majstersztyk. Fabularnie, jeśli ktoś nie jest pasjonatem historii lotów kosmicznych, film Chazelle'a może się wydać co najwyżej przeciętny. Śmiało mogę powiedzieć, że jeśli ktoś z seansem chce poczekać, aż film będzie dostępny na małym ekranie, to nie straci wiele.

środa, 4 lipca 2018

Dziedzictwo. Hereditary (2018)


Tytuł: Dziedzictwo. Hereditary (Hereditary)

Gatunek: Dramat/Horror
Reżyseria: Ari Aster
Premiera: 22 czerwca 2018 (Polska), 21 stycznia 2018 (świat)
Ocena: 4-/6


Muszę przyznać, że "Dziedzictwo. Hereditary" to jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie filmów tego roku. Rzadko kiedy zdarza się, by zwiastun horroru wywarł na mnie tak duże wrażenie, że zaczynam odliczać dni do kinowej premiery. Choć w tym roku kino grozy trzyma naprawdę dobry poziom (jak choćby otwierający zestawienie "Winchester. Dom duchów", mocny "Ghostland", czy genialny "A Quiet Place"), to sądziłem, że "Hereditary" ma szansę zmieść wszelką konkurencję. Czy Ari Aster nie zawiódł i rzeczywiście otrzymaliśmy "najstraszniejszy horror dekady"?


Annie nigdy nie miała dobrych relacji ze swoją matką, Ellen. Kobieta była bardzo stanowcza, despotyczna i niezwykle tajemnicza. Po śmierci seniorki Annie zamierza bez zwłoki wrócić do codziennych obowiązków. Z czasem jednak ona i jej rodzina zaczynają doświadczać dziwnych zjawisk. Gdy nabierają one na sile, Annie zaczyna wierzyć, że ciąży nad nią mroczne fatum.


Miłośnicy klasycznego kina grozy przez pierwszą połowę filmu mogą się zastanawiać, czy nie pomylili seansów. Otóż pierwsza część "Hereditary" - poza paroma nadprzyrodzonymi wstawkami - nie ma wiele wspólnego z horrorem. To dramat z krwi i kości, dobrze rozpisany, perfekcyjnie skrojony, głęboki i przejmujący. Postaci są tak dobrze rozpisane i przedstawione, że każdy ich ruch, mimika, gesty i czyny wywołują szereg emocji. Nie ma tu fragmentów niepotrzebnych, każda scena to istny majstersztyk, udany mariaż gry kamerą, zdjęć i muzyki. Napięcie - a i owszem! - występuje w ilościach nietuzinkowych, jednakże zbudowane jest nie na tajemniczych zjawiskach, ale na zwykłych, międzyludzkich relacjach. I to, ten cały realizm i pospolitość, grają na emocjach i nerwach widza. W pewnym momencie można zapomnieć o tym, że przyszło się na horror, i całkowicie poddać opowiadanej historii - dramatowi zwykłych ludzi, skrywających rodzinne tajemnice, stających w obliczu niewyobrażalnej tragedii.


I gdy widz zaczyna się wgłębiać w tę opowieść, gdy żadna z postaci nie jest mu obojętna, gdy nie wiadomo, czy bardziej podziwiać warsztat aktorski, rękę do ujęć, ruch kamery, czy nietuzinkowe dialogi, reżyser przypomina nam, że "Hereditary" miał być horrorem. I to takim schematycznym, który dobrze znamy, gdzie mroczne rytuały, zjawy i demony to chleb powszedni. Co najgorszej, robi to tak nieoczekiwanie i boleśnie, jakby uderzył widza obuchem w głowę. W jednej chwili cały czar "Hereditary" pryska i na ostatnie 20-30 minut zastępuje go kiczowaty, oklepany film grozy, którego bezpośredniość i banalność psuje całą konstruowaną wcześniej głębię. Obraz Astera nie sunie po równi pochyłej - on po niej śmiega z prędkością nadświetlną. Cała mroczna tajemnica okazuje się trywialna, cała intryga - banalna, a emocje, które nadal towarzyszą bohaterom, stają się przesadne i przerysowane. I - uwaga, spojler! - gdy wydaje się, że już gorzej być nie może, nagle bezgłowe zwłoki wlatują do chatki na drzewie (!), a efekty przy tym zastosowane przypominają techniki z filmów grozy z lat 70. Salwy śmiechu na sali kinowej gwarantowane, acz przez samego reżysera raczej nie zamierzone. "Hereditary" miał predyspozycje, by zostać filmem, o którym będzie się mówiło długo. Tymczasem, niestety, zostanie zapewne zapomniany, gdy tylko zniknie z ekranów kinowych. Niestety.


Najbardziej szkoda w tym wszystkim obsady, która była wręcz fenomenalna. Toni Collette ("Szósty zmysł", "Nauka spadania") jako Annie to chodząca bomba emocji - bezbłędnie prowadziła swoją postać, balansując między niezłomnym rozsądkiem a głęboko skrywanym szaleństwem. Na uznanie zasługuje również Alex Wolff, który miał naprawdę niełatwe zadanie - i dał radę! Dodajmy do tego Milly Shapiro, której każda prezencja na ekranie podnosiła niepokój i napięcie (nawet ta zwykła, najzwyklejsza), oraz doświadczonego Gabriela Byrne'a, którego stoicki spokój z jednej strony stawał w opozycji do pełnej emocji Collette, z drugiej - perfekcyjnie ją uzupełniał. Niezaprzeczalnie, obsada była jednym z największych plusów filmu.


Podsumowując, "Hereditary" daleko do miana "najstraszniejszego horroru dekady". Był pomysł, był potencjał. Gdyby zachować film do końca w sferze tajemnic i niepewności, co jest prawdziwe, a co nie, gdyby skupić się na pogłębiającym się, zbiorowym szaleństwie (na co wskazywała pierwsza połowa filmu), to wówczas można by przyznać, że w pełni zasłużył na wszystkie te cytowane pochlebne epitety. Niestety, finał filmu drastycznie obniżył ocenę całokształtu. "Hereditary" warto obejrzeć, jednakże nie radzę się nastawiać na "najstraszniejszy film od czasów Dziecka Rosemary", bo można się mocno rozczarować.

wtorek, 5 czerwca 2018

Twój Simon (2018)


Tytuł: Twój Simon (Love, Simon)

Gatunek: Dramat/Romans
Reżyseria: Greg Berlanti
Premiera: 15 czerwca 2018 (Polska), 27 lutego 2018 (świat)
Ocena: 4-/6


Jeszcze kilka lat temu o Becky Alebrtalli nie słyszał nikt. Dziś jest popularną autorką powieści dla młodzieży. Wszystko zmieniło się trzy lata temu, gdy jej debiutancka książka, "Simon i inni homo sapiens", została pozytywnie przyjęta przez czytelników i krytyków, następnie obsypano ją nagrodami, aż w końcu trafiła na listę bestsellerów New York Timesa. Ekranizacja była więc tylko kwestią czasu. I tak oto w tym roku do kin trafił "Twój Simon". Czy kolejny film producentów "Gwiazd naszych wina", z Gregiem Berlantim za sterami (tak, tak, to ten pan od "Green Lantern") ma szansę podbić serca widzów, jak jego książkowy pierwowzór?


Simon Berg to niczym niewyróżniający się nastolatek - chodzi do miejscowej szkoły, ma grono bliskich przyjaciół i kochającą rodzinę. Nikt jednak nie wie, że chłopak skrywa pewien sekret - jest gejem. Sytuacja zmienia się, gdy na szkolnej stronie pojawia się anonimowy list, w którym autor - pod pseudonimem Blue - przyznaje się do swojego homoseksualizmu. Simon, dostrzegając w Blue bratnią duszę, zaczyna z nim korespondować. Wszystko przebiega dobrze do czasu, gdy pewnego dnia część sekretnej korespondencji trafia w niepowołane ręce znajomego ze szkoły, Martina. Chłopak szantażuje Simona, że wyda jego tajemnicę, jeśli ten nie zeswata go ze swoją przyjaciółką, Abby.


"Love, Simon" to idealny przykład konstrukcji amerykańskiego dramatu dla młodzieży, który nie bez kozery porównywany jest z filmem "Gwiazd naszych wina" Josha Boone'a. Berlanti serwuje nam lekką, przyjemną i - na swój sposób - wciągającą historię, idealnie nadającą się na wieczorny chillout. Mimo poruszania kwestii pozornie ważnych, nie należy tu oczekiwać głębokich rozważań bohaterów, czy przesadnej powagi. "Twój Simon" to w końcu przede wszystkim kino młodzieżowe, utrzymane w ryzach nastoletniej beztroski. Nawet najpoważniejszy problem, czy dawno skrywane wyznanie, przychodzi tu zawsze lekko i z uśmiechem. A jeśli już o uśmiechu mowa, to podczas seansu go nie zabraknie, bo autorom scenariusza (duet Berger - Aptaker) udaje się przemycić naprawdę dużo humoru, dobrze wyważonego i świetnie wpasowującego się w całokształt. Wbrew pozorom, to niełatwa sztuka w tego typu produkcjach i za to należą się twórcom słowa uznania.


To, co jednak może razić "starszych" widzów, to przesadnie wyidealizowany świat przedstawiony. Serio, tu wszystko jest tak perfekcyjne i "cukierkowe", że przypomina jakiś wymarzony, utopijny świat. Poza wicedyrektorem, który na siłę stara się zachowywać jak nastolatek i często nie dostrzega powagi problemu, oraz dwójką szkolnych "błaznów", których pokaz nietolerancji zostaje błyskawicznie spacyfikowany, całe otoczenie Simona jest tak perfekcyjne, że aż przyprawia o mdłości. Każde przewinienia są natychmiastowo (no, w kolejnej scenie) wybaczane, wszyscy są pełni zrozumienia i otwartości. Przez to wszystko to całe usilne ukrywanie swojej orientacji przez głównego bohatera wydaje się być niepotrzebnie rozdmuchaną wydmuszką. Gdy do wielkiego coming outu w końcu dochodzi, nic (dosłownie, NIC!) strasznego się nie dzieje. Wręcz przeciwnie, świat z perfekcyjnego staje się jeszcze bardziej perfekcyjny. Gdyby w finale filmu wszyscy zaczęli śpiewać i tańczyć, rodem z "Grease" czy "Footloose", nikt by się pewnie nie zdziwił. I właśnie ta przesadzona perfekcyjność drastycznie - w moim skromnym mniemaniu - obniża odbiór całokształtu.


Jeśli chodzi o odpowiedni dobór obsady, to z racji, że samej powieści nie miałem okazji czytać, ograniczę się do tego, co widziałem na ekranie. A tu, jak na produkcję tego typu przystało, konstrukcja postaci nie jest zbyt skomplikowana, toteż od aktorów nie wymaga się nie wiadomo jak wielkiego warsztatu aktorskiego. Każdy w mniejszym lub większym stopniu odnalazł się w odgrywanej postaci, jednakże nie będą to role, które na długo zapadną w pamięci. Na szczególne uznanie zasługuje jednak starsze grono aktorów - Jennifer Garner i Josh Duhamel - jako świetnie przekoloryzowani rodzice Simona, oraz Natasha Rothwell jako genialna pani Albright - z taką opiekunką kółka teatralnego uczestniczyłbym w każdej wystawianej sztuce.


Podsumowując, "Twój Simon" to świetny wybór na wieczorny chillout. Film jest lekki, przyjemny i zabawny, choć starszym widzom może się wydać nazbyt przekoloryzowany i wyidealizowany. Przede wszystkim jednak udowadnia, że Greg Berlanti całkiem nieźle sprawdza się za kamerą filmów młodzieżowych, dużo lepiej niż jako scenarzysta filmów sci-fi.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Król Artur: Legenda miecza (2017)


Tytuł: Król Artur: Legenda miecza (King Arthur: Legend of the Sword)

Gatunek: Dramat/Przygodowy
Reżyseria: Guy Ritchie
Premiera: 16 czerwca 2017 (Polska), 7 maja 2017 (świat)
Ocena: 2+/6

Ze świecą szukać osoby, która nigdy nie miała żadnej, nawet najmniejszej styczności z opowieściami o królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu. Co jakiś czas twórcy dużego i małego ekranu sięgają po legendy o władcy Camelotu i jego kompanach, serwując widzom przeróżne wariacje na ten temat: od ociekającej angielskim humorem komedii ("Monty Python i Ś‌więty Graal"), poprzez młodzieżowe "Przygody Merlina" i disneyowskie "Liceum Avalon", po genialnego "Merlina" z Samem Neillem i nieudanego "Króla Artura" z Clivem Owenem. W tym roku Guy Ritchie (tak, to ten pan, co dał nam Sherlocka Holmesa z twarzą Roberta Downey Jr.) postanowił przedstawić swoją wersję przygód Artura. Czy powrót do Camelotu można uznać za udany?


Czarnoksiężnik Mordred buntuje magów przeciwko Królestwu i rusza na podbój Camelotu. Królowi Utherowi udaje się pokonać przeciwnika i przywrócić pokój. Nie może się z tym pogodzić Vortigern, który pragnie za wszelką cenę przejąć władzę. Dzięki spiskowi i czarnej magii udaje mu się osiągnąć cel. Z masakry w Camelocie przeżywa wyłącznie młody Artur, syn Uthera. Chłopiec trafia do Londonium, gdzie zmuszony jest walczyć o przetrwanie na ulicach miasta. Wiele lat później pod murami Camelotu objawia się wbity w skałę Excalibur. Król Vortigern rozpoczyna poszukiwania śmiałka, który wydobędzie magiczny miecz. Udaje się to Arturowi, czym sprowadza na siebie uwagę Vortigerna. Młodzieniec będzie musiał pogodzić się ze swoim przeznaczeniem i stanąć do walki z wujem, by uratować bliskich i Królestwo.


Twórcy filmów i seriali przyzwyczaili nas do tego, że bardzo luźno podchodzą do tematu legend arturiańskich. Zbiór średniowiecznych legend wielokrotnie stanowił wyłącznie bazę, szkielet fabuły, sama zaś historia przedstawiona mocno różniła się od literackiego pierwowzoru. Przykładem tego, jak daleko pada jabłko od jabłoni, jest choćby "Król Artur" z 2004 roku, gdzie jedynym związkiem z pierwowzorem są imiona bohaterów. Guy Ritchie nie odszedł aż tak daleko. Zaprezentował widzom historię bardzo dobrze znaną - młody Artur, niepamietający swojej przeszłości, wyciąga ze skały Excalibur, za pomocą którego pokonuje tyranię, zasiada na tronie Camelotu i przywraca pokój w Królestwie. Ach, no i koniecznie tworzy Okrągły Stół (nierozerwalny motyw każdego króla Artura, niczym rozsypujące się perły matki Batmana). Tym samym nie dostajemy od Ritchiego niczego, czego już byśmy nie widzieli. No, może poza totalnym misz-maszem różnorakich wątków.


Bo tych w "Legendzie miecza" nie brakuje. Guy Ritchie tak bardzo nie mógł się zdecydować, jakie wątki znane z legend pokazać w filmie, że nawrzucał ich, ile tylko się dało. Powstała z tego fabularna katastrofa. Uther jest władcą nijakim, Mordred ginie w pierwszych minutach filmu, a Merlinowi nawet nie chciało się w tym wszystkim uczestniczyć, więc w zastępstwie wystawiono bezimienną czarodziejkę. Zamiast znanych rycerzy dostajemy zgraję złodziei i zawadiaków, a o Morganie czy Ginewrze możemy co najwyżej pomarzyć. Zwrotów akcji jest tu tyle, co ciepła w zerze skali Kelvina, a całość przypomina niskobudżetową produkcję telewizyjną (aż dziw, że ten film pochłonął 175 mln dolarów!). Efekty specjalne nie cieszą nawet na dużym kinowym ekranie (no, może poza początkową bitwą), muzyka - choć niezła - nie zapada w pamięci, a obniżenie granicy wiekowej spowodowało, że podczas walk i bitew nie uraczymy ani jednej kropli krwi, co przywodzi na myśl hity lat 90., jak "Herkules" czy "Xena - Wojownicza księżniczka". Jedynie humor gdzieniegdzie się udał, ale jest go za mało, by przykryć niezbyt pozytywne wrażenie po seansie.


Podejrzewam, że sporą część budżetu pochłonęły aktorskie gaże, bo parę naprawdę znanych nazwisk udało się Ritchiemu do swojej produkcji ściągnąć. W roli głównej znany z "Pacific Rim", "Hooligans", "Synów anarchii" i brytyjskiego "Queer as Folk" Charlie Hunnam - muszę przyznać, że jako zawadiacka wersja króla Artura 37-letni Brytyjczyk sprawdza się całkiem nieźle. W roli Uthera - Eric Bana ("Troja", "Kochanice króla", "Deadfall"), który do tej roli kompletnie nie pasował. Bliżej mu było do książątka z magicznym mieczem, aniżeli doświadczonego władcy, który zjednał sobie Królestwo. Jako "ten zły" - Jude Law ("A.I. Sztuczna inteligencja", "Wróg u bram", "Bliżej"), którego Ritchie ściągnął chyba po znajomości. Gdyby rozdawano nagrody za Największego Emo Króla, Vortigern Lawa znalazłby się na podium. Astrid Bergès-Frisbey w roli Czarodziejki sprawdza się najlepiej, gdy nie ma jej na ekranie. Trzy razy nie. Nie zapomnijmy, oczywiście, o Littlefingerze (Aidan Gillen) i Boltonie (Michael McElhatton), którym ewidentnie pomyliły się plany zdjęciowe. Jest też David Beckham w epizodycznej roli, choć przy natłoku tylu znanych nazwisk nie robi większego wrażenia.


Podsumowując, "Legenda miecza" nie jest ekranizacją przygód króla Artura, na jaką czekali miłośnicy opowieści o Rycerzach Okrągłego Stołu. Kiepsko prezentuje się też jako film przygodowy, bo jest po prostu zbyt pospolity - takich obrazów na dużym i małym ekranie było pełno. Przykro to stwierdzić, ale nowy "Król Artur", choć jest lepszy od tego z 2004 roku, nie porywa i nie zachwyca. Ot, prosta rozrywka dla niewymagających, której zaaplikowanie grozi wysokim stopniem znużenia.

poniedziałek, 20 marca 2017

Logan: Volverine (2017)


Tytuł: Logan: Volverine

Gatunek: Dramat/Akcja/Sci-Fi
Reżyseria: James Mangold
Premiera: 3 marca 2017 (Polska), 17 lutego 2017 (świat)
Ocena: 2+/6

"Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym" - nieśmiertelna piosenka Perfectu mogłaby śmiało poprzedzać każdy wywiad i materiał filmowy, w którym powtarzano do znudzenia, że właśnie oto nadszedł kres Volverine'a. Hugh Jackman jasno podkreślił, że żegna się z postacią, w którą wcielał się przez całą filmową serię X-Menów. Na dokładkę, odejść postanowił też Patrick Stewart, zostawiając Profesora Xaviera młodszemu McAvoyowi. Czy James Mangold, reżyser "Volverine'a", sprostał zadaniu i zrobił Loganowi godne pożegnanie?



Niedaleka przyszłość. Nie ma już X-Menów. Ostatni z nich, Logan, żyje w ukryciu, dorabia jako szofer limuzyny i potajemnie opiekuje się schorowanym profesorem X. Jego pozorny spokój zostaje zmącony, gdy do ich kryjówki trafia młoda dziewczyna, Laura, poszukiwana przez bandę Pierce'a i doktora Rice'a. Gdy okazuje się, że dziewczyna jest mutantką, posiadającą zdolności Logana, postanawia jej pomóc. Wraz z Xavierem wyruszają w drogę, by dostarczyć Laurę do tzw. "Raju Mutantów". Po piętach depczą im Pierce i Rice, którzy chcą wykorzystać dziewczynę do swoich własnych celów.


James Mangold zrobił coś absolutnie niemożliwego. W dobie marvelowskiej fali, gdzie każdy kolejny film jest ociekającym efektami blockbusterem, reżyser "Volverine'a" zaprezentował widzom pierwszy z serii X-Men... dramat. A dokładniej, pełen egzystencjalnych rozważań i filozoficznych wstawek film drogi, który gdzieniegdzie przerywany jest strzępami akcji. I choć kategoria R, która w ostatnim czasie staje się przerażająco coraz bardziej popularna, wielce pomogła obrazowi, to całokształt wypada dosyć średnio. Trzeba przyznać, że gdy Logan lub jego podopieczna stają do walki, na ekranie leje się krew, kończyny fruwają, a wrogowie zabijani są na tyle sposobów, że niejeden twórca kina gore mógłby pozazdrościć inwencji. Dodatkowo, krwawą jatkę Mangold odziewa potem i łzami swoich bohaterów, przez co niektóre sceny akcji nabierają - w pewnym stopniu - realizmu. Piszę niektóre, bo w większości widoczne gołym okiem komputerowe efekty psują radość oglądania.


A fabuła? W końcu filmy drogi, w dodatku w kategorii sci-fi, to nie lada wyzwanie. Są one trudne, przeważnie ciężkie i mówią wiele o dojrzałości reżyserskiej twórcy. Potrzeba ogromu doświadczenia, by z takiego dramatu nie zrobić nużącej wydmuszki, w której następuje przerost formy nad treścią. Mangold udowodnił, że do filmów drogi się kompletnie nie nadaje. Gatunkowy miks nie trzyma się kupy, a rozstrzał wątków wskazuje, że reżyser sam do końca nie wiedział, jaki film chciał zaserwować. Całość mozolnie brnie do przewidywalnego finału, a ilość stereotypów i truizmów przekracza wszelkie granice dobrego smaku. Perfekcyjnie pasują tu słowa mistrza Czechowa: "Jeśli w pierwszym akcie sztuki na ścianie wisi broń, to w ostatnim akcie koniecznie musi wystrzelić". Niestety, Mangold ślepo brnie utartymi ścieżkami w gatunku, na którym kompletnie się nie zna. Przez to seans dla widza miejscami może stać się mordęgą, niektórzy zaś mogą zwątpić, czy aby na pewno nie pomylili sal kinowych. Gwoździem do przysłowiowej trumny staje się ostatnia scena, ociekająca kiczem i takim poziomem infantylności, że można załamać ręce. Nigdy nie przepadałem za postacią Volverine'a, ale tak słabego końca mu nie życzyłem.


Widać, że Hugh Jackman tak bardzo chciał wyeksponować ból, rozpacz i cierpienie w osobie Logana, że aż zaczął przypominać przerysowanego DiCaprio ze "Zjawy". Szczerze, brakowało tu tylko, by postawili Volverine'owi niedźwiedzia za przeciwnika. Na dokładkę dostajemy Patricka Stewarta, który odstawia wzbudzającego politowanie staruszka z demencją, cieszącego się z każdej miłej chwili. Można by prawie kupić tę kreację, gdyby nie fakt, że co chwilę twórcy przypominają nam o mocach Xaviera, przez co cały czar pryska. O Dafne Keen złego słowa powiedzieć nie mogę, ale czy występ w "Loganie" otworzy drzwi do jej kariery aktorskiej ciężko stwierdzić. Jej osoba nie porywa publiki, a takie chyba było jej zadanie, skoro musi asystować dwóm zgryźliwym tetrykom i licznym aktorom pobocznym, robiącym za mięso armatnie.


Podsumowując, mimo osobistej antypatii do Volverine'a, liczyłem na naprawdę porządny finał jednego z najsłynniejszych X-Menów. Niestety, przeliczyłem się. Hugh Jackman wiedział, kiedy zejść ze sceny, bo "Logan" brzmi już jak przeciągnięta struna i dalsze rozwijanie tej postaci mogłoby się skończyć tylko gorzej. Film Mangolda zostawia serię X-Menów młodszemu pokoleniu. Czy będzie to dobra zmiana? Dowiemy się zapewne przy kolejnej produkcji z tej serii.

poniedziałek, 14 września 2015

Pieśń słonia (2014)


Tytuł: Pieśń słonia (Elephant Song)

Gatunek: Dramat
Reżyseria: Charles Binamé
Premiera: 4 września 2015 (Polska), 10 września 2014 (świat)
Ocena: 6/6

Xavier Dolan w wywiadzie z Remigiuszem Kadelskim po światowej premierze filmu "Tom" przyznał, że jest "przede wszystkim aktorem" i to właśnie w aktorstwie "odnajduje sens życia". Choć po "Zabiłem moją matkę" dał się poznać jako reżyser i scenarzysta, Kanadyjczyk nigdy nie zrezygnował z gry przed kamerą. Tym razem możemy go zobaczyć (i ocenić) w obrazie ani przez niego nie reżyserowanym, ani napisanym, u boku takich filmowych weteranów, jak Greenwood, Moss i Keener. Za kamerą stonął nagrodzony za "Le coeur au poing" Charles Binamé, a za scenariuszem - debiutujący w projekcie pełnometrażowym Nicolas Billon. Czy "Pieśń słonia" okazała się filmem godnym polecenia?


Doktor Toby Green jest dyrektorem szpitala psychiatrycznego. Gdy pewnego dnia znika jego kolega, dr Lawrence, Green postanawia przeprowadzić własne śledztwo. Spotyka się z pacjentem Laurence'a, Michaelem, który widział doktora po raz ostatni. Proste z pozoru przesłuchanie zmienia się w grę, której reguły ustala Michael. Mimo ostrzeżeń dawnej ukochanej i koleżanki z pracy, pielęgniarki Peterson, Green daje się wciągnąć w niebezpieczną zabawę.


Spektakl trzech postaci - tak w skrócie można opisać "Pieśń słonia". Binamé, przenosząc na duży ekran scenariusz Billona, nie tylko w pełni wykorzystuje potencjał swoich aktorów, ale również zgrabnie łączy wątki i skrupulatnie wije sieć intryg. Dzięki temu z - nie ukrywajmy - banalnej historii, którą można by opowiedzieć w dziesięć minut, stworzył blisko dwugodzinny thriller z elementami dramatu, potrafiący jednocześnie bawić i trzymać w napięciu. Binamé i Billon mnożą pytania, nie udzielając przy tym żadnych odpowiedzi, dzięki czemu nawet najbardziej skupieni na wątkach widzowie poczują się w pewnym momencie zmieszani. Bo im dłużej trwa zabawa Michaela, tym trudniej odróżnić prawdę od kłamstwa.


"Pieśń słonia" to starcie trzech osobowości - pełnego nadekspresji Michaela, poważnego i statecznego doktora Greena i balansującej między nimi dwoma siostry Peterson. Binamé potrafi zaintrygować widza ich historią już od pierwszych minut filmu. Liczne retrospekcje i zaburzona chronologia wprowadzają nierozerwalny z fabułą chaos, który reżyserowi udaje się utrzymać w ryzach. "Pieśń słonia" to tak naprawdę coś z niczego - rozdmuchana do olbrzymich rozmiarów gra inteligentnego szaleńca ze zbyt pewnym siebie psychiatrą. Pełna zwodniczych punktów, ślepych uliczek i niedomówień. Jednakże ta iście hochsztaplerska sztuczka udaje się Binamé'owi perfekcyjnie, a widz, który złapie przynętę na początku, nie uwolni się aż do samego końca. Jest to obraz, po którym pozostaje żal, że taki dobry seans dobiegł już do finału.


Niezaprzeczalnie, najmocniejszą stroną całego przedsięwzięcia jest obsada. To już jest nudne, ale Xavier Dolan po raz kolejny jest niesamowity i mimo tak doświadczonych, partnerujących mu aktorów, gra niewątpliwie pierwsze skrzypce. Choć sam szkielet osobowości Michaela przypominać może wcześniejsze wcielenia Dolana, to obłęd zmieszany z błyskotliwością jest tutaj tak naturalny, jakbyśmy oglądali dokumentalną relację, a nie filmową fikcję. Że Bruce Greenwood dobrym aktorem jest, to nikomu udowadniać nie trzeba. Na ekranie idealnie prezentuje się jako przeciwieństwo Michaela. Wielkie trio uzupełnia Catherine Keener, utalentowana, naturalna i przekonująco dobra. Gdzieś ginie Carrie-Anne Moss, która nie ma już chyba szans powtórzenia swojego sukcesu z trylogii "Matrixa". Tu ledwie w epizodycznej roli i to na tyle irytującej, że chciałoby się zupełnie wyciąć jej kwestie, by nie przeszkadzała Dolanowi, Greenwoodowi i Keener.


Podsumowując, tak, tak i jeszcze raz tak. "Pieśń słonia" należy do filmów przegadanych (w pozytywnym znaczeniu), intrygujących i przyciągających jak magnes. Historia przypomina labirynt kłamstw, w który reżyser zamyka widzów i nie wypuszcza przed napisami końcowymi. I choćby tylko dlatego warto poświęcić prawie dwie godziny swojego czasu, by ostatecznie odkryć prawdę. I dać się zaskoczyć. Gorąco polecam!

piątek, 4 września 2015

The Boy (2015)


Tytuł: The Boy

Gatunek: Dramat/Thriller
Reżyseria: Craig Macneill
Premiera: 14 marca 2015 (świat)
Ocena: 2-/6

Elijah Wood na długo przed tym, jak wcielił się w postać Frodo Bagginsa i wyruszył do Góry Przeznaczenia zniszczyć Jedyny Pierścień, wziął udział w filmie "Synalek" Josepha Rubena. Obraz, za który Wood zgarnął swoją pierwszą filmową nagrodę, opowiadał historię dwóch młodych kuzynów, z których jeden okazał się bezwzględnym sadystą (Macaulay Culkin w jakże odmiennej od Kevina roli!). Tematykę młodocianego socjopaty postanowił ponownie poruszyć Craig Macneill. Czy jego "The Boy" może mierzyć się z gigantem lat 90.?


Ted to 9-latek, który pomaga ojcu w prowadzeniu przydrożnego motelu. Kilka lat temu opuściła go matka, która wyjechała na Florydę z nowo poznanym kierowcą. Od tamtej pory chłopak skrupulatnie zbiera każde otrzymane kieszonkowe i wypatruje okazji, by do niej dołączyć. Tymczasem życie na odludziu powoduje, że Ted coraz bardziej zamyka się w sobie i zaczyna fascynować się zjawiskiem śmierci. Początkowo tylko ją obserwuje, później sam przyczynia się do śmierci przypadkowych zwierząt. Jego głód jednak rośnie. Gdy Ted zostaje po raz kolejny oszukany, a następnie poniżony, postanawia się zemścić.


Przed seansem miałem nadzieję, że ujrzę kolejny - po "Synalku" - porządny psychologiczny obraz o początkach młodego socjopaty. Wrażenie spotęgował udział Davida Morse'a, który znalazł się także w filmie Rubena. Jednakże, dobre wrażenie minęło tak szybko, jak się pojawiło, a wszelkie nadzieje Macneill rozwiał niemalże w mgnieniu oka. Rozumiem, że reżyser miał za dużo taśmy filmowej, ale rozciągnięcie swojej historii do takich granic możliwości jest lekką przesadą. Leniwie ciągnąca się fabuła, pełna dłużących się i powtarzających scen, potrafiłaby uśpić nawet osobę cierpiącą na bezsenność. Macneill chciał powoli, dokładnie i ze szczegółami ukazać narodziny sadysty i uwypuklić demona w ciele niewinnego chłopca, ale bezsprzecznie popadł ze skrajności w skrajność.


"The Boy" to thriller, który ma w sobie mniej napięcia, niż turniej szachowy winniczków. Wszelkie zwroty akcji - że tak zażartuję - są albo zbyt przewidywalne, albo rozwałkowane przez niemiłosiernie ciągnące się minuty. Byłem pewny, że mistrzem w przeciąganiu czasowej struny jest Ivan Sen po "Mystery Road", jednakże Macneill mógłby grać z nim w duecie. W dodatku, "The Boy" poległ też na swej dramatycznej części. Po pierwsze, trudna i skomplikowana relacja ojca z synem ukazana jest zbyt powierzchownie, by kogokolwiek poruszyć (nie mogę uwierzyć, że przy tylu rozwlekłych scenach zabrakło miejsca dla czegoś tak ważnego). Po drugie, alienacja głównego bohatera jest bardzo oszczędnie zarysowana. Po trzecie, historia zbyt usilnie prowadzona jest jednokierunkowo. Niektóre wydarzenia wydają się być wprowadzone sztucznie, byle tylko doprowadzić do szokującego finału. Szkoda tylko, że ten finał szokujący wcale nie jest.


Patrząc na obsadę, to między jednym ziewnięciem a drugim uwagę mógł przykuć odtwórca głównej roli, Jared Breeze. Choć Culkin z niego żaden, to całkiem nieźle i - o zgrozo! - naturalnie wypadł przed kamerą jako młody sadysta. David Morse jest wyłącznie cieniem samego siebie, a reszta ekipy przewijająca się po ekranie nie wnosi za wiele.


Podsumowując, po stokroć lepiej sięgnąć po 22-letniego "Synalka", aniżeli świeżo upieczonego "The Boy'a". Jako lek na bezsenność sprawdza się idealnie, ale chyba nie to było w intencji reżysera, gdy kręcił swój film. Ani to pełny napięcia thriller, ani porządny dramat psychologiczny. Nie jest wart poświęcenia mu tych stu minut swojego czasu.

czwartek, 3 września 2015

Sąsiady (2014)


Tytuł: Sąsiady

Gatunek: Obyczajowy
Reżyseria: Grzegorz Królikiewicz
Premiera: 20 marca 2015 (Polska), 19 września 2014 (świat)
Ocena: 6/6

Gdyby zapytać przeciętnego Kowalskiego, jakich polskich reżyserów zna, bez zastanowienia odpowiedziałby, że Wajdę, po chwili dodałby Bareję, Machulskiego i Polańskiego, potem dorzuciłby może Hoffmana i Zanussiego. Tymczasem do panteonu rodzimych twórców należałoby zaliczyć dodatkowo takie osoby, jak Magdalenę Piekorz ("Pręgi", "Senność"), Konrada Niewolskiego ("Symetria", "Palimpsest") i kompletnie nieznanego szerszemu gronu Grzegorza Królikiewicza. Twórca "Na wylot" i "Przypadku Pekosińskiego" powraca po latach z kolejnym filmem. Awangardowe "Sąsiady" to zwykły przerost formy nad treścią, czy też Królikiewicz zaserwował widzom kolejny wielki film?


"Sąsiady" to jedenaście krótkich opowieści o mieszkańcach łódzkiej kamienicy. Jeden szuka karpia na Wielkanoc, drugi zaczyna bić żonę, by wzbudzić respekt u innych i znaleźć się na przysłowiowych językach, trzeci próbuje uzyskać szklankę cukru od sąsiadów, którzy wykupili całe zapasy ze sklepów. Jedna z mieszkanek ma tajemnicze sny i szuka odpowiedzi u sąsiadki-wróżki, druga jest ciężarną ladacznicą, którą po kolędzie odwiedza ksiądz-kulturysta, u trzeciej zaś pielęgniarka wykrywa dwa serca, co zwraca uwagę żądnego sławy i nagrody Nobla lekarza.


Najnowszy film Królikiewicza nie jest obrazem, który można od A do Z opowiedzieć, nie gubiąc żadnego szczegółu. Każda z jedenastu historii ma swoją głębię i przesłanie, swoich bohaterów i drugie dno, swoje emocje i klimat. W jednej chwili dostajemy zabawny, groteskowy obraz pełen sprzeczności, łączący znane motywy z czasów PRL-u z aktualną sytuacją, zaraz zaś obserwujemy brutalny dramat opowiedziany w przerażająco prostych słowach, jakby to była rzecz codzienna i naturalna. Całość spaja koncepcja snu na jawie, pełna teatralnego oniryzmu, co w połączeniu z klaustrofobicznymi obrazami starego blokowiska na myśl przywodzi "Palimpsest" Niewolskiego. Tutaj jednak w miejsce pełnego napięcia thrillera Królikiewicz serwuje emocje w najczystszej postaci. Istny śmiech przez łzy.


"Sąsiady" to nie tylko groteskowa opowieść utrzymana w ramach sennych marzeń, gdzie absurdalna fantazja łączy się z szarą i brudną rzeczywistością. Film Królikiewicza uderza w przysłowiową mentalność Polaka i w liczne stereotypy, do których zdążyliśmy się przyzwyczaić. Poprzez groteskę wyśmiewa i jednocześnie piętnuje rodzime zachowania, ostateczną ocenę i ewentualną krytykę pozostawiając widzom. A krytykować jest co: od mechanicznych przedświątecznych zakupów (i absurdalnie niekończących się kolejek z tym związanych), poprzez sąsiedzką zawiść i chęć bycia sławnym (nieważne, co mówią, ważne, by mówili), po typowe polskie narzekanie na wszystko. Królikiewicz uderza nie tylko w zwyczaje, obyczaje, religię i społeczne zachowania. To cios w pojedynczą jednostkę, co przy parabolicznej konstrukcji pozwala widzowi poczuć się jak jeden z mieszkańców kamienicy, jednoczesny obserwator i uczestnik wydarzeń. Całość dopełniają perfekcyjne zdjęcia Krzysztofa Ptaka, a także dobitna i zapadająca w pamięci muzyka (z wokalem Marka Dyjaka).


Patrząc na obsadę, "Sąsiady" to sama śmietanka polskiego aktorstwa. Oprócz wspomnianego już Dyjaka na ekranie zobaczymy między innymi Sławomira Suleja, Ewę Błaszczyk, Krystynę Tkacz, Katarzynę Herman, Lecha Dyblika, Piotra Głowackiego, Jacka Poniedziałka i Annę Muchę. Co ciekawe, wśród takiej doborowej obsady odnajduje się nawet Mariusz Pudzianowski, dla którego postać księdza-kulturysty została chyba specjalnie stworzona.


"Sąsiady" Królikiewicza to jeden z najlepszych polskich filmów ostatniej dekady, którego żywa awangarda i trudna groteska mogą nie trafić w gusta przeciętnego Kowalskiego. Szeroko pojęty pesymizm w czasach mitów o pewnym sukcesie jest passé, zaś prześmiewcza i niesamowicie dosadna krytyka polskiej mentalności jest jak włożenie kija w mrowisko. To nie jest film dla mas i to jest jego największy plus.

niedziela, 9 sierpnia 2015

Ciastka i potwory (2013)


Tytuł: Ciastka i potwory (Monster Pies)

Gatunek: Dramat/Romans
Reżyseria:
Lee Galea
Premiera: 24 marca 2013 (świat)
Ocena: 5-/6

W 2011 roku belgijski reżyser Bavo Defurne zabrał nas w przeszłość, by za pomocą magii gestów i muzyki opowiedzieć historię 16-letniego Pima, jego znajomych i rodziny w "Morze Północne, Teksas". U Daniela Ribeiro o cofaniu się w czasie mowy nie było, za to "W jego oczach" tryskał nieograniczonymi pokładami pozytywnej energii. Mischa Kamp swój "Jongens" odziała w lekkie, acz nazbyt wyidealizowane barwy. Australijski reżyser Lee Galea zabrał widzów do początku lat 90. Czy jego "Ciastka i potwory" dobrze spisują się na tle konkurencji?


Mike jest uczniem szkoły średniej na przedmieściach Melbourne. Nie należy do zbyt popularnych osób - jest wyalienowany i szykanowany przez rówieśników. Jego jedyną przyjaciółką jest Jenine. Sytuacja zmienia się, gdy do klasy Mike'a dołącza nowy chłopak, Will, a nauczycielka angielskiego przydziela im wspólny projekt na zaliczenie semestru. Nastolatkowie szybko nawiązują nić porozumienia i odkrywają, że łączy ich coś więcej, niż wspólna praca domowa. Tymczasem Mike będzie musiał stawić czoła oprawcom ze szkoły i zazdrosnej o nowego kolegę Jenine, zaś Will - ukrywać swoją prawdziwą twarz przed ojcem alkoholikiem.


Głównym motywem przewodnim filmu jest szekspirowski dramat "Romeo i Julia". To właśnie na ten temat Mike i Will mają zrobić swój projekt i to ich interpretacja dramatu determinuje całą historię. Obaj tworzą film o zakazanej miłości Frankensteina i wilkołaka. Fabuła tego projektu stanowi metaforę ich własnego życia. Z jednej strony mamy Mike'a, który niczym Frankenstein jest wyobcowany i szkalowany przez otoczenie. Potwór w tej symbolice oznacza od urodzenia świadomego swojej seksualności geja, który nie pasuje do innych. Will zaś to wilkołak, dopiero poznaje swoją drugą stronę. Początkowo broni się przed nią, nie akceptuje, stara się za wszelką cenę ukryć. Choć nie chce tego przyznać, boi się, jak zareagują inni, gdy pokaże światu swoje prawdziwe "ja". I tak jak na Romea i Julię nie czekało szczęśliwe zakończenie, tak Mike'owi i Willowi nie przyjdzie "żyć długo i szczęśliwie". Melodramat, który serwuje Galea, jest pozornie lekki, lecz ma drugie dno.


Choć reżyser umiejscowił swoich bohaterów w latach 90., to metaforyczne nawiązania do historii Romea i Julii w odniesieniu do dramatycznych losów Mike'a i Willa nadają całości ram opowieści parabolicznej. Galea nie skupia się jednak tylko na problemie akceptacji nastoletnich gejów. "Monster Pies" to także tragiczna historia Willa, nastolatka, który musiał przedwcześnie dorosnąć, zaopiekować się chorą matką i żyć z ojcem-alkoholikiem (i to właśnie na tej postaci spoczął główny, emocjonalny ciężar filmu), oraz Mike'a, walczącego z własną nieśmiałością, któremu życie szykuje swój największy sprawdzian. Jednakże, mimo naprawdę dobrej historii, Galea nie uniknął potknięć. Po pierwsze, niektóre wątki wydają się być dodane na siłę (jak choćby konflikt Mike'a z Jenine), inne zaś reżyser wprowadza, by zaraz je urwać. Po drugie, w finale, który potrafi zwalić z nóg i wywołuje ogromne emocje, reżyser za bardzo poszedł w kierunku wyidealizowanego rozwiązania niektórych kwestii. Przez to obraz traci trochę na swoim ciężarze i wraca do lekkiej opowiastki z początku. Potknięcie może i nie zaważa nad towarzyszącymi zakończeniu emocjami (gdzie szok miesza się ze wzruszeniem), lecz na pewno rzuca się w oczy i powoduje, niestety, niższą notę.


Po trzecie, obsada. Trio w postaci dwóch chłopaków i zazdrosnej przyjaciółki mieliśmy u Ribeiro. Tam Ghilherme Lobo wyszedł na prowadzenie i udźwignął niemalże cały film, znajomych z planu zostawiając w tyle. Podobnie jej w "Monster Pies". Podczas, gdy Lucas Linehan - debiutujący w tak dużej roli - okazuje się świetnym aktorem dramatycznym, który swoją naturalnością i wczuciem się w rolę od razu potrafi zbudować więź z widzem, to Tristan Barr ledwo za nim nadąża. Katrina Maree praktycznie jest wykluczona z tego zestawienia, bo nie dość, że jej wątek i pretensje są równie bezsensowne, jak u Tess Amorim, to jeszcze aktorka kompletnie nie odnajduje się w postawionych przed nią zadaniach. Przed każdym z trójki głównych bohaterów jeszcze dużo pracy, by doszlifować swój warsztat, ale Lucas Linehan to osoba, której karierę filmową warto będzie śledzić.


Podsumowując, "Ciastka i potwory" to godny polecenia film, który potrafi wciągnąć i wzruszyć. W dodatku Galea skrupulatnie odtwarza uroki lat 90. (jak słuchanie kaset z walkmana), dzięki czemu możemy poddać się magii kina i przenieść się w czasie. Wśród wymienionych na początku filmów, "W jego oczach" wciąż pozostaje faworytem, lecz australijska produkcja jest niewiele gorsza. Naprawdę warto zobaczyć.