Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thriller. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 sierpnia 2017

Atomic Blonde (2017)


Tytuł: Atomic Blonde

Gatunek: Thriller/Akcja
Reżyseria: David Leitch
Premiera: 28 lipca 2017 (Polska), 12 marca 2017 (świat)
Ocena: 5-/6

Ponownie David Leitch i ponownie kino akcji. Po debiutanckim "Johnie Wicku" powraca z kolejną propozycją. Tym razem, zamiast wendetty mścicela, pragnie zaserwować połączenie szpiegowskiego thrillera z kinem akcji zeszłego wieku. Czy w "Atomic Blonde" się sprawidzło, czy też to wyłącznie kolejna sieczka dla miłośników mordobicia na wielkim ekranie?


Czasy Zimnej Wojny. Na terenach Berlina ginie jeden z brytyjskich szpiegów, a wraz z nim niezwykle cenna lista wszystkich podwójnych agentów. Jeżeli lista trafi w niepowołane ręce, może stać się bronią przeciwko całej siatce wywiadowczej po obu stronach Muru. By do tego nie dopuścić, MI6 wysyła do akcji swojego najlepszego zawodowca - Lorraine. Musi dotrzeć do szpiegowskiego półświatka w komunistycznej części Berlina, by zdobyć listę, nim zrobią to wrogowie. Rozpoczyna się wyścig z czasem, a w świecie podwójnych agentów okazuje się, że Lorraine może liczyć wyłącznie na siebie.


"Atomic Blonde" perfekcyjnie wpasowuje się w trwający od pewnego czasu trend w światowym kinie, w którym zamiast ociekającego testosteronem macho w roli głównej występuje ostra jak brzytwa kobieta. I o ile ten zabieg czasem okazuje się przerysowany i karykaturalny, o tyle w "Atomic Blonde" sprawdza się wyśmienicie. David Leitch ponownie postawił na surowy obraz, klimat i realizm, po raz kolejny dając pstryczka w nos twórcom wysokobudżetowych blockbusterów i jednocześnie udowadniając, że nie samymi efektami komputerowymi człowiek żyje. Główna bohaterka krwawi, można ją zranić, a rzucona o ścianę traci dech w piersiach. I za to wielki plus, bo kino akcji (niestety!) przyzwyczaiło widza do nadnaturalnej odporności prezentowanych postaci. Obraz Leitcha, poza dużą dawką akcji, stanowi również zgrabne połączenie świetnych ujęć, klimatu lat 80. i 90., wyszukanej muzyki i przemyślanych dialogów.


Po "Johnie Wicku", w którym rozciągnięte w nieskończoność sceny walki były nie do zniesienia, Leitch wyciągnął lekcje i w "Atomic Blonde" serwuje znacznie bardziej wyważone proporcje. Fabuła nie ginie gdzieś pod toną walk, pojedynków i strzelanin, a wręcz przeciwnie - całkiem nieźle uzupełnia całość. Intryga, choć miejscami nazbyt rozdmuchana i zawiła, prowadzi do całkiem zaskakującego finału, który może wprawić w konsernację i osłupienie niejednego widza. Choć nie jest to jeszcze poziom, który można by nazwać przełomowym, "Atomic Blonde" niezaprzeczalnie wyróżnia się na tle innych propozycji z tego gatunku. I to na plus.


Obsadowo mamy iście wybuchową mieszankę. Charlize Theron staje się powoli kobiecą ikoną kina akcji, a jej niesamowita elastyczność i spory wachlarz umiejętności pozwoliły jej wykreować postać agentki, od której mogliby się uczyć Daniel Craig i Matt Damon. Sofia Boutella po raz kolejny udowadnia, że stać ją na więcej i nawet z roli drugoplanowej potrafi wykrzesać tyle, że po seansie zapada w pamięci bardziej, niż tacy weterani, jak John Goodman czy Toby Jones. Choć "Atomic Blonde" niezaprzeczalnie zdominowały kobiety, to James McAvoy znajduje dla siebie przysłowiowe pięć minut, by podkreślić, że nie da się zaszufladkować jako profesor Xavier.


Podsumowując, David Leitch zaskakuje i to w pozytywnym tego słowa znaczeniu. O ile "Johna Wicka" wolę omijać szerokim łukiem, o tyle "Atomic Blonde" jest filmem, który chętnie obejrzałbym jeszcze raz. Mam tylko nadzieję, że Leitch nie okaże się reżyserem jednego stylu. W końcu w przyszłym roku przyjdzie nam się zmierzyć z jego wizją kontynuacji "Deadpoola", która - w porównaniu do surowego "Johna Wicka" i równie surowej "Atomic Blonde" - może okazać się dla reżysera nie lada wyzwaniem.

niedziela, 12 marca 2017

Nie oddychaj (2016)


Tytuł: Nie oddychaj (Don't Breathe)

Gatunek: Thriller
Reżyseria: Fede Alvarez
Premiera: 30 września 2016 (Polska), 12 marca 2016 (świat)
Ocena: 3/6

Kojarzycie remake "Martwego zła" z 2013 roku? Za kamerą tego ociekającego krwią i wyścielonego ludzkimi kończynami filmu gore stał Fede Alvarez. W zeszłym roku urugwajski reżyser postanowił nie odgrzewać klasyka sprzed lat i zaproponował widzom "coś swojego". "Nie oddychaj" okazał się strzałem w dziesiątkę, przy budżecie wynoszącym niecałe 10 mln, przyniósł ponad piętnastokrotne zyski. Sukces dzięki sporej reklamie, czy film Alvareza rzeczywiście jest taki dobry?


Trójka nastolatków - Money, Alex i Rocky - okrada bogate domy w swojej miejscowości. Dzięki temu, że ojciec Alexa pracuje w firmie ochroniarskiej, z łatwością mogą ominąć alarmy przeciwwłamaniowe. Pewnego dnia dostają cynk, że w domu niewidomego weterana może być ukryta spora suma pieniędzy. Licząc na prosty łup, włamują się do starca. Okazuje się, że niewidomy nie jest wcale taki bezbronny, a trójka złodziejaszków trafia w śmiertelną pułapkę.


Trzeba przyznać, że Fede Alvarez ma nosa do kręcenia thrillerów. Odpowiednie wyczucie przy operowaniu kamerą, wyważona gra światłem i dźwiękiem nadają całości poczucia klaustrofobii i budują duszny klimat: zakurzony, brudny, pierwotny i krwawy. Alvarez, niczym wybitny wirtuoz, potrafi grać na emocjach widza, wprawiając go w konsternację. Będąc zawieszonym przez cały seans między sympatią i antypatią do prezentowanych bohaterów, ciężko mu znaleźć tego jednego wybrańca, któremu by kibicował. W "Nie oddychaj" nie ma jasnego podziału na dobrych i złych. Prawdę powiedziawszy, nie ma tu żadnych dobrych bohaterów. Ofiara przeradza się w oprawcę, oprawca - w ofiarę. Przy takiej budowie "Nie oddychaj" miał ogromne szanse, by stać się naprawdę dobrym thrillerem. Niestety, tę szansę zaprzepaścił, odpowiedzialny również za scenariusz, Alvarez.


O ile pierwsza część filmu zapowiadała porządny dreszczowiec z dobrym klimatem, o tyle w dalszej części cała konstrukcja posypała się niczym domek z kart. Nie dość, że Alvareza za bardzo poniosły wodze fantazji (żeby nie zdradzić za wiele, "Nie dotykaj" śmiało mógłby pretendować o miano sztandarowego obrazu przeciwników in vitro), to dodatkowo zabrakło reżyserowi weny, by konsekwentnie poprowadzić swój film do spektakularnego finału. Ciągnąca się w nieskończoność zabawa w kotka i myszkę zaczyna przypominać farsę, zachowania bohaterów stają się coraz bardziej odrealnione i irracjonalne, a wytrzymałości niewidomego weterana mogliby pozazdrościć członkowie Avengers. Z jednej strony posiada on tak wyczulone zmysły, że Daredevil przy nim przypomina raczkujące niemowlę, z drugiej - nie jest w stanie wyczuć ani usłyszeć włamywaczy, stojących tuż przy nim. Zresztą, Alex i Rocky mają tyle okazji do ucieczki, że gdyby skorzystali z choć jednej, film skończyłby się po niecałych 30 minutach. Na całe szczęście, Alvarez wkłada w ich usta niepotrzebne dialogi i wydłużone pożegnalne mowy, dzięki którym każda możliwość ucieczki spala na panewce. Reżyser chciał oprzeć "Nie dotykaj" na charakterystycznych dla gatunku trikach i motywach, lecz z pozyskanych elementów nie udało mu się ułożyć jednej solidnej całości.


"Nie dotykaj" to, bezsprzecznie, film dwójki aktorów (choć przewija się ich tu kilkoro). Z jednej strony mamy Stephena Langa ("Czerwony smok", "Avatar"), który jako niewidomy weteran spisuje się na medal. Z drugiej Jane Levy, która nieźle odnajduje się w slasherach (jak "Martwe zło") i o wiele gorzej w thrillerach. "Nie oddychaj" wymagał od niej więcej, niż tylko wrzasków, krzyków, pisków i warknięć, przez co z rozwojem fabuły coraz bardziej sobie nie radziła. Mimo tego, to właśnie Levy i Langowi przysługuje większa część czasu antenowego, przez co Dylan Minnette, czy Daniel Zovatto, schodzą na dalszy plan.


Podsumowując, klimatyczny thriller z pełnym napięcia początkiem okazał się być chaotycznym przeciętniakiem, w którego fabule zapętlili się sami twórcy. Ogromny potencjał został zaprzepaszczony przez ograniczoną pomysłowość Alvareza. "Nie oddychaj" okazał się być kolejnym filmem z dobrym zapleczem PR i marketingu, które ze średniaka zrobiło kasowy hit. Mam tylko cichą nadzieję, że nikt nie wpadnie na szalony pomysł kręcenia sequela...

wtorek, 28 lutego 2017

Nerve (2016)


Tytuł: Nerve

Gatunek: Thriller
Reżyseria: Henry Joost, Ariel Schulman
Premiera: 2 września 2016 (Polska), 12 lipca 2016 (świat)
Ocena: 3/6

Kojarzycie "Grę", genialny film Davida Finchera ze świetnymi kreacjami Michaela Douglasa i Seana Penna? Blisko 20 lat temu Fincher zaprezentował jeden z największych klasyków gatunku, gdzie główny bohater zostaje wciągnięty w grę, podczas której będzie zmuszony przesunąć swoje własne granice. Duet Joost i Schulman (tak, to ten sam duet odpowiedzialny za trzecią i czwartą odsłonę "Paranormal Activity") sięgnął po ten temat ponownie, tym razem w wydaniu mocno młodzieżowym. Czy "Nerve" sprostał zadaniu?


Vee to nieśmiała uczennica, wiecznie żyjąca w cieniu swojej łaknącej sławy koleżanki Sydney. Chcąc coś w końcu zmienić, daje się namówić na udział w grze internetowej. Zabawa polega na przyjmowaniu od Widzów kolejnych zadań do wypełnienia w prawdziwym życiu, uwiecznieniu ich wykonania swoim telefonem i osiągnięciu największej liczby osób, które śledzą poczynania Gracza. Podczas jednego z zadań poznaje Iana, który również okazuje się Graczem. Ich relacja trafia do Widzów, którzy coraz częściej chcą ich widzieć w duecie. Vee, zaaferowana wyjściem z cienia i przygodą życia, przyjmuje kolejne, coraz trudniejsze zadania. Gdy poprzeczka zostaje postawiona zbyt wysoko, Vee chce się wycofać. Okazuje się, że nie można "ot tak" odejść z gry. Dziewczynie zaczyna grozić niebezpieczeństwo.


"Nerve" porusza tematykę cieszących się ogromną popularnością portali i gier społecznościowych oraz związanymi z nimi zagrożeniami. W pogoni za lajkami, followersami i kilkoma minutami popularności ludzie są gotowi przesunąć własne granice. Joost i Schulman mówią o bardzo dużym niebezpieczeństwie współczesności, kiedy świat cyfrowy zaczyna ingerować w prawdziwe życie. Wszystko to opakowane niczym nowoczesna aplikacja na telefon - pełno wodotrysków, neonu świateł i wpadającego w ucho soundtracku. Chwila sławy może kosztować niewyobrażalną cenę, a cyberoprawcy, przez pozorną anonimowość, czują się bezkarni i zatracają resztki człowieczeństwa. "Nerve" jest lekcją o ociekającej lukrem degrengoladzie, sukcesywnie postępującej z cichym przyzwoleniem społeczeństwa. Obraz miał potencjał, by trafić do widza, niczym "Pokój na czacie" Hideo Nakaty. Niestety, reżyserski duet Joost-Schulman nie udźwignął ciężaru tematu.


Choć "Nerve" na swój sposób wciąga, nie jest to film, który będzie się wspominało po latach. Bliżej mu do cukierkowych teledysków Miley Cyrus, aniżeli zapadających w pamięci tyrad pokroju Nakaty. Przemianie głównej bohaterki z cichej myszki w królową Youtube'a brakuje głębi i wyrazu, rozwiązania w filmie przychodzą zbyt łatwo, a sam finał konkurować mógłby o tytuł niskobudżetowej wersji "Igrzysk śmierci". Każdy moment, który mógłby się głęboko wryć w pamięć widza i stanowić swoistą przestrogę, jest łagodzony przez twórców i szybko zmieniany na płytszą wersję z happy endem. Wygląda to tak, jakby Joost i Schulman chcieli z jednej strony zadziałać na emocjach widzów, z drugiej - bali się, że za bardzo zadziałają im na emocjach. W efekcie, "Nerve" ogląda się z obojętną ciekawością, jako film jeden z wielu, który już przy napisach końcowych zaczyna ginąć w morzu obrazów przeciętnych. Szkoda, bo potencjał był, tylko reżyserskiej konsekwencji zabrakło.


Obsadowo, całość niezaprzeczalnie trzyma Emma Roberts. Choć jej postać nie jest niezwykle skomplikowana i trudna do zagrania, Emmie udaje się dowieźć całość do końca na jako-takim poziomie. Dave Franco nadal nie może wyjść z cienia słynniejszego i zdolniejszego brata, przez co nie udaje mu się uzyskać ról, które wymagałyby od niego jakiegoś większego wysiłku. Tak jest i tym razem. Praktycznie, jeśli popatrzymy na niego w "Iluzji", "Sąsiadach", "21 Jump Street" i "Nerve", to wszędzie zobaczymy ten sam szkielet postaci, w które się wciela. Reszta obsady to tak naprawdę tło fabularne, które niespecjalnie zapada w pamięci.


Podsumowując, nigdy nie liczyłem, że "Nerve" choćby trochę zbliży się do poziomu "Gry" - to w końcu nie ten kaliber. Mimo tego miałem nadzieję, że nie skończy jako kolejny młodzieżowy obraz. Jak się okazało, skończył. Ot, ładnie opakowany film z przesłaniem, które znika pod warstwą przeciętności.

niedziela, 6 listopada 2016

Inferno (2016)


Tytuł: Inferno

Gatunek: Thriller
Reżyseria: Ron Howard
Premiera: 14 października 2016 (Polska), 12 października 2016 (świat)
Ocena: 3-/6

Kiedy w 2006 roku "Kod da Vinci" wszedł do kin, o książkach Dana Browna usłyszał każdy. W momencie, gdy głos zabrał sam Watykan, potępiając przedstawiane w powieści i jej ekranizacji teorie, producenci zapewne piali z zachwytu (bo czy można mieć lepszą reklamę?). Zainteresowanie mediów przedstawionymi wątkami, w których fikcja zgrabnie została wpleciona w prawdziwe wydarzenia, spowodowało, że "Kod da Vinci" stał się światowym hitem (zarabiając przeszło 700 mln dolarów). Od razu było pewne, że nie będzie to jedyna ekranizacja prozy Dana Browna. I tak, w 2009 na duży ekran trafiły "Anioły i demony". Choć ponownie spotkano się z krytyką Watykanu i medialnym szałem, filmowi nie udało się powtórzyć sukcesu swojego poprzednika. Mimo to, twórcy postanowili nie dawać za wygraną i w tym roku do kin trafiła trzecia ekranizacja przygód Roberta Langdona. Czy "Inferno" jest w stanie dorównać książce?


Robert Langdon, światowej sławy profesor z dziedziny symboliki z Harvardu, budzi się w szpitalu w Wenecji. Nie wie, gdzie się dokładnie znajduje i jak tu trafił. Dr Sienna Brooks wyjaśnia mu, że trafił do szpitala ranny i może cierpieć na kilkudniową amnezję. Niedługo później na miejsce przybywa Vayentha, płatna zabójczyni, której zadaniem jest pozbycie się Langdona. Wraz z pomocą Sienny, Robertowi udaje się uciec. Okazuje się, że jest poszukiwany przez amerykański rząd, WHO oraz tajną organizację. Wszystko przez urządzenie, które znajduje w kieszeni swojej marynarki, zawierające mapę piekła Dantego, która została przez kogoś zmodyfikowana. Od rozwiązania tej zagadki może zależeć nie tylko życie Langdona, ale i wszystkich ludzi.


Do tej pory trio Howard, Hanks i Zimmer to był istny strzał w dziesiątkę. Howard potrafił genialnie ważyć akcję i napięcie z jednoczesnym prowadzeniem fabuły, w roli Langdona ciężko było sobie wyobrazić kogokolwiek poza Hanksem, a całość doskonale domykał Zimmer w wyjątkowej oprawie muzycznej. Niestety, wystarczyło, że Akiva Goldsman zostawił napisanie scenariusza Davidowi Koeppowi (tak, tak, to ten pan od "Jack Ryan: Teoria chaosu") i wszystko się posypało. Koepp pozazdrościł chyba Terrio i Goyerowi chaotycznego "Świtu sprawiedliwości" i sam postanowił obszerną powieść Dana Browna poszatkować, pozlepiać po swojemu i - co gorsza! - zmienić cały jej sens.


Przez liczne skróty myślowe, skakanie między scenami i nierozwijanie wątków ci, którzy nie czytali książki, mogą się czuć mocno zdezorientowane. Za to osoby, które czytały książkę, będą nie mniej zdezorientowane, przez pół seansu zastanawiając się, czy aby na pewno "Inferno" stanowi ekranizację powieści Dana Browna. Choć wartkiej akcji w filmie nie brakuje, nie udaje się nią zrekompensować kompletnego braku fabularnej logiki, sensownego ciągu przyczynowo-skutkowego i zmiany finału, przez którą obraz trafia na półkę przeciętnych thrillerów. I to mocno przeciętnych. Nic w tym obrazie nie potrafi wystarczająco zachwycić, główne wątki są niewystarczająco rozbudowane, a liczne niedomówienia sprawiają, że widz zastanawia się, kto pisał scenariusz - doświadczony (nomen omen) scenarzysta, czy uczeń gimnazjum. Na domiar złego, Ron Howard za wiele z tym nie robi i prezentuje widzom tę fabularną papkę z pełną odpowiedzialnością, zaś Hans Zimmer ponownie udowadnia, że spoczął na laurach i się wypalił, plagiatując sam siebie. To, co usłyszmy w "Inferno", to nieznacznie (naprawdę nieznacznie!) przerobiony soundtrack z "Kodu da Vinci".


Ze wcześniej wspomnianego trio, wyłącznie Tom Hanks udowadnia, że nie zwalnia tempa i nadal mu zależy. Jako Robert Langdon jest niezastąpiony i choć scenariuszowo wygląda to blado, stara się wycisnąć jak najwięcej. Felicity Jones jako Sienna Brooks wypada zbyt sztucznie, znany z "Nietykalnych" Omar Sy nie ma możliwości rozwinięcia skrzydeł, a Ben Foster jako Zobrist jest tak słaby, że do swoich teorii nie przekonałby ameby intelektualnej, a co dopiero takiej rzeszy wiernych i oddanych wyznawców, jaka została zaprezentowana w filmie. Na koniec Sidse Babett Knudsen, która sama w sobie nie wypada najgorzej, ale wybór jej do roli Elizabeth Sinskey udowadnia, że twórcy naprawdę nie czytali książki.


Podsumowując, jako niewymagający film akcji z domieszką thrillera, "Inferno" może być dobrym pomysłem na wieczór. Jednakże, dla większości widzów wizyta w kinie może skończyć się konsternacją i rozczarowaniem. "Inferno" to doskonały przykład, że co za dużo, to niezdrowo.

wtorek, 11 października 2016

Dziewczyna z pociągu (2016)


Tytuł: Dziewczyna z pociągu (The Girl on the Train)

Gatunek: Thriller
Reżyseria: Tate Taylor
Premiera: 7 października 2016 (Polska), 5 października 2016 (świat)
Ocena: 2+/6

Sukces debiutanckiej książki Pauli Hawkins zapewniła nie tyle wyjątkowa i wciągająca historia, co ogromna promocja, w której udział wzięło wiele znanych nazwisk (w tym sam Stephen King). Taka pozycja skazana była na listę bestsellerów. Gdy "Dziewczyna z pociągu" zyskała popularność na całym świecie, ekranizacja była wyłącznie kwestią czasu. I tak oto Tate Taylor ("Służące") przeniósł na duży ekran prozę Pauli Hawkins. Czy historię Rachel, Megan i Anny warto zobaczyć w kinie?


Rachel jest alkoholiczką. Po rozpadzie swojego małżeństwa poddała się nałogowi, co sukcesywnie prowadzi ją do przepaści. Dzień w dzień jeździ pociągiem do i z pracy, obserwuje zza okien wagonu swój dawny dom, a także jego okolicę. Mieszkańcy jednej z posesji przykuwają jej szczególną uwagę, tworząc - w jej oczach - idealną parę. Wszystko się zmienia, gdy Rachel zauważa obserwowaną dziewczynę całującą się z innym mężczyzną. Idealny świat, który wykreowała w swojej głowie, roztrzaskuje się na kawałki. Parę dni później owa kobieta znika. Rachel postanawia pomóc policji w poszukiwaniach. Podejrzewa, że za wszystkim stoi mężczyzna, z którym zaginiona miała romans.


Terry Hayes określiła Paulę Hawkins mianem "Alfreda Hitchcocka nowego pokolenia". Po takim porównaniu sam zainteresowany pewnie się w grobie przewraca. Choć proza Pauli Hawkins nie jest najgorsza, to daleko jej do znakomitości. I dokładnie takim samym mianem można określić jej ekranizację, przy czym - jak to zwykle bywa - powieść na dużym ekranie wypada gorzej, niż na papierze. Mimo umiejętności, jakimi Taylor dysponuje, nie udało się za wiele "Dziewczynie z pociągu" pomóc. Ograniczenia filmowe nie pozwoliły zapoznać się z bohaterkami historii aż tak dobrze, jak w książce. Bez tego fabuła nie potrafiła się obronić sama. Zaburzona chronologia, dobrze sprawdzająca się w książce, na ekranie ledwo kuleje. Zmiany w jednych wątkach, ucięcie innych i dodanie niepotrzebnych bardziej szkodzą, aniżeli poprawiają odbiór całokształtu.


Tylor starał się skupić uwagę widza na swoich bohaterkach. Operując odpowiednio kamerą, udaje mu się uchwycić Rachel, Annę i Megan w świetnych momentach. Jednakże, nawet najlepsze ujęcie nie jest w stanie przykryć mizerności fabularnej. A ta aż bije po oczach. Brak konsekwencji w scenariuszu powoduje, że "Dziewczyna z pociągu" to istny koktajl Mołotowa - połączenie ciężkiego dramatu o relacjach matka-dziecko z alkoholizmem w tle z historyjką tak płytką i z czasem przewidywalną, że więcej ciekawszych zwrotów akcji zawarto w stu stronicowych tomach sagi "Nierządnicy" Iny Lorentz. Niestety, przeniesienie na duży ekran powieści Hawkins nie było dobrym pomysłem i nawet Taylor z całym swoim warsztatem niewiele mógł zdziałać.


Choć przeniesienie brytyjskiej historii do amerykańskich realiów (i nastąpienie Londynu Nowym Jorkiem) niezbyt wyszło, to jednym z tych fragmentów, które uratowały obraz przed totalną katastrofą, była świetna obsada. Pierwsze skrzypce niezaprzeczalnie gra tutaj Emily Blunt, która w obiektywie Taylora swoją mimiką potrafi zdziałać cuda. Daje tutaj taki pokaz swoich aktorskich umiejętności, że reszta obsady pozostaje daleko w tyle. Ciekawie prezentuje się Haley Bennett, choć do pazura i drapieżności książkowej Megan trochę jej brakuje. Dobrze w roli odnajduje się Luke Evans, mimo że filmowy Scott został mocno okrojony w porównaniu z pierwowzorem.


Podsumowując, "Dziewczyna z pociągu" nie jest nawet w połowie tak dobra, jak powieść Pauli Hawkins, a powieść Pauli Hawkins nie jest nawet w połowie tak dobra, jak ją wychwalają. W efekcie dostaliśmy miałki film z dobrą obsadą i świetnym reżyserem, którzy marnują swój talent w tej produkcji. Patrząc na to, że teraz wchodzi kilka ciekawych propozycji na duży ekran, "Dziewczynę z pociągu" można sobie z czystym sumieniem odpuścić.

niedziela, 20 marca 2016

Regression (2015)


Tytuł: Regression

Gatunek: Thriller
Reżyseria: Alejandro Amenábar
Premiera: 27 sierpnia 2015 (świat)
Ocena: 4/6

Gdyby nie Alejandro Amenábar, światła dziennego nie ujrzałby jeden z najlepszych i najbardziej klimatycznych thrillerów - "The Others". Był też współtwórcą scenariusza do innego wybitnego filmu - "Vanilla Sky" (jeden z tych nielicznych obrazów, w których Tom Cruise pokazał, że grać może nie tylko jako bohater kina akcji). Z tego też powodu nie można było przejść obojętnie koło kolejnej pełnometrażowej propozycji tego reżysera. Czy inspirowany prawdziwymi wydarzeniami "Regression" można nazwać powrotem w wielkim stylu?


Gdy córka Johna Graya oskarża go o molestowanie, wszyscy są w szoku. Sam mężczyzna twierdzi, że nic nie pamięta, ale wierzy córce bezgranicznie i tym samym przyznaje się do winy. Za sprawę bierze się detektyw Bruce Kenner. Wraz z pomocą profesora Kennetha Rainesa stara się rozwiązać zagadkę rodziny Grayów. Okazuje się, że nic nie jest tak oczywiste, jak się zdawało na początku. Cała sprawa jeszcze bardziej się komplikuje, gdy trop prowadzi do członków satanistycznej sekty.


Amenábar przenosi widzów w przeszłość do czasów, gdy w Stanach lęk przed kultami satanistycznymi urastał do rangi zbiorowej paranoi. Nie stawia jednak na fajerwerki, porywającą akcję, czy mrożące krew w żyłach sceny. Amenábar to minimalista, który niewielkimi gestami pozwala widzowi zajrzeć w psychikę swoich bohaterów. Nie informuje jednak, że to podróż w jedną stronę. Kto raz się skusi, da się pochłonąć psychologicznej grze, która rozgrywa się na ekranie. Gdy atmosfera się zagęszcza, fabuła komplikuje, a lęk i paranoja przejmują kontrolę nie tylko nad głównym bohaterem, ale i widzem, to nawet otwarte przestrzenie wydają się być duszne i klaustrofobiczne. Amenábar zgrabnie przeskakuje między rzeczywistością a fantastyką, płynnie prowadząc postaci między prawdą a onirycznymi wizjami. W efekcie dość intrygująca historia zmienia się w naprawdę potrafiące zamieszać w głowie widowisko, które potrafi wciągnąć widza.


Niestety, o ile Amenábar skrupulatnie dba o rozbudowanie swojej historii krok po kroku, by bez pośpiechu odkrywać przed widzem kolejne karty, o tyle w pewnym momencie jego własny film zaczyna mu przeciekać między palcami. Zabawa prawdą i fikcją zaczyna urastać do rangi nadmiernie nadmuchanego balonu, który w każdej chwili może rozlecieć się z hukiem na kawałki. Choć reżyserowi udaje się go utrzymać w całości do końca, to traci wiele z tego, co udało mu się zbudować. Finał, który mógłby wgniatać w ziemię niczym "The Others" lub "Siedem" Finchera, jest co najwyżej poprawny. Przewidywalność i pewnego rodzaju napływowa wtórność (gdzieś to niepotrzebnie podpatrzył, panie Amenábar?) wyzuła końcowy zwrot akcji ze wszelkich emocji, pozostawiając widza ze sporym niedosytem. Zapowiadało się naprawdę dobrze, a skończyło trochę powyżej przeciętnej. "Regression" jest tak daleko do "The Others", jak Kristen Stewart do gry aktorskiej.


A jeśli już o aktorach mowa, to Amenábar zebrał tu naprawdę niemało "znanych i lubianych". Na ekranie, poza głównymi nazwiskami produkcji - Hawke'a ("Złodziej życia", "Przeznaczenie") i Watson ("Harry Potter", "Charlie"), zobaczymy m. in. rozwijającego swój warsztat Davida Dencika ("Braterstwo", "Zabójcy bażantów"), świetnego Davida Thewlisa ("Wyspa doktora Moreau", "Eliza Graves") i zdolnego Adama Butchera ("Saint Ralph", "Dog Pound"). Jednakże na szczególne uznanie zasługuje Dale Dickey ("White Bird in a Blizzard"), która wcielając się w Rose Gray (jakże dramatycznie niejednoznaczną postać!) przyćmiła role pierwszoplanowe, jak zdobywca tegorocznego Oscara Mark Rylance przysłonił Toma Hanksa w "Moście szpiegów" Spielberga.


Podsumowując, pozwolę sobie zacytować słynne słowa Leszka Millera: "Prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy". Amenábar udowodnił nie raz, że jest dobrym reżyserem. A raczej był, bo z wiekiem trochę mu forma spadła. "Regression" to dobra propozycja na wieczorny seans, ale nie jest - niestety - filmem, który zostałby w pamięci na dłużej. Miejmy nadzieję, że to tylko chwilowy kryzys tego reżysera i on sam uraczy widzów jeszcze dziełem porównywalnym do "The Others".

czwartek, 13 sierpnia 2015

Ostatnia dziewczyna (2015)


Tytuł: Ostatnia dziewczyna (Final Girl)

Gatunek: Thriller
Reżyseria: Tyler Shields
Premiera: 14 kwietnia 2015 (świat)
Ocena: 2-/6

Jeśli jeden scenariusz piszą aż cztery osoby, a za kamerą siada niezbyt doświadczony reżyser, to znak, że można spodziewać się wszystkiego. W przeważającej większości nic dobrego z tego nie wynika. Czy Tyler Shields udowodnił, że w tym przypadku jest inaczej?


Po śmierci rodziców mała dziewczynka, Veronica, trafia pod opiekę Williama, który szkoli ją na zabójczynię. Trzynaście lat później mentor przygotowuje ją do ostatecznej próby. Tymczasem w niewielkim miasteczku czwórka bogatych nastolatków - Jameson, Shane, Nelson i Danny - urządza nietypowe polowania. Zwabiają dziewczyny do pobliskiego lasu, gdzie je ścigają, a następnie mordują. William postanawia, że będą oni indywidualnym zadaniem Veroniki. Dziewczyna ma ich powstrzymać, nim dorwą kolejną ofiarę.


Zarys fabuły wydaje się interesujący. Mamy tajemniczego nauczyciela, Williama. Obok Veronikę, czyli chodzącą maszynę do zabijania z twarzą niewiniątka. Po drugiej stronie czwórka bogatych nastolatków z zaburzeniami, którzy parają się naprawdę niecodziennym i sadystycznym hobby. Gdyby za obraz odpowiadali twórcy kina gore, mielibyśmy na ekranie krwawą łaźnię (nawet przy niskim budżecie!). Jak się okazało, Tyler Shields do takowych nie należy. Reżyser chciał chyba pójść w kierunku trzymającego w napięciu thrillera z psychologiczną głębią w tle. Ambitny cel, ale w tym przypadku całkowicie Shieldsa przerósł. Ten film jest tak pełny absurdów i błędów, że znalezienie plusów przypomina poszukiwania igły w stogu siana. Powiedzieć, że ten film jest o niczym, to i tak powiedzieć o nim za dużo.


Zacznijmy od tego, że nikt nie spieszy się z jakimkolwiek wyjaśnieniem, kim jest William i dla kogo pracuje (o ile dla kogokolwiek). Jak trafił na Veronikę? Jakie misje wykonywali? Czemu tym razem musiała wszystko zrobić sama? Pytania można mnożyć na potęgę, a odpowiedzi jak nie było, tak nie ma i nie będzie. Do tego mamy niewielki bar, w którym czwórka ociekających pieniędzmi chłopaków w garniturach nie wywołuje żadnego zdziwienia. Nikt też nie łączy faktu, że zamordowane dziewczyny były ostatni raz widziane właśnie z nimi (bo nastolatkowie wcale się nie kryją i zabierają dziewczyny prosto z tego baru!). Policja wydaje się być mitem i legendą. Ogólnie rzecz ujmując, dziur w fabule jest więcej, niż w szwajcarskim serze, a liczne błędy (jak znikający i pojawiający się pasek, czy też gruby sznur, który bohaterka znajduje w środku lasu nie wiadomo skąd) tylko to jeszcze uwypuklają. Gdy dodamy do tego brak jakiegokolwiek napięcia i zwrotów akcji, pełną przewidywalność, nielogiczny brak krwi (bo nie uwierzę, że ktoś dostanie kilka ciosów w twarz i nie ma nawet siniaka), idiotyczne do potęgi dialogi, pseudo psychologiczny rys bohaterów i zakończenie bez ładu i składu (o puencie nie mówiąc), to dostaniemy obraz nędzy i rozpaczy. Innym słowy: kwintesencję "Final Girl".


Na koniec o jedynym plusie, który udało mi się znaleźć w obrazie Shieldsa. Jest to gra aktorska Logana Huffmana i Alexandra Ludwiga. Ten pierwszy to urodzony psychopata. Już sama mimika twarzy i wieczne ADHD świadczą, że nie mamy do czynienia z osobą normalną. Huffman świetnie wczuł się w swojego bohatera (i, nie ukrywajmy, został też dobrze dopasowany do roli). Ludwig prezentuje nam dwie twarze swojej postaci. Z jednej strony to pewny siebie Jameson, syn bogatych rodziców, który ma jedną minę cwaniaka i jeden gest ręki założonej za oparcie. Z drugiej jednak udowadnia, że jakiś tam warsztat ma, przed kamerą ukazując oblicze Jamesona-sadysty. Śmiało mógłby konkurować z Huffmanem o tytuł nastoletniego psychopaty. Szkoda, że z całej obsady tylko ta dwójka potrafiła coś pokazać i się dopasować. Abigail Breslin wypada w roli zabójczyni, jak trędowaty w konkursie piękności. Wes Bentley na planie "Igrzysk śmierci" dostał chyba jakiegoś udaru, bo od czasu Seneki Crane'a jego twarz nie zmieniła wyrazu. Cameron Bright i Aelxander Weber w terminologii kina grozy zostaliby określeni mianem "mięsa armatniego" - są tu tylko po to, by główna bohaterka miała kogo zabijać, a reżyser miał czym zapełnić taśmę filmową.


Podsumowując, gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Czterech scenarzystów stworzyło kompletnie nieskładną historię z taką ilością luk, że musiałyby powstać co najmniej trzy sequele, by je zapełnić. Niedoświadczony reżyser dopełnił tylko czarę goryczy i brakiem doświadczenia pogrążył i tak kiepską opowieść. A szkoda, bo pomysł był całkiem ciekawy.

czwartek, 30 lipca 2015

System (2015)


Tytuł: System (Child 44)

Gatunek: Dramat/Thriller
Reżyseria: Daniel Espinosa
Premiera: 24 kwietnia 2015 (Polska), 15 kwietnia 2015 (świat)
Ocena: 5/6

Czy może być lepsza zachęta do obejrzenia jakiegoś filmu, niż oficjalne stanowisko Kremla potępiające produkcję? Okazuje się, że tak, bo nakręcony za nie bagatela 50 mln dolarów film przyniósł niewiele ponad 6 mln zysku. Czy ekranizacja powieści Toma Roba Smitha w reżyserii Daniela Espinosy jest naprawdę takim złym filmem?


Związek Radziecki, pierwsza połowa lat 50. Leo Demidov jest cenionym agentem służb bezpieczeństwa, znanym ze swojej skuteczności w rozwiązywaniu trudnych spraw. Jego wiara w Związek Radziecki i oddanie zostają zachwiane, gdy ginie syn jego przyjaciela, a władza całą sprawę zamiata pod dywan. Niedługo po tym żona Leo zostaje oskarżona o zdradę. Oficer nie chce wydawać ukochanej, przez co zostaje zdegradowany i deportowany z Moskwy. Trafia pod skrzydła generała Nesterova, lokalnego szefa milicji. Niedługo później w okolicy zostaje znalezione kolejne ciało dziecka.


Czy można ze sobą połączyć dramat jednostki z polityczną krytyką panującego systemu, a wszystko utrzymać w kanwach mrocznego kryminału z seryjnym mordercą w tle? Okazuje się, że tak i - co ciekawsze - taki film nie musi być luźnym, przymusowym powiązaniem kilku odrębnych gatunków, ale może tworzyć jedną całość. Taki właśnie jest "System" Espinosy, będący ekranizacją głośnej powieści "Child 44" Smitha. Obraz wywołuje prawdziwie piorunujące wrażenie. Utrzymane w półmroku, pełne gęstej i napiętej atmosfery zdjęcia Olivera Wooda, budująca klimat muzyka Jona Ekstranda, wielowątkowy scenariusz Price'a i twarda ręka Espinosy, prowadząca produkcję od początku do końca. Razem tworzą thriller, gdzie wierny oficer służb bezpieczeństwa z powodu niewyjaśnionego morderstwa staje się przeciwnikiem władz i panującego systemu. Krytyka stalinizmu jest tutaj widoczna na każdym kroku, od pierwszych scen, gdzie młody bohater ucieka z sierocińca ogarniętego biedą i głodem, po podchodzący pod paranoję pościg za domniemanymi wrogami narodu "idealnego".


Espinosa nie bawi się w półśrodki. Absurd utopijnej wizji Związku Radzieckiego przedstawia za pomocą surowych i brutalnych scen. Tutaj nie ma miejsca na romantyczną miłość czy wierną przyjaźń - liczy się przetrwanie. Aparat państwowy poprzez groźby i aresztowania wymusza posłuszeństwo i fałszywą lojalność, byleby tylko nikt nie śmiał podważać idealności państwa. Całość stanowi jednak wizję fatalistyczną, bo choć głównym antagonistą głównego bohatera jest tytułowy system, to Leo nie ma zamiaru (ani możliwości) go definitywnie obalić. "Child 44" nie jest historią o przewrocie i rewolucji, lecz przymusowym wpasowaniu się w otoczenie, gdzie balansowanie między życiem i śmiercią determinuje być lub nie być głównego bohatera. Gdzieś w tle rozgrywa się seria morderstw, będąca solą w oku zapatrzonych w idealne społeczeństwo władz, lecz nie stanowi ona głównego wątku opowieści. To tylko kolejny przykład zepsucia Związku Radzieckiego i sposób piętnowania chorego od wewnątrz systemu. Oczywiście, w całej tej obszernej ideologii Espinosa nie uciekł od błędów. Urwane wątki, niedokończone sprawy i zbyt łatwe rozwiązania uwypuklają dziury w scenariuszu, powstałe zapewne przy przenoszeniu obszernej powieści na duży ekran. Mimo wszystko, gdy jednak skupimy się na samym filmie i jego ocenie, to możemy dać się wciągnąć w ten mroczny świat brutalnej polityki i bezlitosnej władzy. I dzięki temu ponad dwugodzinny seans potrafi trzymać w napięciu i intrygować niemalże do samego końca.


"System" to nie tylko krytyka stalinizmu, ale i popis aktorskich umiejętności obsady. Na prowadzeniu mamy Toma Hardy'ego, który jako Leo Demidov nadaje całości dodatkowej głębi i wiarygodności. Gwiazda "Incepcji" i "The Dark Knight Rises" prezentuje nam obraz twardego człowieka, który chce przetrwać za wszelką cenę, jednocześnie stawiając się szeroko pojętej spychologii aktualnej władzy. Jego angielski ze sztucznym rosyjskim akcentem nadaje surowości każdemu słowu, które wypowiada, co też przekłada się na wyjątkowy odbiór poszczególnych scen z jego udziałem. Tuż obok mamy Noomi Rapace jako jego filmową żonę Raisę, która z zimną twarzą z przeciwniczki staje się jego sojuszniczką. Całość dopełnia Gary Oldman, który po kilku niezbyt udanych produkcjach ponownie pokazuje, na co go stać, a także Joel Kinnaman, który po "Nocnym pościgu" zrobił siedmiomilowy krok w kierunku poprawy własnego warsztatu. Warto też wspomnieć o polskim akcencie w osobie utalentowanej Agnieszki Grochowskiej, wcielającej się w postać Niny, która domaga się sprawiedliwości za śmierć syna i jako pierwsza nie boi się nazywać tego morderstwem.


Podsumowując, "System" nie jest typowym thrillerem, gdzie historia kręci się wokół rozwiązania zagadki zabójstw i złapania mordercy. Tutaj sprawca jest tylko pionkiem, wynikiem błędnego systemu, który to jest prawdziwym i jedynym wrogiem. Lecz z nim wygrać nie można. "Child 44" to opowieść o grze na czyichś zasadach i próbie nagięcia tych zasad do własnych celów. Wszystko w doskonale zbudowanym mrocznym klimacie i atmosferze ciągłej niepewności. Godny polecenia.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Loft (2014)


Tytuł: Loft (The Loft)

Gatunek: Thriller
Reżyseria: Erik Van Looy
Premiera: 20 lutego 2015 (Polska), 14 października 2014 (świat)
Ocena: 5-/6

To, że Amerykanie uwielbiają remaki, wiadomo nie od dziś. Raz wychodzą z tego zamiłowania wersje lepsze od oryginału ("The Ring"), jak i te niezbyt udane ("Kwarantanna" na podstawie hiszpańskiego "REC"). Chyba jednak nigdy nie spotkałem się, by jakikolwiek reżyser tworzył remake swojego własnego filmu. W szczególności, że ten już takowego remake'u się doczekał. Taki właśnie jest "Loft" - nakręcony przez belgijskiego twórcę Van Looya w 2008, odtworzony w Holandii w 2010 i... ponownie nakręcony przez Van Looya, tym razem po amerykańsku. Czy trzecia wersja tej samej historii potrafi widza zaciekawić?


Pięciu przyjaciół - Vincent, Chris, Luke, Philip i Marty - wynajmuje luksusowy apartament w tajemnicy przed swoimi żonami. Tam spotykają się z kochankami, czując się zupełnie bezkarni. Każdy z nich posiada jeden z pięciu kluczy do apartamentu i zna kod do wyłączenia alarmu. Ich sielanka kończy się, gdy pewnego dnia Luke znajduje w lofcie ciało nieznanej kobiety. Wiedząc, że tylko oni mieli dostęp do apartamentu, przyjaciele zaczynają wzajemnie się obwiniać o morderstwo.


Mimo, że remaki dokonywane przez reżysera oryginału należą do rzadkości, w przypadku "Loftu" wyszło to wszystkim na dobre. Po pierwsze, Van Looy, zaznajomiony już ze swoją historią, potrafi pokazać ją jeszcze raz w odświeżony i - przede wszystkim - wciąż ciekawy sposób. Liczne retrospekcje ponownie zmuszają widza do skupienia i łączenia faktów, a prawda nie jest tak prosta i oczywista, jakby się z początku wydawała. Po drugie, delikatne skrócenie całości (o prawie 20 minut!) powoduje, że film utrzymuje wartkie tempo (bez zbędnych pauz i dłużących się rozważań), a gęstą atmosferę i napięcie udaje się zbudować praktycznie od początku do końca. Oczywiście, ci, co oglądali poprzednie wersje, nie znajdą tu za wielu nowości, ale - nie oszukujmy się - w końcu to remake. Tu chodzi o odświeżenie w nieznany sposób znanej historii i to się Van Looyowi udało.


Szkoda tylko, że w tempie, jakie narzucił belgijski reżyser, zabrakło miejsca dla budowania więzi widza z bohaterami. Van Looy co chwilę zmienia punkt narracji, stawiając jednego z pięciu przyjaciół w głównej roli, lecz nie rozbudowuje rysu żadnego z nich. Bohaterowie są zaszufladkowani według - przeważnie - jednej konkretnej cechy, co nie pozostawia wiele przestrzeni dla złożonych charakterów (co, tym bardziej, gryzie się ze złożonością samej intrygi). W tym rozdaniu wygrywa znacząco oryginał sprzed siedmiu lat. Suma sumarum, nowy "Loft" ma w sobie to coś, przez co nie można oderwać od niego oczu. Stu minutowy seans mija błyskawicznie i (ponownie) udowadnia, że kłamstwo ma krótkie nogi.


Do remake'u swojego thrillera Van Looyowi udało się zebrać kilka znanych twarzy - Karl Urban (Éomer z "Władcy Pierścieni" Jacksona), Wentworth Miller (Michael Scofield z serialu "Prison Break"), James Marsden (Cyklop z serii "X-Men"), Matthias Schoenaerts (ponownie wcielający się w rolę Philipa) i Eric Stonestreet ("Modern Family"). Każdy z nich gra poprawnie, lecz nie prezentuje jakiegoś wybitnego warsztatu aktorskiego (no, może poza Schoenaertsem, któremu udało się stworzyć bardziej rozbudowaną postać, niż kolegom z planu). Licząc, że "Loft" to typowo męski film (jednocześnie mężczyzn krytykujący), nie pozostało wiele miejsca dla żeńskiej części obsady. Na wyróżnienie zasługują Kali Rocha (Mimi, żona Marty'ego) i Rachael Taylor (jako Anne Morris), które udowadniają, że nawet po męskiej produkcji można przejść na wysokim obcasie.


Podsumowując, "Loft" to naprawdę dobra propozycja na wieczór. Intryguje, potrafi zaskoczyć (a już na pewno, jeśli ktoś nie oglądał poprzednich wersji) i zapewnia wysokiej jakości rozrywkę. Van Looy pokazał, że można nakręcić remake własnego filmu w taki sposób, żeby był naprawdę godny polecenia, a nie tylko żerował na znanym tytule.