Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryminał. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 sierpnia 2017

Volta (2017)


Tytuł: Volta

Gatunek: Komedia kryminalna
Reżyseria: Juliusz Machulski
Premiera: 7 lipca 2017 (Polska), 20 czerwca 2017 (świat)
Ocena: 2+/6

"Vabank", "Kingsajz", "Seksmisja", "Kiler", "Pieniądze to nie wszystko" - to jedne z tych filmów, które bawiły, bawią i bawić będą. Klasyki polskiego kina, znane zarówno starszym, jak i młodszym widzom, które na stałe zapadły w ich pamięci. Wszystkie wyreżyserowane przez jednego z najwybitniejszych twórców polskiego kina - Juliusza Machulskiego. Ostatnio jednak można było zauważyć u niego pewien spadek formy. Po średnim "Ile waży koń trojański?" i nietrafionej "Ambassadzie", jego tegoroczna propozycja - "Volta" - miała stanowić swego rodzaju powrót do korzeni. Czy udany?


Bruno Volta jest mistrzem w odkrywaniu ludzi - ich cech, słabości i pragnień. Zaangażowany w kampanię nieokrzesanego Kazimierza Dolnego stara się go wynieść na fotel prezydencki. Pewnego dnia w dość niecodziennych okolicznościach poznaje Wiki, z którą szybko zaprzyjaźnia się jego partnerka, Aga. Okazuje się, że Wiki zajmuje się remontem i odnową mieszkania po swojej babci. Podczas pracy odnajduje ukrytą w ścianie koronę, która okazuje się być zaginioną setki lat temu koroną Kazimierza Wielkiego. Gdy te informacje docierają do Volty, postanawia zrobić wszystko, by przejąć bezcenne znalezisko i wykorzystać je w kampanii Dolnego.


Po zwiastunach można było odnieść wrażenie, że Machulski rzeczywiście wrócił do korzeni, a "Volta" to trafiona komedia omyłek z kryminalną nutą w tle. Niestety, rzeczwistość okazała się zgoła inna. Jako komedia nowy film Machulskiego wypada naprawdę słabo. Humoru można uraczyć tu tyle, co kot napłakał (i to w dodatku w wątku pobocznym, a nie przewodnim). Fabuła przypomina niezbyt przemyślany zlepek pomysłów, na siłę posklejany ze sobą i tworzący pozorną jedną całość. Przerysowane wstawki historyczne kontrastują z teraźniejszymi wątkami. Kryminalna nuta nie za wiele tu daje, bo Machulski co rusz traci tempo opowiadanej historii, przez co wiele fragmentów filmu wypada nazbyt rozwlekle i nużąco. Sami bohaterowie zaprezentowani są zbyt płytko i bez charakteru, jakby w ogóle nie byli zaangażowani w przedstawianą historię. Przez to wszystko finał, który miał przynieść fabularny twist i zaskoczenie, przynosi wytchnienie i ulgę, że udało się dotrwać do końca i zaraz pojawią się napisy końcowe.


"Volta" jednak miała też inne, ważne zadanie. Poprzez wątek karykaturalnej kampanii prezydenckiej Kazimierza Dolnego Machulski wygłasza krytykę tej części społeczeństwa, która patriotyczna jest wyłącznie na pokaz, a w rzeczywistości wykorzystuje pamięć o bohaterach i historię Polski do swoich własnych, stanowczo niechwalebnych celów. W czasach, gdy obnoszenie się polskością jest w modzie, a patriotyczne symbole wiszą na t-shirtach w sieciówkach, "Volta" jest solą w oku tych, którzy na nacjonalistycznej modzie chcą się wybić i/lub zarobić. Postać Dolnego i Volty perfekcyjnie naśladuje i wyśmiewa patriotów na pokaz, którzy są stali w swych przekonaniach niczym chorągiewki na wietrze. I ta krytyka, choć zaserwowana niewprost i obudowana słabą komedią, Machulskiemu się udała. Niestety, może być ona zbyt zawoalowana, przez co nie odbiorą jej ci, do których w rzeczywistości powinna trafić.


Jeśli chodzi o obsadę, to znanych polskich nazwisk w "Volcie" nie brakuje. I, choć fabularnie wydawać by się mogło, że film Machulskiego traktuje o silnych kobietach, to w rzeczywistości żeńska część obsady wypada blado przy kolegach z planu. Niezaprzeczalnie pierwsze skrzypce gra tutaj Jacek Braciak, bez którego przebrnięcie przez "Voltę" byłoby istną drogą przez mękę. Tuż za nim plasują się Michał Żurawski i Andrzej Zieliński. Duet Dycha-Zieliński, choć mocno wzorowany na "Kilerze" (Siara-Lipski), wypada całkiem nieźle. Wiele do życzenia pozostawia po sobie Olga Bołądź i Aleksandra Domańska. Ta pierwsza jako Wiki wypada mocno nieprzekonująco, ta druga jako Aga przypomina bohaterkę wyciągniętą z paradokumentów Polsatu. Kobiety, które mogłyby ten film udźwignąć - Joanna Szczepkowska i Katarzyna Herman - są niestety strącone na dalszy plan i niewiele mogą pomóc młodszym koleżankom.


Podsumowując, plus za odważną krytykę i plus za Jacka Braciaka. Niestety, całokształt wypada bardzo słabo. "Volta" spokojnie mogłaby posłużyć jako lek na bezsenność, a ilość zabawnych tekstów, które choć na chwilę zapadają w pamięci, można zliczyć na palcach jednej ręki. Może i Machulski chciał wrócić do korzeni, ale tego powrotu nie można zaliczyć do udanych. Zamiast tego utwierdził widzów w przekonaniu, że lata swojej świetności ma już dawno za sobą.

niedziela, 20 września 2015

Zabójcy bażantów (2014)


Tytuł: Zabójcy bażantów (Fasandræberne)

Gatunek: Kryminał/Thriller
Reżyseria: Mikkel Nørgaard
Premiera: 24 kwietnia 2015 (Polska), 18 września 2014 (świat)
Ocena: 4+/6

Gdy jakiś pisarz staje się coraz bardziej popularny, a jego powieści wskakują na listy bestsellerów, to stworzenie ekranizacji jest tylko kwestią czasu. Choć ostatnio prym wiodą przede wszystkim książki młodzieżowe o nastoletnich wybrańcach, udaje się czasem znaleźć coś "z innej beczki". Nikolaj Arcel zabrał się za zadanie stworzenia filmowego scenariusza z popularnej serii o Departamencie Q pióra Jussiego Adler-Olsena. Wraz z reżyserem Mikkelem Nørgaardem w 2013 przenieśli na duży ekran pierwszy tom - "Kobietę w klatce". Półtora roku później do kin trafiła druga książki z serii, "Zabójcy bażantów". Jak Nørgaard i Arcel poradzili sobie z dusznym klimatem kryminału Adler-Olsena?


Departament Q - to tutaj trafiają wszelkie niewyjaśnione sprawy sprzed lat. Na jego czele stoi Carl Mørck, niezbyt towarzyski i konsekwentny policjant z wydziału zabójstw. Partneruje mu asystent arabskiego pochodzenia Assad. Pewnego dnia uwagę Carla przykuwa sprawa zabójstwa rodzeństwa - brata i siostry - sprzed 20 lat. Choć mężczyzna, który przyznał się do winy, został skazany i odsiedział wyrok, śledztwo ma zbyt wiele luk i niewyjaśnionych wątków. Badanie sprawy prowadzi Carla i Assada do grupy bogaczy, którzy w 1994 roku tworzyli elitarny klub studencki. Jedynym świadkiem, który może pomóc w rozwiązaniu sprawy i ujęciu prawdziwych sprawców, jest Kimmie Lassen, która 20 lat temu dosłownie "zapadła się pod ziemię". Policjanci postanawiają znaleźć ją za wszelką cenę. Okazuje się, że nie tylko oni...


"Zabójcy bażantów" to typowy kryminał, gdzie tożsamość prawdziwego sprawcy znana jest prawie od początku, a napięcie i elementy zaskoczenia budowane są na udowodnieniu jego win i wymierzeniu sprawiedliwości. Wraz z bohaterami odkrywamy kolejne elementy układanki, które o sto osiemdziesiąt stopni odwracają pozornie oczywistą zbrodnię. Nørgaard nie spieszy się z wyjaśnieniem sprawy, ale też przesadnie nie przeciąga i nie zasypuje widza niepotrzebnymi scenami. Mimo blisko dwugodzinnego seansu, nie ma tu miejsca na znużenie. Nørgaardowi udaje się podtrzymywać napięcie, odpowiednio je dawkować i gdzieniegdzie - jeśli potrzeba - zwiększać.


Na tych, którzy zdecydują się zabrać za ekranizację powieści Adler-Olsena, nie będą czekać liczne sceny pościgów, efektowne eksplozje i pełne akrobacji walki. "Zabójcy bażantów" stawiają przede wszystkim na klimat i realizm, które Adler-Olsen wykreował w swoich książkach, a które duet Nørgaard i Arcel skrupulatnie przeniósł na duży ekran. I choć całokształt prezentuje się naprawdę dobrze, to nie obyło się bez kilku wpadek. Największym grzechem całej historii jest to, że brakuje choćby jednego takiego zwrotu akcji, który potrafiłby zaszokować i wstrząsnąć widzem. Znany sprawca i z czasem prosta do rozgryzienia zbrodnia powodują, że finał staje się przewidywalny. W dodatku, po seansie niemalże cały klimat ulatuje, wrzucając "Zabójców bażantów" w worek filmów dobrze zrobionych, które raczej nie zostaną w pamięci na dłużej.


Nørgaard do współpracy zaprosił naprawdę zdolnych aktorów, co też niezaprzeczalnie pomogło przykryć kilka wpadek. Na pierwszym planie mamy Nikolaja Lie Kaasa ("System") i Faresa Faresa ("Wróg numer jeden"). Świetna dwójka, która potrafi się wzajemnie uzupełniać. Ich schematyczny "dobry i zły glina" nabiera świeżej surowości i realizmu, gdy opryskliwość Carla ściera się z charyzmą Assada. Z drugiej strony dostajemy Pilou Asbæka ("Lucy"), który jako Ditlev czuje się niczym ryba w wodzie, wykrzesując ze swej postaci wszystko, co tylko możliwe. Partneruje mu David Dencik, który w porównaniu z kolegami z planu wypada najsłabiej. Jednak patrząc, jak kiepsko wypadł w filmie "Braterstwo" z 2009 roku, to przez te kilka lat znacznie popracował nad swoim warsztatem.


Podsumowując, "Zabójcy bażantów" będą strzałem w dziesiątkę dla osób, które poszukują czegoś dobrego na leniwy wieczór. Obraz Nørgaarda to całkiem nieźle skrojony, klimatyczny kryminał. Ale nic ponadto. Nie jest to pozycja, do której będzie się chciało wracać lub o której będzie się pamiętało przez dłuższy czas. Ot, warty obejrzenia, ale nie wybija się jakoś wyjątkowo z morza podobnych filmów.

niedziela, 17 maja 2015

Kidnapping Mr. Heineken (2015)


Tytuł: Kidnapping Mr. Heineken

Gatunek: Dramat/Akcja/Kryminał
Reżyseria: Daniel Alfredson
Premiera: 26 lutego 2015 (świat)
Ocena: 2+/6

Ostatnio dało się zauważyć, że do mało znanych produkcji angażowani są znani i cenieni aktorzy. W "Diabelskiej przełęczy" Egoyana znaleźli się Colin Firth i Reese Witherspoon, w "Wezwaniu" Stone'a pojawiły się Susan Sarandon i Ellen Burstyn, a tegoroczny "Last Knights" w reżyserii Kazuaki Kiriya przyciągnął Morgana Freemana i Clive'a Owena. Szwedzki reżyser, Daniel Alfredson, twórca "Millennium", poszedł tym tropem i do swojej produkcji zaangażował m. in. Anthony'ego Hopkinsa i znanego z "Atlasu chmur" Jima Sturgessa. Czy oparta na faktach historia, która miała już swoją filmową odsłonę w 2011 roku, jest godna uwagi?


Piątka przyjaciół - Cor, Willem, Jan, Martin i Frans - to typowy przykład życiowych nieudaczników. Mimo, że posiadają na własność zabytkową kamienicę, to nie mogą prawnie ani siłą pozbyć się niechcianych lokatorów, a próby wzięcia kredytu na rozkręcenie własnego biznesu kończą się fiaskiem. Podczas jednego z wieczorów postanawiają porwać Freddy'ego Heinekena, twórcy piwnego imperium, by uzyskać za niego okup. Cały plan wymaga jednak szczegółowych przygotowań, obserwacji i, przede wszystkim, funduszy. W związku z tym grupa przeprowadza brawurowy napad na bank.


Alfredson już w pierwszych minutach udowadnia, że jego opowieść nie będzie typową historią o porwanym i porywaczach. Heinekenowi daleko jest do przerażonej ofiary, zaś oprawcy mają niewiele wspólnego z bezwzględnością. Dziwić może, że amatorom udało się zmusić władze do wypłacenia największego w historii okupu. Całość wydaje się być zbyt naiwna i naciągana i gdyby nie fakt, że wydarzyła się naprawdę, to nikt by jej nie kupił. Alfredson za kamerą stawał już nie raz i na swoim koncie ma sporo pozycji godnych uwagi. Niestety, "Kidnapping Mr. Heineken" do takowych się nie zalicza.


Przewaga dramatu nad akcją powoduje, że obraz niejednokrotnie się dłuży (skupiając się na niepotrzebnych wątkach), a jakieś głębsze emocje lub budowa napięcia wydają się być wyrażeniami obcymi w słowniku szwedzkiego reżysera. Wszystko chodzi tutaj, jak w szwajcarskim zegarku - każdego z porywaczy charakteryzuje jedna, konkretna cecha, zwroty akcji można przewidzieć co do sekundy, a historia podzielona jest na równe fragmenty z chirurgiczną precyzją. Ciężko jest się wciągnąć w prezentowaną historię, gdyż narracja przypomina obyczajowy dokument z lokowaniem produktu w tle. Reżyser ustami Heinekena stara się przekazać życiowe mądrości spod szyldu "pieniądze szczęścia nie dają", co bardziej przypomina odgrzewanie kotleta, aniżeli moralizatorskie nauki. Alfredson mógł się bardziej postarać, w szczególności, że nie tak dawno temu o Heinekenie opowiadał nam Treurniet.


Nie szata zdobi człowieka, jak i znani aktorzy nie zdobią kiepskiego filmu. Anthony Hopkins niezaprzeczalnie przyciąga uwagę. Szkoda tylko, że jest za mało Hopkinsa w Hopkinsie i, choć sam aktor wyróżnia się pozytywnie na tle młodszych kolegów z planu, to rola Heinekena nie znajdzie się w gronie jego najlepszych kreacji. Uzdolniony Jim Sturgess robi, co może, lecz scenariusz jednowymiarowych postaci nie pozwala mu w pełni rozwinąć skrzydeł. Dla Sama Worthingtona w obrazie szwedzkiego reżysera jest stanowczo za mało akcji, bo do dramatów ten aktor się kompletnie nie nadaje. Ryan Kwanten, gdyby nie "Czysta Krew", byłby postacią kompletnie niezauważalną. Choć złym aktorem nie jest, to akurat w tej produkcji ginie gdzieś pod warsztatem bardziej doświadczonych kolegów.


Podsumowując, "Kidnapping Mr. Heineken" to nie jest bardzo zły film, ale można znaleźć dużo lepsze. Znana obsada może przyciągnąć przed ekrany rzesze widzów, którzy po seansie będą mocno rozczarowani. Nie można jednak odmówić Heinekenowi, że o lepszej reklamie niż dwa niezależne filmy mógł sobie wyłącznie pomarzyć.

czwartek, 14 maja 2015

Jeziorak (2014)


Tytuł: Jeziorak

Gatunek: Dramat/Kryminał
Reżyseria: Michał Otłowski
Premiera: 17 października 2014 (Polska), 17 września 2014 (świat)
Ocena: 5/6

Co powstanie, gdy zmieszamy "Fargo" braci Coen z serialem "Dochodzenie" stacji AMC? Na to pytanie postanowił odpowiedzieć Michał Otłowski w swojej pierwszej pełnometrażowej produkcji. Czy skandynawski klimat udało się przenieść na polskie podwórko?


Iza Dereń to ambitna i niezmordowana podkomisarz, która mimo zaawansowanej ciąży nie ma zamiaru zwolnić tempa. Podczas, gdy policja poszukuje funkcjonariuszy, którzy zniknęli podczas służby, ona sama prowadzi akcję złapania niebezpiecznego bimbrownika. Niedługo potem zostaje odnalezione ciało nieznanej dziewczyny. Tropy prowadzą Dereń do pobliskiego kurortu "Jeziorak". Wraz z przydzielonym jej partnerem, aspirantem Marcem, odkrywa kolejne fragmenty zagadki. Okazuje się, że zniknięcie policjantów na służbie, sprawa bimbrownika i morderstwo dziewczyny łączą się, a dotarcie do prawdy nie tylko zagrozi zawodowemu życiu podkomisarz, ale i odsłoni mroczne sekrety jej przeszłości.


W pierwszej chwili "Jeziorak" można uznać za plagiat. Główna bohaterka wydaje się być przekopiowaną bohaterką z "Fargo", a otaczające ją osoby - w szczególności aspirant Marzec - to żywa kalka postaci z "Dochodzenia". Dodatkowo, złożoność intrygi, sięgającej ludzi na wysokich szczeblach, przypominać może nie tylko produkcję AMC, ale i jej duński pierwowzór - "Forbrydelsen". Łudzące podobieństwo do wspomnianych tytułów jedni mogą nazwać plagiatem i kradzieżą, inni - za daleko posuniętą inspiracją. Jedno trzeba jednak Otłowskiemu przyznać - zagranicznych poprzedników perfekcyjnie przeniósł na polskie realia i nadał swojemu obrazowi odpowiednią dawkę narodowego smaczku. W szczególności, że w rodzimym kinie, gdzie królują dramaty i komedie, trafienie na wciągający kryminał przypomina znalezienie igły w stogu siana.


Otłowski nie tylko doskonale odtworzył klimat skandynawskich produkcji - surowych i zimnych obrazów skąpanych we wszystkich odcieniach szarości - ale i zbudował scenariusz, który od samego początku przykuwa uwagę widza i utrzymuje ją aż do napisów końcowych. Choć sprawców zbrodni można domyślić się niemalże od razu, to motyw ich działania oraz odpowiedź na kluczowe pytanie "dlaczego?" zostaje zagadką tak długo, jak chce tego reżyser. A ten nie spieszy się z wyjaśnieniami. Przeplata trzy, pozornie niezależne sprawy, by skrupulatnie, małymi kroczkami, połączyć je w jedną, spójną całość, której uosobieniem jest główna bohaterka. Płynna narracja, złożona intryga, odpowiednio dawkowane napięcie i niezapomniany klimat - takimi hasłami można by reklamować film "Jeziorak". A na reklamę i uznanie zasługuje jak najbardziej, bo to nie tylko dobry kryminał, ale także wyróżniająca się z tłumu polska produkcja.


Na szczęście Otłowski postawił w swojej produkcji na aktorów mniej znanych, lecz utalentowanych. Jowita Budnik (kojarzona głównie z "Papuszy" państwa Krauze) jako polska krzyżówka Marge Gunderson i Sary Linden spisuje się na medal, na swoich barkach dźwigając praktycznie cały film. Debiutujący na dużym ekranie Sebastian Fabijański (którego charakteryzację żywcem wzięto z postaci Stephena Holdera z "Dochodzenia") swoim warsztatem nie odstępuje na krok starszej koleżance. Złoty Lew w tym przypadku był w pełni zasłużony. Gdzieś na drugim planie zobaczymy takie twarze, jak Michał Żurawski, Stanisław Brudny, Mariusz Bonaszewski czy... Agata Buzek - jednakże, wszyscy oni stanowią wyłącznie tło dla pierwszoplanowego duetu. Perfekcyjnie uzupełniają całokształt, lecz "Jeziorak" to niezaprzeczalne "pięć minut" Budnik i Fabijańskiego.


Podsumowując, jeżeli odsuniemy dywagacje nad sporną granicą między inspiracją a plagiatem, otrzymamy naprawdę dobry, klimatyczny kryminał. Fabuła jest na tyle wciągająca, że nawet miłośnicy "Fargo" i "Dochodzenia" znajdą w "Jezioraku" coś zaskakującego. A najbardziej cieszy, że jest to rodzimy projekt, który przywraca wiarę w polskie kino (wiarę mocno nadszarpniętą przez takie nieudane "superprodukcje", jak "Miasto 44" i "Hiszpanka"). Gorąco polecam!

poniedziałek, 11 maja 2015

Pokerowa noc (2014)


Tytuł: Pokerowa noc (Poker night)

Gatunek: Kryminał/Thriller
Reżyseria: Greg Francis
Premiera: 20 listopada 2014 (świat)
Ocena: 5/6

Wstyd przyznać, ale naprawdę dawno nie sięgałem po żadne kryminały. Wynikało to nie tyle z braku czasu, co przez deficyt tytułów, które w jakikolwiek sposób wyróżniłyby się z tłumu i były warte poświęcenia co najmniej dziewięćdziesięciu minut uwagi. Przypadek sprawił, że trafiłem na "Pokerową noc" - debiutancki film Grega Francisa, zbierający w jednym miejscu sporą dawkę kinowych weteranów. Czy jest to obraz, który potrafi trzymać w napięciu i intrygować do samego końca?


Jeter w dość młodym wieku zyskuje awans i zostaje detektywem. Przez starszych kolegów zostaje zaproszony na pokerowy wieczór, podczas którego policyjni weterani dzielą się swoimi doświadczeniami, a młody Jeter ma słuchać i się uczyć. Pewnej nocy na służbie chłopak dostaje wezwanie do domowej awantury. Okazuje się, że zgłoszenie do pułapka, a Jeter i jego ukochana, Amy, wpadają w sidła seryjnego mordercy. Młody detektyw musi przypomnieć sobie wszystkie nauki starszych kolegów, by ujść z życiem.


Gdyby każdy twórca i współtwórca telewizyjnych seriali miał takie debiutanckie filmy, poziom światowego kina byłby nieporównywalnie wyższy. "Pokerowa noc" to rasowy kryminał, w którym nie tyle intrygujące jest pytanie "Kto jest zabójcą?", ale sam motyw. Francis przez cały seans daje widzowi wskazówki, lecz dopiero finał pozwala połączyć je w jedną całość. Widz wraz z młodym detektywem stara się poznać prawdę i przyczynę wszystkich zdarzeń. Francis ze sprawnością profesjonalisty zaciska pętlę swej intrygi, niespiesznie, lecz z chirurgiczną precyzją, łącząc poszczególne wątki i kolejne postaci w jedną, nierozerwalną całość.


Prowadzenie opowieści na kilku płaszczyznach czasowych jednocześnie mogłoby się okazać zadaniem ciężkim do wykonania dla wielu bardziej doświadczonych reżyserów. Francis, będąc także autorem scenariusza, czuje się w swoim dziele, jak przysłowiowa ryba w wodzie. Makabryczne, zakrawającego o lekkie kino gore sceny z uwięzienia młodego detektywa przeplata w groteskowym stylu z przerysowaną grą w pokera, łączącą czarny humor policjantów z wyjątkowymi sprawami w ich karierze. Taka narracja, w której udało się nawet zmieścić wątek miłosny, groziłaby zawaleniem całej konstrukcji z powodu przerostu formy nad treścią. Groziłaby może u kogoś innego, ale nie u Francisa. Reżyser do samego końca nie gra w otwarte karty, a ostatnia scena to istny majstersztyk, as w rękawie, który Francis zachował specjalnie na koniec, by zaburzyć całą koncepcję widza. Zaskoczenie i niedowierzanie może towarzyszyć jeszcze długo po seansie.


Dużym plusem obrazu Francisa są jego bohaterowie - wielowymiarowi, skrajnie różni, bardziej w różnych odcieniach szarości, aniżeli podzieleni na białych i czarnych. Szkoda tylko, że w głównej roli reżyser postanowił obsadzić Beau Mirchoffa, którego aparycja może i pasuje to detektywa-żółtodzioba, ale niewielki warsztat aktorski już nie. Gwiazda "Innej" (produkcji MTV, co mówi samo przez siebie) jest niewiarygodny i wypada wyjątkowo blado w zestawieniu ze starszą i bardziej doświadczoną częścią obsady. A tu znajdziemy takie osobowości, jak Giancarlo Esposito ("Breaking Bad"), Ron Perlman ("Hellboy"), Titus Welliver ("Promised Land") i fenomenalny Michael Eklund ("Połączenie"). To oni starają się nadrobić tam, gdzie Mirchoff nie daje rady.

Beau Mirchoff

Podsumowując, "Pokerowa noc" to jeden z ciekawszych kryminałów, jakie miałem okazję oglądać. Oczywiście, do starego kina klasyków mu daleko, ale jako debiutancki film sprawdza się naprawdę dobrze. Z niecierpliwością będę czekał na to, co Greg Francis może jeszcze pokazać (i mam cichą nadzieję, że "Pokerowa noc" nie była szczytem jego reżyserskich możliwości).

niedziela, 26 kwietnia 2015

Hiszpanka (2015)


Tytuł: Hiszpanka

Gatunek: Historyczny/Kryminał/Akcja
Reżyseria: Łukasz Barczyk
Premiera: 23 stycznia 2015 (Polska), 23 stycznia 2015 (świat)
Ocena: 1+/6

Z przerażeniem obserwuję nową modę polskich wytwórni, które usilnie starają się stworzyć efektowne kino na miarę zachodnich sąsiadów. Gdy do tego dochodzi niemały - jak na polskie realia - budżet do rozdysponowania i reżyser z ogromnymi ambicjami, to może być pewni, że czeka nas coś, o czym długo nie zapomnimy. Łukasz Barczyk tak bardzo uwierzył w swój nowy film, że sam okrzyknął go arcydziełem w zwiastunie, a superprodukcją roku na plakacie. Czy aby na pewno doczekaliśmy się obrazu wybitnego?


Ignacy Jan Paderewski, wybitny kompozytor i polityk, wraca z Londynu do Polski. W podróży staje się celem ataku utalentowanego mentalisty, doktora Abuse, który - będąc na usługach Rzeszy - stara się złamać ducha walki Polaka. Na pomoc Paderewskiemu przybywa grupa telepatów pod wodzą Francuzki, Anne Besaint. Okazuje się jednak, że dr Abuse dysponuje zbyt wielką mocą. Polscy mentaliści postanawiają skontaktować się z Rudolfem Funkiem, który jako jedyny dysponuje siłą zdolną odeprzeć atak niemieckiego telepaty. W tym czasie Wielkopolska szykuje się do powstania, a oficerowie Rzeszy próbują przekabacić na swoją stronę wybitnego polskiego inżyniera, Tytusa Ceglarskiego.


Powiedzieć o "Hiszpance", że to film z przerostem formy nad treścią, to tak, jakby nie powiedzieć o nim nic. Cokolwiek chciał pokazać Barczyk, nic tutaj nie wyszło. Zacznę od historii, niemiłosiernie rozwleczonej na prawie dwugodzinny seans, która miała poruszać kwestię zwycięskiego powstania wielkopolskiego. Barczyk postanowił spojrzeć na nie z drugiej strony i skupił się na losach Paderewskiego, o samym powstaniu przypominając sobie... 15 minut przed końcem! Emocjonujący powrót kompozytora do ojczyzny z emocjami ma niewiele wspólnego, a połączenie wydarzeń prawdziwych z onirycznymi wizjami i ociekającą fantastyką walką dwóch mentalistów z ledwością udaje się utrzymać w ryzach. Groteskowa bajka, jaką serwuje widzom reżyser, jest za bardzo rozdrobniona na poszczególne postaci. Zamiast skupić uwagę na jednym bohaterze i stworzyć więź między nim a widzem, Barczyk zasypuje nas wątkami kilkunastu osób, które wcześniej czy później urywa. Praktycznie cały film można obejrzeć z obojętną miną, bo fabularny "misz-masz", jaki zapodał Barczyk, nie pozwala wczuć się w historię. Wielce wymowne w tym momencie wydają się być słowa pani Malickiej, która podczas jednego ze spirytystycznych seansów - gdy wirowanie kamery przyprawia o zawrót głowy - stwierdza, że "nic nie czuje".


Szkoda potencjału, który ta historia miała, a który Barczyk bezlitośnie zniszczył. Karina Kleszczewska odwaliła kawał dobrej roboty przy zdjęciach, a scenografia Janickiej i Szymczak to prawdziwy majstersztyk. Niestety, wszystko to ginie pod ciężarem rozdmuchanego ego reżysera, który z dobrej historii tworzy przerysowany obraz z karykaturalną groteską. W dodatku efekty - że tak zażartuję - specjalne są tak sztuczne, jakby Barczyk korzystał z umiejętności twórców sprzed dwudziestu lat. Przy takiej wizualnej stronie to "Miasto 44" Komasy można uznać za pełne efektów widowisko najwyższych lotów. "Hiszpanka" ma tak daleko do miana "arcydzieła", jak "Kac Wawa" do humoru "Kac Vegas".



Kolejną przerażającą w obrazie Barczyka kwestią jest to, że zgromadził on dużą ilość znanych aktorów, z których wielu można zaliczyć do naprawdę utalentowanych. Jakub Gierszał (którego bohater był chyba ważny, bo dwukrotnie znalazł się na jednym plakacie) pokazał się tutaj od najgorszej strony, Jan Peszek wydaje się być na siłę wklejony w filmowe otoczenie, Grispin Glover to jakaś pomyłka, a Jan Frycz kompletnie nie jest przekonujący. Nie wiem, skąd wzięto Patrycję Ziółkowską, ale nie był to zbyt trafny wybór, zaś Florence Thomassin to typowa Francuzka, cierpiąca na nadekspresję. Jedynie Sandra Korzeniak w przerysowanej roli pani Malickiej ratuje resztki aktorskiego honoru.


Podsumowując, "Hiszpanka" to nie polska superprodukcja roku, tylko największa porażka roku (a nawet kilku ostatnich lat). Barczyk śmiało mógłby konkurować o wszelkie antynagrody filmowe z Karwowskim i jego sławetną "Kac Wawą". Dziwić może, że Polski Instytut Sztuki Filmowej znajduje ogromne fundusze na takie, mówiąc kolokwialnie, gnioty. Złota rada dla tych, którzy chcą poświęcić dwie godziny swojego życia na "Hiszpankę": od takich "arcydzieł" lepiej się trzymać z daleka!

środa, 7 stycznia 2015

Son of a Gun (2014)


Tytuł: Son of a Gun
Gatunek: Dramat/Kryminał
Reżyseria: Julius Avery
Premiera: 2 stycznia 2015 (Polska), 16 października 2014 (świat)
Ocena: 4/6

Julius Avery, dotychczas znany z projektów krótkometrażowych (w tym z wielokrotnie nagrodzonego "Kanistra"), zaprezentował się tym razem z produkcji pełnometrażowej. Australijski kryminał ze znanymi nazwiskami od razu przykuł moją uwagę. Czy "Son of a Gun" wart jest poświęcenia mu prawie dwóch godzin swojego czasu?


Nastoletni JR trafia do więzienia, gdzie stara się wmieszać w sprawy, które nigdy nie powinny go interesować. Przykuwa uwagę Brendana Lyncha, słynnego złodzieja, który obejmuje chłopaka ochroną i uczy go żelaznych zasad. W zamian za protekcję, JR ma wykonać ściśle określone zadanie - jak wyjdzie na wolność, ma pomóc Lynchowi w ucieczce. W tym celu kontaktuje się z Samem Lennoxem, szefem podziemia, byłym zleceniodawcą Lyncha. Po odzyskaniu wolności Brendan dostaje od niego kolejne zadanie - kradzież wartego miliony dolarów złota. Sprawa komplikuje się, gdy JR poznaje Tashę, która pracuje dla Lennoxa. Zadurzony w dziewczynie chłopak pragnie za wszelką cenę uratować ją z rąk przestępcy.


Julius Avery to mistrz łatania strzępów tego, co kino akcji i kryminały zdążyły dotychczas wydać. Sprawnie prowadząc wątki melodramatyczne i sensacyjne, przedstawia obraz, który śmiało można by określić podsumowaniem gatunku ostatnich lat. Dzięki temu "Son of a Gun" ogląda się lekko, przyjemnie i jako coś, co się bardzo dobrze zna, a i tak potrafi gdzieniegdzie zapierać dech w piersiach. Reżyserowi stara się odpowiednio wyważyć akcję z dramatem, a dobrze dobrana ścieżka dźwiękowa nadaje scenom dodatkowego wyrazu i pewnej szczypty intymności (w szczególności w relacji JRa z Tashą).


Jednocześnie, obraz Avery'ego to perfekcyjne powielanie schematów, a śladu innowacji można by ze świecą szukać. "Son of a Gun" nie ma być - broń Boże! - kinem ciężkim, więc wiele scen i zwrotów akcji reżyser potraktował za bardzo po macoszemu. W dodatku ciężko byłoby ten film jednoznacznie sklasyfikować. Z jednej strony mamy fundamenty kryminału, z drugiej - młodzieżowy melodramat z przestępczą historią w tle, z trzeciej - klasyczną metaforę trudnych relacji mentora i ucznia, ojca i syna, której finał jest z góry wiadomy. Jest dobry, ale nie na tyle, by zapisał się na kartach historii kina na dłużej.


Największą jednak obawę miałem, gdy zobaczyłem listę nazwisk obsady. O ile o Ewana McGregora można było być spokojnym (a jego kreacja Lyncha z wyjątkowym akcentem jest naprawdę dobra), o tyle Brenton Thwaites wyglądał na "powtórkę z rozrywki", jaką zaserwował nam Singleton w "Porwaniu". O dziwo, gwiazda "Dawcy pamięci" i "Oculusa" bierze sobie nauki do serca - w "Son of a Gun" spisuje się bardzo przekonująco i całkiem dojrzale podchodzi do postawionych mu zadań. Widać, że mimo przypisanej łatki, Thwaites nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Na ekranie świetnie spisuje się również Alicia Vikander jako Tasha i Jacek Koman, dzięki któremu będziemy mogli się uśmiechnąć, słysząc najpopularniejsze polskie słowo wśród angielskiego dialektu.
Podsumowując, Avery próbował unieść ciężar klasyków gatunku w jednym filmie, lecz przeliczył własne siły. "Son of a Gun" to całkiem dobre kino, ale za bardzo oparte na utartych schematach i wielokrotnie powielanych zwrotach akcji. Idealny do obejrzenia, chwilowego zachwycenia i odłożenia na półkę.

niedziela, 16 lutego 2014

American Hustle (2013)


Tytuł: American Hustle
Gatunek: Dramat/Kryminał
Reżyseria: David O. Russell
Premiera: 31 stycznia 2014 (polska), 12 grudnia 2013 (świat)
Ocena: 5/6

Na tapecie trzeci z oscarowej Dziewiątki 2014 i zarazem jeden z największych faworytów gali. Nominowany aż w 10 kategoriach najnowszy film Davida Russella to mieszanka komedii z dramatem, doprawiona delikatnym kryminałem. Czy "American Hustle" rzeczywiście wart jest tylu "ochów i achów"?
Irving Rosenfeld i Sydney Prosser to drobni oszuści finansowi. Pewnego dnia wpadają w ręce agenta FBI Richiego DiMaso. Irving, chcąc ratować siebie i kochankę, zgadza się na warunki federalnych - w zamian za wolność, obiecuje im pomoc w złapaniu czterech osób na korupcji. Sprawa wymyka się spod kontroli, gdy w z pozoru prosty plan wmieszani zostają politycy, kongresmeni i mafia.



Reżyserowi przyznać trzeba jedno: "American Hustle" to mistrzowskie połączenie wyszukanego humoru i ironii z odpowiednio wyważonym dramatem. Russell rewelacyjnie kreśli swoje wielowymiarowe postaci, pozwala poznać każdą z osobna i wszystkie razem. Smaku dodają szczegóły, które, świetnie (i bez krępacji) wykorzystane przez reżysera, opisują bohaterów w lepszy sposób, niż jakiekolwiek słowa. A dodać trzeba, że słowa w tym filmie mają ogromną wagę. Inteligentne dialogi nie raz wynoszą na wyżynu wydawać by się mogło banalne sceny.
Podczas gdy widz po pewnym czasie może się zgubić, kto kogo i z kim oszukuje, tak reżyser zatracił gdzieś kryminalny wydźwięk swojego filmu. Cała intryga została zepchnięta na tak daleki plan, że zakończenie - bądź co bądź zaskakujące - nie wywołuje takich wrażeń, jakie wywołać by mogło. Twórcy, podobnie jak miało to miejsce w "Wilku z Wall Street", nie osądzają swoich oszustów, pozostawiając ich działania ocenie widzom.



Jeśli chodzi o obsadę, to Russell lepiej trafić nie mógł. Każda z postaci prezentuje się perfekcyjnie i na tyle wyjątkowo, że po seansie trudno o kimkolwiek zapomnieć. Z jednej strony Christian Bale po wielkiej przemianie jako Irving i Bradley Cooper w przerysowanej roli agenta Richiego, z drugiej - genialna Amy Adams wcielająca się w złożoną postać Syndey oraz Jennifer Lawrence, tak nieziemsko odgrywając rolę niezrównoważonej Rosalyn, że każda scena z nią przypomina emocjonalno-komediową eksplozję. Muszę przyznać, że tegoroczna walka o Oscara dla aktorów i aktorek będzie ciekawsza, niż statuetka dla Najlepszego Filmu.
Podsumowując, świetna obsada, ciekawa historia, dobry dramat ze sporą dawką humoru. I choć dla kryminału w tym wszystkim zabrakło już miejsca, to "American Hustle" naprawdę wart jest obejrzenia.




Wilk z Wall Street (2013)


Tytuł: Wilk z Wall Street (The Wolf of Wall Street)
Gatunek: Biograficzny/Komedia kryminalna
Reżyseria: Martin Scorsese
Premiera: 3 stycznia 2014 (polska), 17 grudnia 2013 (świat)
Ocena: 4/6

Przyszedł czas na drugiego z oscarowej Dziewiątki 2014 - nominowanego w pięciu kategoriach "Wilka z Wall Street". Martin Scorsese trafił na giełdę - czy jego akcje poszły w górę?
Jordan Belfort to przykład słynnej amerykańskiej maksymy: "od zera do milionera". Gdy krach na giełdzie powoduje, że świeżo upieczony makler zostaje zwolniony, postanawia założyć własną firmę. Balansując na krawędzi prawa, błyskawicznie staje się milionerem, co zwraca na niego wzrok agentów FBI.



Wielokrotnie nagradzany Scorsese nadal w formie. Jego (trzygodzinny!) film tempem przypomina prędkość zmieniających się akcji na giełdzie. Skacze po wątkach i scenach, rzadko zatrzymując się na dłużej. Niesamowitą karierę Jordana zaostrza przekleństwami, posypuje pikanterią i zakrapia alkoholem. Tu słowo "fuck" służy jako odstęp między wyrazami, zaś jedyną panującą zasadą jest ich absolutny brak. Scorsese przeszedł sam siebie? Nic z tych rzeczy.
Trafniej byłoby powiedzieć: "skopiował sam siebie". Gdy cofniemy się osiemnaście lat, zobaczymy szkieletowy pierwowzór "Wilka..." - "Kasyno". Tak samo długie, podobna zawrotna kariera głównego bohatera i jego równie głośny upadek, zaś inspiracji duetu Jordan-Donnie szukać można u Sama (Robert De Niro) i Nickiego (Joe Pesci). Nawet ogrom przekleństw się zgadza. "Wilk..." wyróżnia się większą nagością na ekranie, która przesłania brak "tego czegoś" - iskry, przez którą "Kasyno" można zaliczyć do filmów genialnych, zaś "Wilka..." do - co najwyżej - dobrych.



Nie można jednak odmówić "Wilkowi..." doborowej obsady. Scorsese wiedział, co czyni, umieszczając DiCaprio w głównej roli. To, co on zrobił z postacią Jordana, zakrawa o perfekcyjny majstersztyk i pretenduje do tytułu "roli życia". Niełatwo jest prawdziwie odtworzyć tak wielowymiarową postać, która w rękach DiCaprio wypada wprost genialnie (niektóre sceny z jego udziałem mogą przejść do historii). Jest motorem napędowym całego filmu, resztę - naprawdę dobrej - obsady spychając daleko na drugi plan. W tym przypadku nominacja za rolę męską pierwszoplanową jest jak najbardziej zasłużona.
Podsumowując, źle nie jest, ale Martina Scorsese stać na więcej. Mógł przebić sam siebie, a poszedł na łatwiznę, zapożyczając i przenosząc sprawdzony schemat "Kasyna" na Wall Street.