Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komedia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komedia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 lutego 2018

Co ty wiesz o swoim dziadku? (2016)


Tytuł: Co ty wiesz o swoim dziadku? (Dirty Grandpa)

Gatunek: Komedia
Reżyseria: Dan Mazer
Premiera: 22 stycznia 2016 (Polska), 20 stycznia 2016 (świat)
Ocena: 2-/6


Kiedy za kamerą staje człowiek, odpowiedzialny za scenariusz do "Ali G", "Borata" i "Brüna", można być pewnym, że nie wyjdzie z tego grzeczny, poprawny politycznie film. Mazer celuje do konkretnej grupy widzów - miłośników czarnego, spaczonego i mocno seksistowskiego humoru. Jednakże, tworzenie takiego obrazu to często niebezpieczne balansowanie pomiędzy tym, co śmieszy, a tym, co powoduje niesmak i zażenowanie. Czy Dan Mazer za kamerą ze scenariuszem debiutującego Johna Phillipsa dał radę odpowiednio swój film wyważyć?


W dniu pogrzebu swojej żony, Dick Kelly zwraca się do swojego wnuka, Jasona, z nieoczekiwaną prośbą. Chce, by ten towarzyszył mu w podróży, którą corocznie odbywał z małżonką. Początkowo Jason, pod wpływem apodyktycznej narzeczonej i wymagającego ojca, nie jest chętny do wyjazdu, mimo to zgadza się. Już pierwszego dnia okazuje się, że podróż ma drugie dno, a sentymentalny wyjazd był tylko wymówką dla prawdziwego powodu podróży. Dick chce za wszelką cenę uwolnić swojego wnuka spod buta rodziny. W tym celu nie przebiera w środkach, chcąc zdeprawować młodzieńca imprezami, alkoholem, nakrotykami i gotowymi na wszystko studentkami. Choć Jason skutecznie opiera się urokom hulaszczego życia, jego świat wywraca się do góry nogami, gdy spotyka dawną znajomą z liceum, Shadię.


Pięć nominacji do Złotych Malin, w tym za Najgorszy film i Najgorszy scenariusz, w przypadku tego filmu to nie przypadek. Jeżeli ktoś po "Dirty Grandpa" spodziewał się humoru na poziomie "Strasznego filmu", "American Pie" czy pełmonetrażowych wariancji Jamesa Franco i Setha Rogena, to może być pewny, że dostanie to wszystko po stokroć. Szkoda tylko, że w negatywnym sensie. Ilość żenujących i seksistowkich żartów na metr kwadratowy taśmy filmowej przekracza tu wszelkie granice dobrego smaku. John Phillips miał tak wąski wachlarz pomysłów, że to, co udało mu się wykrzesać (i co w jego mniemaniu chyba było zabawne) postanowił w swoim scenariuszu wykorzystać kilkanaście razy, a Dan Mazer - o zgrozo! - wszystkim tym uraczył widza na ekranie. Żarty ze zniewieściałego wyglądu Zaca Efrona, z seksu (w różnych konfiguracjach) i niewyżytych studentek osiągają kulminację już w dwudziestej minucie filmu (a to dopiero 1/6 całości!). Potem wszystko staje się tylko coraz bardziej wtórne i coraz bardziej żenujące, a z każdą kolejną minutą człowiek zaczyna się zastanawiać, jakim cudem ktokolwiek dał pieniądze i możliwości na wyprodukowanie tego czegoś.


Pod tą grubą warstwą żenady starano się przekazać przejmującą historię, w której dziadek próbuje zrobić ze swojego wnuka niezależnego mężczyznę, potrafiącego decydować o sobie, żyjącego swoim życiem i spełniającego swoje marzenia. Pomysł równie sztampowy, co nieudany. Historia jest tak prosta, że po kilku scenach można sobie opowiedzieć cały film. Kolejne wątki potęgują tylko wrażenie, że John Phillips naoglądał się kilkunastu klasycznych komedii, które - nieudolnie - postanowił połączyć w jedno i ubrał w sprośne żarty. W efekcie nic tu do siebie nie pasuje: przemiana Jasona przebiega sztucznie, rodzinne i osobiste dramaty Dicka gryzą się z jego "młodzieńczą" beztroską, a wątek miłosny jest tak beznamiętny, że więcej emocji wywoływały perypetie Belli i Edwarda w "Zmierzchu". Jednym z nielicznych plusów (jeśli nie jedynym) jest iście nieograniczona inwencja twórców do tworzenia neologizmów i słów pochodnych od nazw męskich i żeńskich genitaliów. Niestety, bardziej to uraduje świeżo upieczonego absolwenta filologii angielskiej, aniżeli konesera pieprznych żartów dla dorosłych.


"Dirty Grandpa" to film, który Zac Efron na pewno będzie chciał wymazać z pamięci. Aktor tak bardzo dał się - mówiąc kolokwialnie - zeszmacić na ekranie, że nawet antyfanom byłej gwiazdy Disneya zrobi się go żal. Za to Robert De Niro udowadnia, że osiągnął wiek, w którym wszystko mu jedno. Widać, że aktor bawi się rolą zbereźnego staruszka, przerysowując swoją postać do granic możliwości (i wulgarności) i nie patrząc na to, co ludzie powiedzą (tym bardziej, że nie będzie to nic przychylnego). Z tłumu nijakich postaci drugoplanowych pod względem szczątków charyzmy wyróżnić można trzy: Aubrey Plazę jako nimfomankę Lenore, nie kryjącą się ze swoimi słabościami do starszych panów, oraz duet Mo Collins i Henry'ego Zebrowskiego jako funkcjonariuszy Fitch i Reitera, ukazujących w krzywym zwierciadle sterepotyp amerykańskiego policjanta. Szkoda tylko, że twórcy kilkusekundowe gagi z udziałem tych postaci postanowili rozciągnąć do kilkuminutowych scenek, zamieniając nieliczny powód do śmiechu w sadystyczną torturę.


Podsumowując, jeżeli ktoś po seansie "Sousage Party" czuł się zniesmaczony, to do "Dirty Grandpa" nie powinien w ogóle podchodzić. Poziom humoru i wtórność żartów zniechęci niejednego miłośnika sprośnych kawałów, a ogrom żenujących scen spowoduje, że do napisów końcowych dotrą tylko najwytrwalsi. Dan Mazer może i jeszcze kiedyś zabłyśnie za kamerą, ale John Phillips powinien dostać sądowy zakaz pisania scenariuszy. Dożywotnio.

sobota, 14 października 2017

Kingsman: Złoty krąg (2017)


Tytuł: Kingsman: Złoty krąg (Kingsman: The Golden Circle)

Gatunek: Akcja/Komedia kryminalna
Reżyseria: Matthew Vaughn
Premiera: 22 września 2017 (Polska), 20 września 2017 (świat)
Ocena: 6/6


"Kingsman: Tajne służby" zrewolucjonizował kino szpiegowskie i wniósł powiew świeżości do mocno wyeksploatowanego gatunku. Ociekający groteską, czarnym humorem i posoką obraz Vaughna zdobył miłośników na całym świecie. Po trzech latach doczekaliśmy się kolejnej cześci przygód Eggsy'ego i Merlina. Czy pierwszy w karierze Vaughna sequel powtórzył sukces jedynki, czy też okazał się przeciągniętą struną?


Eggsy jest agentem tajnej organizacji szpiegowskiej Kingsman o pseudonimie Galahad. Pewnego wieczoru niespodziewanie zostaje zaatakowany przez dawnego rywala, Charliego, który cudem przeżył atak w siedzibie Valentine'a. Choć Eggsy'emu udaje się uciec, Charlie zdobywa to, po co został wysłany - informacje na temat Kingsmanów. Jego szefowa, królowa narkotykowego imperium, Poppy, przeprowadza skuteczny atak na siedzibę brytyjskich agentów. Eggsy i Merlin muszą znaleźć sprzymierzeńców z nowym, niebezpiecznym wrogiem. Udają się do Kentucky, by poznać swoich amerykańskich odpowiedników - agentów Statesman.


Matthew Vaughn pierwszą częścią "Kingsmanów" postawił tak wysoko poprzeczkę, że jej przeskoczenie było praktycznie niemożliwe. I, jak się można było spodziewać, sztuka ta nie udała się nawet brytyjskiemu reżyserowi. Druga część nie wywołuje takiego efektu WOW, jak jedynka trzy lata temu. Co nie znaczy, że "Złoty krąg" nie zachwyca. Wręcz przeciwnie. To nadal kino szpiegowskie na najwyższym poziomie, które zostawia konkurencję daleko w tyle. Vaughn ponownie serwuje ogromną dawkę akcji, nietuzinkowego humoru i cieszących oko efektów specjalnych.


Fabuła poprowadzona jest z rozmachem, bohaterowie pozytywnie przerysowani, a główny antagonista - śmiertelnie sympatyczny. To, co znamy z jedynki, zostało przeniesione do "Złotego kręgu" (przy czym, warto zaznaczyć, nie jest to pusta kopia), co maksymalizuje rozrywkę podczas seansu. Vaughn oferuje widzom nowych agentów, nowe żarty (w szczególności na polu stereotypowych różnic pomiędzy Brytyjczykami i Amerykanami), nowe wymyślne bronie i nowych, jeszcze groźniejszych wrogów. Fabularnie Vaughn poszedł bardziej w kierunku refleksji (głównie za sprawą motywów Poppy) aniżeli sztandarowej walki dobrych i złych, co wyszło zaskakująco dobrze. Niektóre wątki mogą się wydać zbyt naciągane, a nowy soundtrack może wywołać tęsknotę za perfekcyjnie dopasowaną muzyką z jedynki, jednakże nie zaważa to na ocenie całokształtu. A ten, co nie zdarza się często przy sequelach, jest naprawdę dobry. Kawał naprawdę dobrej roboty, panie Vaughn! Znowu!


"Złoty krąg" to istna śmietanka towarzyska utalentowanych aktorów. Niezastąpiony Taron Egerton jako Eggsy, niesamowity Mark Strong jako Merlin i powracający z zaświatów Colin Firth jako Harry. Tej wielkiej trójce towarzyszą tacy weterani kina, jak Jeff Bridges (jego Champ to istne ucieleśnienie nieokrzesanego Amerykanina oczami brytyjskiego dżentelmena), czy Julianne Moore (jako arcywróg Poppy, łącząca cukierkową kelnerkę z amerykańskich reklam lat 80. i sadystyczną wersję narkotykowego barona Pablo Escobara). Na dokładkę: Pedro Pascal (Oberyn!), Halle Berry (Storm!), Channing Tatum (Jenko!) oraz... Elton John (w niesamowicie barwnej i zabawnej kreacji!).


Podsumowując, druga część "Kingsmanów" nie przekroczyła mojej skali ocen (jak jedynka), jednakże wciąż to rozrywka na najwyższym poziomie. Był to jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku i okazał się jednym z najlepszych filmów 2017. Panie Vaughn, gratulacje i oby tak dalej! Wszystkim serdecznie polecam seans na dużym ekranie (a w szczególności w IMAXie!).

piątek, 11 sierpnia 2017

Volta (2017)


Tytuł: Volta

Gatunek: Komedia kryminalna
Reżyseria: Juliusz Machulski
Premiera: 7 lipca 2017 (Polska), 20 czerwca 2017 (świat)
Ocena: 2+/6

"Vabank", "Kingsajz", "Seksmisja", "Kiler", "Pieniądze to nie wszystko" - to jedne z tych filmów, które bawiły, bawią i bawić będą. Klasyki polskiego kina, znane zarówno starszym, jak i młodszym widzom, które na stałe zapadły w ich pamięci. Wszystkie wyreżyserowane przez jednego z najwybitniejszych twórców polskiego kina - Juliusza Machulskiego. Ostatnio jednak można było zauważyć u niego pewien spadek formy. Po średnim "Ile waży koń trojański?" i nietrafionej "Ambassadzie", jego tegoroczna propozycja - "Volta" - miała stanowić swego rodzaju powrót do korzeni. Czy udany?


Bruno Volta jest mistrzem w odkrywaniu ludzi - ich cech, słabości i pragnień. Zaangażowany w kampanię nieokrzesanego Kazimierza Dolnego stara się go wynieść na fotel prezydencki. Pewnego dnia w dość niecodziennych okolicznościach poznaje Wiki, z którą szybko zaprzyjaźnia się jego partnerka, Aga. Okazuje się, że Wiki zajmuje się remontem i odnową mieszkania po swojej babci. Podczas pracy odnajduje ukrytą w ścianie koronę, która okazuje się być zaginioną setki lat temu koroną Kazimierza Wielkiego. Gdy te informacje docierają do Volty, postanawia zrobić wszystko, by przejąć bezcenne znalezisko i wykorzystać je w kampanii Dolnego.


Po zwiastunach można było odnieść wrażenie, że Machulski rzeczywiście wrócił do korzeni, a "Volta" to trafiona komedia omyłek z kryminalną nutą w tle. Niestety, rzeczwistość okazała się zgoła inna. Jako komedia nowy film Machulskiego wypada naprawdę słabo. Humoru można uraczyć tu tyle, co kot napłakał (i to w dodatku w wątku pobocznym, a nie przewodnim). Fabuła przypomina niezbyt przemyślany zlepek pomysłów, na siłę posklejany ze sobą i tworzący pozorną jedną całość. Przerysowane wstawki historyczne kontrastują z teraźniejszymi wątkami. Kryminalna nuta nie za wiele tu daje, bo Machulski co rusz traci tempo opowiadanej historii, przez co wiele fragmentów filmu wypada nazbyt rozwlekle i nużąco. Sami bohaterowie zaprezentowani są zbyt płytko i bez charakteru, jakby w ogóle nie byli zaangażowani w przedstawianą historię. Przez to wszystko finał, który miał przynieść fabularny twist i zaskoczenie, przynosi wytchnienie i ulgę, że udało się dotrwać do końca i zaraz pojawią się napisy końcowe.


"Volta" jednak miała też inne, ważne zadanie. Poprzez wątek karykaturalnej kampanii prezydenckiej Kazimierza Dolnego Machulski wygłasza krytykę tej części społeczeństwa, która patriotyczna jest wyłącznie na pokaz, a w rzeczywistości wykorzystuje pamięć o bohaterach i historię Polski do swoich własnych, stanowczo niechwalebnych celów. W czasach, gdy obnoszenie się polskością jest w modzie, a patriotyczne symbole wiszą na t-shirtach w sieciówkach, "Volta" jest solą w oku tych, którzy na nacjonalistycznej modzie chcą się wybić i/lub zarobić. Postać Dolnego i Volty perfekcyjnie naśladuje i wyśmiewa patriotów na pokaz, którzy są stali w swych przekonaniach niczym chorągiewki na wietrze. I ta krytyka, choć zaserwowana niewprost i obudowana słabą komedią, Machulskiemu się udała. Niestety, może być ona zbyt zawoalowana, przez co nie odbiorą jej ci, do których w rzeczywistości powinna trafić.


Jeśli chodzi o obsadę, to znanych polskich nazwisk w "Volcie" nie brakuje. I, choć fabularnie wydawać by się mogło, że film Machulskiego traktuje o silnych kobietach, to w rzeczywistości żeńska część obsady wypada blado przy kolegach z planu. Niezaprzeczalnie pierwsze skrzypce gra tutaj Jacek Braciak, bez którego przebrnięcie przez "Voltę" byłoby istną drogą przez mękę. Tuż za nim plasują się Michał Żurawski i Andrzej Zieliński. Duet Dycha-Zieliński, choć mocno wzorowany na "Kilerze" (Siara-Lipski), wypada całkiem nieźle. Wiele do życzenia pozostawia po sobie Olga Bołądź i Aleksandra Domańska. Ta pierwsza jako Wiki wypada mocno nieprzekonująco, ta druga jako Aga przypomina bohaterkę wyciągniętą z paradokumentów Polsatu. Kobiety, które mogłyby ten film udźwignąć - Joanna Szczepkowska i Katarzyna Herman - są niestety strącone na dalszy plan i niewiele mogą pomóc młodszym koleżankom.


Podsumowując, plus za odważną krytykę i plus za Jacka Braciaka. Niestety, całokształt wypada bardzo słabo. "Volta" spokojnie mogłaby posłużyć jako lek na bezsenność, a ilość zabawnych tekstów, które choć na chwilę zapadają w pamięci, można zliczyć na palcach jednej ręki. Może i Machulski chciał wrócić do korzeni, ale tego powrotu nie można zaliczyć do udanych. Zamiast tego utwierdził widzów w przekonaniu, że lata swojej świetności ma już dawno za sobą.

sobota, 19 listopada 2016

Sausage Party (2016)


Tytuł: Sausage Party

Gatunek: Komedia/Animacja
Reżyseria: Conrad Vernon, Greg Tiernan
Premiera: 12 sierpnia 2016 (Polska), 14 marca 2016 (świat)
Ocena: 5-/6

Seth Rogen niejednokrotnie udowodnił, że nie ma dla niego tematów tabu. W filmach z jego udziałem wyśmiewano już praktycznie wszystko i wszystkich, z przywódcą Korei Północnej włącznie (głośny "Wywiad ze Słońcem Narodu"). Choć "Boski chillout" i "To już jest koniec" na stałe wpisały się na karty kinowych komedii o specyficznym poczuciu humoru, to ostatnio Seth Rogen, jak i jego odwieczny filmowy partner James Franco, zaczęli się wypalać z pomysłów. Czy "Sausage Party", specyficzna animacja dla dorosłych, to dalszy spadek po równi pochyłej, czy może nadzieja na powrót na szczyt?


Produkty spożywcze w supermarkecie wiodą spokojne i szczęśliwe życie. Klientów sklepu uważają za bogów i mają nadzieję, że któregoś dnia zostaną wybrane, by przekroczyć próg automatycznych drzwi do lepszego świata. Tego dnia doczekali w końcu parówka Frank i jego ukochana Brenda. Gdy razem trafiają do jednego wózka i kierują się do kas, jeden z produktów, Miodowa Musztarda, zaczyna panikować. Krzycząc, że nigdy "tam" nie wróci, wyskakuje z wózka. Frank i Brenda wychodzą ze swoich opakowań, by pomóc nieszczęśnikowi, lecz próba kończy się niepowodzeniem, a cały wózek wywraca się. Frank i Brenda muszą uciekać, by ratować swoje życie. Próbując wrócić na swój dział, Frank trafia do namiotu Wiecznych, gdzie odkrywa przerażającą prawdę o ludziach. Musi ostrzec inne produkty, nim będzie za późno.


Film zaczyna się, jak sztandarowa animacja Pixara - uśmiechnięci bohaterowie w idealnym świecie śpiewają radosną piosenkę na otwarcie supermarketu. Szybko jednak twórcy udowadniają, że "Sausage Party" jest animacją stanowczo nie dla dzieci. Dla bardziej wrażliwych to zderzenie z rzeczywistością może być jak oberwanie obuchem w głowę. Bo, trzeba przyznać, twórców mocno poniosło. Co najważniejsze, w zdecydowanej większości: na plus. Nie ma tutaj zabawy w półśrodki. Twórcy wyśmiewają wszystko i wszystkich, zaczynając od religii i wiary, poprzez absurdy podziałów społecznych, na pieprznych żartach kończąc. Każdy z prezentowanych produktów uosabia konkretną nację, uwypuklając i żartując z krążących na jej temat stereotypów. W "Sausage Party" nie ma równych i równiejszych - twórcy parodiują i żartują ze wszystkich. Oczywiście, jak to na Rogena i jego ekipę przystało, nie brakuje dowcipów o seksie, genitaliach i różnego rodzaju płynach. Przez większość filmu jest to jednak dość wyważona (jak na twórców) ilość, dzięki czemu przeciwnicy pieprznych żartów też znajdą coś dla siebie. Gorzej sprawa ma się w wielkich finale, gdzie kogoś poniosła ułańska fantazja i co wrażliwsze osoby mogą zejść w sensie medycznym.


Abstrahując od, moim skromnym zdaniem, trochę przesadzonego i nic niewnoszącego finału, całość wypada naprawdę dobrze. Pod sporą dawką humoru, znajduje się całkiem sensowna i logiczna fabuła. Twórcy starają się podkreślić absurdy, którymi kierują się ludzie i które biorą niemalże za "coś pewnego". Z jednej strony to krytyka, z drugiej - próba otworzenia oczu. Nie prezentują jednak rozwiązania ani złotego środka. Uwolnione spod jarzma wiary w klientów-bogów produkty spożywcze i tak dążą do autodestrukcji i zburzenia wszelkich fundamentów moralnych (co, według bohaterów filmu, jest swego rodzaju "happy endem"). Opakowanie tego w cieszącą oko animację, godną Pixara lub Dreamworks, dodatkowo podkreśla tylko groteskowość całokształtu. 


W animacjach pod względem aktorskim najbardziej lubię to, czy dana osoba na tyle dobrze wczuje się w swoją postać, że widz nie będzie mógł jej rozpoznać po głosie. I tak też się dzieje w "Sausage Party". Słysząc Franka, słyszałem Franka, a nie Setha Rogena udającego gadającą parówkę. Równie dobrze spisali się Kristen Wiig, Jonah Hill, Michael Cera, Salma Hayek, Edward Norton (tak, tak, on też tu bierze udział!) i wielu, wielu innych, którzy uraczyli nas swoimi dubbingowymi umiejętnościami. Naprawdę odwalili kawał dobrej roboty!


Podsumowując, jeżeli komuś podobał się "Boski chillout", a humor "To już jest koniec" wspomina do dziś, to "Sausage Party" będzie dobrym wyborem. Sam obraz powinien trafić na jakąś listę rekordów, bo tylu wariacji ze słowem "fuck" nie słyszałem chyba od czasu "Kasyna" Martina Scorsese. Co bardziej wrażliwym radzę film Vernona i Tiernana omijać szerokim łukiem, bo mogą oni nie dotrwać do napisów końcowych.

poniedziałek, 10 października 2016

Bridget Jones 3 (2016)


Tytuł: Bridget Jones 3 (Bridget Jones's Baby)

Gatunek: Komedia romantyczna
Reżyseria: Sharon Maguire
Premiera: 16 września 2016 (Polska), 14 września 2016 (świat)
Ocena: 5+/6

W 2001 roku debiutująca za kamerą Sharon Maguire bezbłędnie przeniosła na duży ekran bestseller pióra Helen Fielding. Bridget Jones urzekła widzów na całym świecie, przekonując do komedii romantycznych nawet największych przeciwników gatunku. Trzy lata później wyszła kontynuacja, która utrzymała wysoki, ociekający humorem poziom (co, jak wiadomo, rzadko kiedy się udaje). Na trzecią odsłonę losów Bridget Jones przyszło widzom czekać 12 lat. "Trójka" potrafi rzeczywiście rozbawić do łez, czy wyłącznie żeruje na znanym tytule?


Po wielu perypetiach, Bridget Jones ponownie jest samotna. Za namową koleżanki z pracy postanawia się trochę "rozerwać". Razem wyruszają na festiwal muzyczny, gdzie Jones poznaje przystojnego Jacka Qwanta, z którym wdaje się w romans. Niedługo później spotyka Marka Darcy'ego, na widok którego odzywają się dawne uczucia. Pewnego dnia Jones odkrywa, że jest w ciąży. Niestety, nie jest pewna, kto jest ojcem.


Nie będzie przesadą, jak napiszę, że Bridget Jones powróciła w wielkim stylu. Choć tradycyjny pamiętnik zastąpiła współczesna technika, sama bohaterka - poza zmianami czysto fizycznymi - pozostała taka sama. Niezwykle trafione żarty, genialne uwagi, doprecyzowane dialogi i sytuacyjne żarty - to i wiele, wiele więcej gwarantuje doskonałą rozrywkę przez blisko dwie godziny. Z Maguire za sterami i Helen Fielding, trzymającą pieczę nad scenariuszem, trzecia odsłona przygód Bridget Jones potrafi szczerze rozbawić do łez.


W filmie nie ma tematów tabu, których twórcy nie ośmieliliby się wyśmiać. Na równi obrywa się członkiniom kółek kościelnych, walczącym o prawa kobiet feministkom, gejom, mężatkom, singielkom, przesadnie ambitnym szefom, a także - i przed wszystkim - stereotypowej męskiej dumie. Nie jest to jednak humor, o który można by się obrazić - wszystko w granicach rozsądku, inteligentnych spostrzeżeń i dobrego smaku. Trzecia odsłona "Bridget Jones" nie tylko zmiotła komediową konkurencję, ale i utrzymała poziom poprzednich części (choć zaryzykowałbym stwierdzenie, że nawet go przebiła).


Pod względem obsady filmowi nie można niczego zarzucić. Renée Zellweger, choć naciągnięta operacjami plastycznymi do granic możliwości, w roli Bridget czuje się jak ryba w wodzie. Colin Firth to jeden z najbardziej plastycznych i utalentowanych aktorów współczesnego kina, więc powrót do Marka Darcy'ego nie sprawił mu żadnych problemów. Patrick Dempsey godnie zastępuje Hugh Granta - jego Jack Qwant stanowi perfekcyjną przeciwwagę dla Firtha. Na uznanie zasługuje również Emma Thompson, która w roli dr Rawlings jest iście bezbłędna!


Podsumowując, obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników dobrych komedii i doskonałe zwieńczenie przygód znanej i lubianej Bridget Jones. Jest to jeden z tych nielicznych filmów, do których warto będzie wracać, by naładować się pozytywną energią i optymizmem oraz poprawić sobie humor. Gorąco polecam!

poniedziałek, 30 maja 2016

Sąsiedzi 2 (2016)


Tytuł: Sąsiedzi 2 (Neighbors 2: Sorority Rising)

Gatunek: Komedia
Reżyseria: Nicholas Stoller
Premiera: 13 maja 2016 (Polska), 19 kwietnia 2016 (świat)
Ocena: 3-/6

Nie od dziś wiadomo, że jeśli jakiś film (a już na pewno komedia) okaże się sukcesem i zostanie dobrze przyjęta przez publikę, to twórcy z całą pewnością zabiorą się za sequel. Przykład "22 Jump Street" pokazał, że udaje się stworzyć naprawdę dobrą kontynuację. Niestety, w przeważającej większości "dwójka" okazuje się być klapą. Czy w tym przypadku Nicholas Stoller stanął na wysokości zadania?


Po zwycięstwie z bractwem Delta Psi Beta, Randerowie wiodą spokojne życie. Planują sprzedać dom i przeprowadzić się do nowej okolicy. By tak się stało, muszą dobić targu z kupcami. Wszystko układa się dobrze do czasu, aż do domu obok wprowadza się nowe studenckie stowarzyszenie - tym razem żeńskie, Kappa Nu. Okazuje się, że pomaga im były wróg Radnerów, przewodniczący bractwa Delta Psi Beta, Teddy. Mac i Kelly są gotowi zrobić wszystko, by pozbyć się niechcianych sąsiadów.


W pierwszej części "Sąsiadów" Stoller udowodnił, że można pokazać coś, co w kinie komediowym już widzieliśmy, w ciekawy i świeży sposób. Sequel okazał się jednak przeciągnięciem struny. Już pierwsza scena to odważne i ryzykowne posunięcie, bo takim rodzajem humoru można zdziałać skrajnie różne efekty. I choć opening Stollerowi jakoś wyszedł, to nie poszedł - niestety - za ciosem. Dużo miejsca na taśmie filmowej poświęcono rozlokowaniu nowych i starych bohaterów. Rozumiem, że rys psychologiczny postaci może być ważny także w komediach, ale rozwałkowanie go do granic możliwości i prowadzenie w - mówiąc kolokwialnie - ślamazarny sposób nie należy do najlepszych rozwiązań.


Na parę porcji humoru Stoller każe nam czekać niemalże połowę filmu, z czego najlepsze gagi zostawia na jego końcową część (scena w garażu, choć podchodzi pod humor sztampowej skórki od banana, potrafi rozbawić do łez). Trzeba jednak zaznaczyć, że żarty są znacznie bardziej uboższe niż te, którymi widzowie zostali uraczeni w "jedynce". Próba wyśmiania ponownie popkulturowych aspektów i utartych stereotypów nie do końca się udaje. W efekcie wymuszony dramat zajmuje w tej komedii za dużo miejsca, a rozdmuchany konflikt, który w "jedynce" był motorem całej fabuły, przypomina odgrzewanie kotleta. W starciu młodych ze starymi brakuje świeżości. Poruszane tematy o nierówności płci, mniejszościach, trudach rodzicielstwa, przyjaźni, lojalności i szacunku są wtórne, a ich mnogość powoduje, że są zbyt płytko zarysowane.


To, że Seth Rogen i Rose Byrne sobie poradzą z wymysłami Stollera, było pewne już po pierwszej części. Chloë Grace Moretz miała grać pierwsze skrzypce i zastąpić Zaca Efrona, a tymczasem została przysłonięta przez postaci drugoplanowe (jak choćby Beanie Feldstein). Co do samego Efrona, to rola jednocześnie komediowa i dramatyczna wciąż stanowi zadanie ponad jego warsztat. Widać, że stara się rozwijać, ale jeśli przy okazji da się zaszufladkować, że jego rola sprowadza się do ściągania koszulki, to może go czekać bolesne spotkanie ze ślepym zaułkiem.


Podsumowując, "Sąsiedzi 2" to bezsprzeczne przeciągnięcie struny. Film przypomina pewnego rodzaju kopiuj-wklej poprzednika z mniejszą dawką humoru i gorszą fabułą. Mam cichą nadzieję, że żerująca na sławie poprzednika tegoroczna propozycja Stollera nie okaże się na tyle kasowym hitem, że twórcy postanowią za kolejne dwa lata zaserwować nam trzecią odsłonę. Niestety, w tym przypadku co za dużo to stanowczo niezdrowo.

poniedziałek, 16 maja 2016

Szefowa (2016)


Tytuł: Szefowa (The Boss)

Gatunek: Komedia
Reżyseria: Ben Falcone
Premiera: 22 kwietnia 2016 (Polska), 6 kwietnia 2016 (świat)
Ocena: 3-/6

Po średniej i humorystycznie wtórnej "Agentce", Melissa McCarthy powraca w głównej roli jako tytułowa "Szefowa" u Bena Falcone'a (tak, to ten pan od "Tammy"). Wydawać by się mogło, że temat związany z niekoniecznie lubianymi przez pracowników przełożonymi został już doszczętnie przez komedie wyczerpany. Czy w tym przypadku udało się Falcone'owi pokazać coś nowego?


Michelle Darnell to kobieta sukcesu, która do serca wzięła sobie motto "Po trupach do celu". Pewnego dnia napotyka jednak godnego siebie przeciwnika. Jej były kochanek, Renault, kosztem którego przed laty Michelle dostała awans, postanawia się zemścić. W efekcie milionerka traci wszystko i trafia do więzienia. Po odzyskaniu wolności nie ma gdzie się udać - wszyscy dawni przyjaciele i współpracownicy się od niej odwracają. Ostatnią nadzieją Michelle jest jej była asystentka, Claire. Kobieta zgadza się przyjąć pod dach byłą szefową, dopóki ta nie stanie na nogi. Choć powrót do gry okazuje się dla Michelle trudniejszy, niż z początku myślała, w końcu wpada na pomysł na nowy biznes. Gdy zaczyna wraz z Claire odnosić sukcesy, zwraca na siebie uwagę Renaulta.


Postać Michelle Darnell ma w sobie coś z Mirandy Priestly ("Diabeł ubiera się u Prady") - jest to osoba, której nienawidzimy za to, jaka jest, a jednocześnie ją za to kochamy. Oczywiście, Michelle daleko jest do Mirandy, a porównanie "Szefowej" do filmu Frankela to obraza dla tego drugiego, niemniej sam fabularny zarys wydaje się być bardzo zbliżony. Falcone'owi zabrakło jednak dobrych pomysłów na rozwinięcie swojego scenariusza. Z jednej strony mamy ciekawą opowieść o ambitnej kobiecie, która, skrzywdzona w przeszłości, zamknęła swoje serce przed wszystkimi i całkowicie oddała się pracy i karierze. Z drugiej, to schematyczna i przewidywalna historyjka z miałkim morałem, których na dużym i małym ekranie były setki. U Falcone'a nadal widać niezbyt bogaty warsztat reżyserskich umiejętności, zaś scenariusz przypomina zlepek losowo wybranych pomysłów, przez co niektóre momenty zamiast śmieszyć wywołują u widza zażenowanie.


Skoro już o śmiechu mowa, to i na tym polu Falcone popisał się niesamowitą dysproporcją. Raz widz otrzymuje taki zastrzyk humoru, że sala kinowa wybucha gromkim śmiechem (osobiście uważam, że scena ulicznej walki grupy Michelle z grupą Helen spokojnie może przejść do historii komediowych produkcji XXI wieku), innym razem zaś nie wiadomo do końca, czy to już ten moment, w którym należy się śmiać. Finałowa walka Michelle z Renaultem to jakieś nieporozumienie i wyłącznie ostatnia scena (okraszona humorem spod szyldu "skórki od banana") ratuje obraz na tyle, że z kina wychodzi się w miarę pozytywnym nastroju.


Ogromnym plusem całek produkcji jest obsada. Przede wszystkim Melissa McCarthy i Peter Dinklage, bez których całość byłaby strasznie ciężkostrawna. Genialnie sprawdza się również młodziutka Ella Anderson, która niejednokrotnie wypada lepiej od swojej filmowej matki, Kristen Bell. Cieszy też udział - choć szkoda, że tylko epizodyczny - niezastąpionej Kathy Bates w roli dawnej mentorki tytułowej szefowej.


Podsumowując, tegoroczna propozycja Falcone'a nadaje się raczej do zabicia nudy podczas leniwej niedzieli, aniżeli na wyprawę do kina. Melissa po raz kolejny została postawiona w sytuacji, gdzie musiała ratować całokształt - niestety, z pustego to i Salomon nie naleje. Życzę więc, by kolejna produkcja z jej udziałem stała na wyższym poziomie.

niedziela, 25 października 2015

Agentka (2015)


Tytuł: Agentka (Spy)

Gatunek: Komedia/Akcja
Reżyseria: Paul Feig
Premiera: 5 czerwca 2015 (Polska), 15 marca 2015 (świat)
Ocena: 4-/6

Paul Feig od pewnego czasu sukcesywnie zmienia oblicze amerykańskich komedii i dość skutecznie udaje mu się tworzyć żeńskie wersje głośnych tytułów (jak choćby "Druhny" - kobiecy odpowiednik "Kac Vegas"). Melissa McCarthy to uznana aktorka komediowa, która niejedną swoją filmową kreacją potrafiła rozbawić widzów do łez. Ten duet ponownie spotkał się na planie "Agentki", co zwiastować mogło naprawdę dobrą parodię filmów szpiegowskich. Czy aby na pewno?


Susan Cooper jest analitykiem w CIA, gdzie pomaga swojemu koledze, agentowi Bradley'owi Fine'owi, w pracy w terenie. Gdy ten zostaje zdekonspirowany, a informacje o tożsamości agentów trafiają w ręce handlarzy bronią, Susan będzie zmuszona ruszyć do akcji. Jej zadaniem będzie powstrzymanie niebezpiecznej grupy przed sprzedażą broni terrorystom, a także pomszczenie Fine'a. Na drodze staną jej nie tylko bandyci, ale również przesadnie ambitny agent Rick Ford, który nie wierzy w możliwości Susan.


W ostatnim czasie twórcy coraz częściej sięgają po znane i lubiane filmy szpiegowskie (z Bondem na czele) i tworzą z nich lepsze lub gorsze parodie. Na tym polu bezsprzecznym liderem okazał się Vaughn, którego "Kingsman: Tajne służby" zostawił konkurencję daleko w tyle. Feig, mimo swojego doświadczenia i umiejętności, miał ciężkie zadanie. I choć ani do "Kingsmana", ani do zeszłorocznego "22 Jump Street" nie udało mu się zbliżyć, to jego "Agentka" w morzu komedii sensacyjnych nie wypada wcale tak źle. Pełna zwrotów akcji fabuła potrafi widza wciągnąć, a niejednowymiarowi bohaterowie wzbudzają jego sympatię.


Niestety, najbardziej "Agentka" poległa na części humorystycznej, czyli - bądź, co bądź - w tym przypadku najważniejszej. Najlepsze momenty całego obrazu wykorzystano w zwiastunie, przez co w samym filmie nie śmieszyły już tak bardzo. Amerykanom zabrakło też typowego brytyjskiego humoru, który niczym dobrze skrojony garnitur pasuje do agenta-parodii. Feig chciał chyba zrobić ukłon w stronę serii filmów z Leslie Nielsenem, ale próba skopiowania ikony komedii sensacyjnej nie wyszła najlepiej. W efekcie, "Agentka" oferuje kilka naprawdę dobrych momentów, w których można szczerze wybuchnąć śmiechem, lecz większość gagów jest, niestety, z wtórnego worka tych nudnych i tych mało zabawnych.


Wielka szkoda, że Feigowi tym razem zabrakło komediowej weny, bo z Melissą McCarthy mógłby naprawdę zdziałać cuda. Sama aktorka robi naprawdę co może i w wielu momentach ratuje cały film. W rozbawianiu widza partneruje jej - o dziwo! - Jason Statham, gwiazdor kina akcji, który w "Agentce" śmieje się sam z siebie, uwypuklając tym samym absurdy filmów sensacyjnych. Niedaleko za nimi podąża Rose Byrne jako przerysowany czarny charakter w krzywym zwierciadle. Kiepsko odnajduje się w tym wszystkim Jude Law, który chyba naprawdę uwierzył, że ma być kolejnym Jamesem Bondem, a nie jego parodiować.


Podsumowując, Amerykanie i Brytyjczycy od jakiegoś czas zalewają nas komediami sensacyjnymi. Przy tak dużej konkurencji trzeba pokazać coś naprawdę dobrego i śmiesznego, by pozostać na powierzchni. "Agentka" może liczyć co najwyżej na przysłowiowe pięć minut sławy, nim zanurzy się w odmętach podobnych obrazów. Do obejrzenia, gdzieniegdzie zabawna, lecz bez większych rewelacji (co w przypadku duetu Feig-McCarthy naprawdę szokuje).

środa, 9 września 2015

Magic Mike XXL (2015)


Tytuł: Magic Mike XXL

Gatunek: Komedia
Reżyseria: Gregory Jacobs
Premiera: 17 lipca 2015 (Polska), 1 lipca 2015 (świat)
Ocena: 2/6

Na długo przed tym, jak na duży ekran trafiła pierwsza (i niestety nie ostatnia) część "50 twarzy Greya", sale kinowe pękały w szwach od tłumów kobiet, chcących zobaczyć "Magic Mike'a". Wypuszczony w 2012 roku obraz Soderbergha został ciepło (żeby nie powiedzieć gorąco) przyjęty przez płeć piękną, więc stworzenie sequela było praktycznie pewne. I tak, trzy lata po Soderberghu, zjawił się Gregory Jacobs, by przedstawić dalsze losy członków Kings of Tampa. Czy "dwójka" powtórzyła sukces "jedynki"?


Mijają trzy lata, odkąd Mike zakończył karierę striptizera i otworzył własną firmę. Biznes nie idzie jednak najlepiej, a sam Mike wciąż odczuwa sentyment do przeszłości. Pewnego dnia spotyka się z kolegami z Kings of Tampa. Striptizerzy planują zakończyć kariery, jednak chcą to zrobić w swoim stylu - hucznie, widowiskowo i z udziałem samego Mike'a. Tak rozpoczyna się podróż, która pozwoli im przezwyciężyć stare nawyki, odnowić i scementować przyjaźń, a także nawiązać kilka nowych znajomości.


"Magic Mike" miał prostą konstrukcję - niezbyt wymagająca fabuła (jednakże w pewien sposób interesująca i mająca zarówno sens, jak i - o dziwo - zwroty akcji), spora dawka humoru (w szczególności damsko-męskiego) i spory czas antenowy przeznaczony na wijących się na scenie półnagich mężczyzn (jak przystało na film o striptizerach, przeznaczony dla spragnionych widoku umięśnionych męskich torsów kobiet). Soderbergh opowiedział swoją historię od początku do końca, niezbyt zostawiając furtkę na ewentualny ciąg dalszy. Niestety, scenarzysta Reid Carolin postanowił przygody Mike'a rozbudować i wraz z reżyserem Gregorym Jacobsem powrócili do członków ekipy Kings of Tampa. Chcieli pokazać więcej, lepiej, zabawniej. Na chęciach, niestety, się skończyło.


"Magic Mike XXL" ma konstrukcję - o zgrozo! - filmu-drogi, co absolutnie gryzie się z banalną fabułą. A wręcz jej brakiem, bo ani tu nie uraczymy sensownego początku, ani tym bardziej sensownego zakończenia. Kolejne przystanki w podróży służą wyłącznie do ukazania tanecznych umiejętności męskiej części obsady, jak i jako pretekst do zrzucenia przez nich koszulek. Jednakże, motywy, w których bohaterowie zaczynają się wić i rozbierać, są jeszcze bardziej naciągane i (nierzadko) wymuszone, niż pokazy Taylora Lautnera w "Zmierzchu". Fabularna konstrukcja ledwo trzyma się kupy, a ilość niezdarnie uwypuklonych problemów bohaterów jest tak duża, że Carolin i Jacobs sami nie wiedzą, na czym mają się skupić. W efekcie wszystkiego jest mniej i gorzej - nawet wtórnego humoru (choć ośmieszenie "Zmierzchu" i "50 twarzy Greya" w finałowym występie zasługuje na plusa). Dobrą stroną filmu jest ścieżka dźwiękowa, jednak jeśli można wybaczyć, co twórcy zrobili z "I want it that way" Backstreet Boys, to przy zremiksowanej wersji "Duel of the Fates" Johna Williamsa fani "Gwiezdnych Wojen" mogą zejść medycznie.


Nie ukrywajmy jednak, że w "Magic Mike XXL" nie tyle o muzykę ani fabułę, co o obsadę chodziło. W końcu to prężący swoje mięśnie na dużym ekranie aktorzy byli głównym czynnikiem przyciągnięcia pań do kin. I tak oto na kobiety czekali znani z pierwszej części Channing Tatum (który mógł pochwalić się nie tylko muskulaturą, ale i umiejętnościami tanecznymi), Joe Manganiello (bez którego film Jacobsa byłby dużo mniej zabawny), Matt Bomer (z epizodycznej rólki awansujący na główną postać drugoplanową po odejściu Pettyfera), Adam Rodriguez i Kevin Nash (Tarzan!). Niestety, brakuje do kompletu charyzmatycznego Matthew McConaugheya, który zrezygnował z udziału w filmie z powodu innych obowiązków. Za to Amber Heard stanowczo nie jest Cody Horn. Ta druga potrafiła się jakoś wybić w "jedynce", podczas gdy Heard jest wyłącznie kolejną kobietą z obsady (której udział ogranicza się do zarysowania wątpliwej jakości wątku miłosnego).


Podsumowując, "Magic Mike" był filmem o striptizerach, gdzie ilość rozbieranych scen zapewne przyprawiła niejedną kobietę o szybsze bicie serca. Tam szedł występ za występem z przystępną i przemyślaną fabułą w tle, podczas gdy "Magic Mike XXL" oferuje wszystkiego mniej. Zbyt wiele pozostawiono na sam finał, który nie dość, że nie ratuje całości, to jeszcze prowadzi do (wydawać by się mogło) urwanego w połowie zakończenia. Mam nadzieję, że nie jest to sugestia Carolina odnośnie tworzenia trzeciej części, bo kolejny Mike z większą liczbą liter X przed L mógłby okazać się gwoździem do trumny i totalną klapą. A w końcu nie powinno kopać się leżącego.