Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biograficzny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biograficzny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 października 2018

Pierwszy człowiek (2018)


Tytuł: Pierwszy człowiek (First Man)

Gatunek: Biograficzny/Dramat
Reżyseria: Damien Chazelle
Premiera: 19 października 2018 (Polska), 29 sierpnia 2018 (świat)
Ocena: 4/6

"That's one small step for a man,
one giant leap for mankind"

- Neil Armstrong


Dzień 21 lipca 1969 roku na zawsze zapisał się w historii ludzkości. To właśnie wtedy amerykański astronauta Neil Armstrong jako pierwszy człowiek stanął na powierzchni Księżyca. Wynik misji Apollo 11 znają wszyscy. Jednakże - jak to zwykle bywa - sukces ma wielu ojców. I taką właśnie historię postanowili zaprezentować reżyser Damien Chazelle ("La la land", "Whiplash") i scenarzysta Josh Singer ("Spotlight", "Czwarta władza"). Czy siedmioletnie przygotowania do lotu na Księżyc udało się z sukcesem przenieść na duży ekran?


Neil Armstrong to doświadczony inżynier i pilot, który przeprowadzał próby doświadczalne z nowymi samolotami. Po śmierci swojej córki postanowił wziąć udział w programie lotów kosmicznych NASA. Dzięki opanowaniu i doświadczeniu udało mu się - po raz pierwszy w historii - połączyć na orbicie dwa pojazdy kosmiczne oraz - mimo awarii - sprowadzić swój statek z powrotem. Intensywny program lotów i testów oraz nieustanny amerykańsko-radziecki wyścig z czasem doprowadziły do realizacji programu Apollo, którego celem miało być lądowanie człowieka na Księżycu. Kolejne próby i loty kończyły się jednak niepowodzeniem. W 1969 roku swoją szansę otrzymał Neil - miał poprowadzić misję Apollo 11.


Chazelle i Singer nie mieli przed sobą łatwego zadania. Nie dość, że chcieli przedstawić fragmenty z życia jednej z największych amerykańskich legend XX wieku, to dodatkowo planowali pokazać dobrą i złą stronę technologicznej gonitwy o podbój Księżyca. Materiału aż nadto, jak na jeden, dwugodzinny film. No i ten ogrom trochę twórców przytłoczył. Przedstawiona historia to zlepek pojedynczych sekwencji, scen z życia głównego bohatera, które miały miejsce w latach 1961-1969. Od śmierci córki, poprzez przeprowadzkę, pierwsze testy i loty, po zakończone sukcesem lądowanie na Księżycu. Przez te czasowe skoki wielu widzów może czuć się zdezorientowanych, że pewne wątki, które aż proszą się o jakieś rozszerzenie lub emocjonalną głębię, urywają się, a w ich miejsce pojawiają się wydarzenie odległe o kilka miesięcy lub lat. Przez taką sprinterską narrację ciężko przywiązać się do jakichkolwiek bohaterów, nieważne czy drugoplanowanych, czy nawet tych, grających pierwsze skrzypce. W pewnym momencie widz staje się obojętny na przedstawianą historię, traktując ją jak zwykły, beznamiętny dokument. Śmierć kolejnych osób, które poświęciły życie w imię technologicznego wyścigu, przestaje robić jakiekolwiek wrażenie i wywoływać jakiekolwiek emocje, a nie o to twórcom raczej chodziło.


Choć fabularnie i pod względem zarysu postaci "Pierwszy człowiek" wypada mocno przeciętnie, to od strony realizacji zadbano nawet o najdrobniejsze detale. To film, który śmiało będzie mógł powalczyć o złote statuetki Akademii w takich kategoriach, jak dźwięk, montaż, czy montaż dzwięku. W momencie, gdy astronauci wchodzą do kabin, wszystko skrzypi i trzeszczy, uwypuklając, jak niestabilne i budowane "na prędce" były to konstrukty. Twórcom udało się odtworzyć zarówno klimat tamtych czasów, jak i technologiczny pęd. Świetnie z obrazem przedstawionym (lekko "piaszczystym", przez co wygląda jak dokument sprzed pół wieku) komponują się fragmenty rzeczywistych wywiadów i wypowiedzi (jak np. relacja słynnej wypowiedzi Kennedy'ego z 1961, że przed upływem dekady Amerykanie wylądują na Księżycu). Rzuty z kamer, umieszczonych na statkach, nadają całokształtowi realizmu. Jakby twórcy chcieli nam przedstawić nowy rodzaj dokumentu fabularyzowanego, z pierwszoligowymi aktorami, efektami i niemałym budżetem.


Przechodząc do obsady, to przez konstrukcję przedstawionej historii można powiedzieć, że "Pierwszy człowiek" to film wyłącznie dwójki aktorów. Pierwszym z nich to oczywiście Ryan Gosling, mający ciężki orzech do zgryzienia, by odzwierciedlić postać skrytego w sobie Neila Armstronga, który mimo przeżywania dużych dramatów lub wielkich radości był mocno powściągliwy w swoich emocjach. I, jak można się było spodziewać, Gosling sprostał zadaniu na medal. Udało mu się stworzyć postać, która mimo licznych skoków w czasie nie była widzom obojętna, a wręcz wywoływała skrajne emocje (od współczucia i wsparcia, po niechęć i antypatię). Drugą jest Claire Foy, która rewelacyjnie oddała postać Janet Armstrong, z jednej strony dźwigając ciężar domu i rodziny, z drugiej - niezłomnej kobiety, potrafiącej przeciwstawić się nawet najwyższym dowódcom NASA. Niestety, na tym kończy się lista aktorów, których pamięta się po seansie bardziej, aniżeli to, że "gdzieś tam byli".


Podsumowując, pod względem technicznymi, montażowym i dźwiękowym, "Pierwszy człowiek" to prawdziwy majstersztyk. Fabularnie, jeśli ktoś nie jest pasjonatem historii lotów kosmicznych, film Chazelle'a może się wydać co najwyżej przeciętny. Śmiało mogę powiedzieć, że jeśli ktoś z seansem chce poczekać, aż film będzie dostępny na małym ekranie, to nie straci wiele.

niedziela, 22 lutego 2015

Teoria wszystkiego (2014)


Tytuł: Teoria wszystkiego (The Theory of Everything)

Gatunek: Biograficzny/Dramat
Reżyseria: James Marsh
Premiera: 30 stycznia 2015 (Polska), 7 września 2014 (świat)
Ocena: 4-/6

Tegoroczna Gala Akademii przyciągnęła do siebie sławy świata nauki, przez co o Oscara, metaforycznie rzecz ujmując, zawalczy trzech wybitnych naukowców - Alan Turing (główna rola Benedicta Cumberbatcha w "Grze tajemnic"), Kip Thorne (na którego teorii naukowej oparto "Interstellar" Nolana) i Stephen Hawking (czyli Eddie Redmayne wcielający się w jednego z najsłynniejszych współczesnych fizyków w "Teorii wszystkiego"). Swój biograficzny obraz Marsh stworzył na podstawie książki byłej żony Hawkinga, Jane. Jak "Teoria wszystkiego" poradziła sobie z "naukowymi" konkurentami?


Stephen Hawking, młody naukowiec, po przejściu z Oxfordu do Cambridge poznaje Jane, uroczą studentkę nauk humanistycznych. Niewinna znajomość szybko przeradza się w uczucie. W międzyczasie Hawking, pod czujnym okiem swojego promotora, Dennisa Sciamy, poszukuje tematu swojej pracy doktorskiej. Postanawia skupić się na czarnych dziurach i czasie, wysnuwając teorię o początku wszechświata. Pewnego dnia Hawking ulega pozornie niegroźnemu wypadkowi na uczelni. Przeprowadzone w szpitalu badania prezentują jednak szokujący wynik - fizyk choruje na stwardnienie zanikowe boczne, przez co lekarze dają mu co najwyżej dwa lata życia.


James Marsh nie poszedł w kierunku Tylduma i nie skupił swojej fabuły na naukowych osiągnięciach swojego bohatera. Zamiast tego zaprezentował drugą stronę medalu i opowiedział o rodzinnym dramacie w obliczu nieuleczalnej choroby. O walce z przeciwnościami, niezłomności ducha i nieustępliwym dążeniu do wyznaczonego celu. Wszystko to ładnie wygląda na papierze, lecz na ekranie traci wiele ze swojej pierwotnej magii. Matematyki i fizyki na ekranie nie zabraknie, choć nie grają one tak dużych ról, jak w konkurencyjnej "Grze tajemnic" czy "Interstellarze". Postawienie na emocjonalnej stronie historii Hawkinga wymagało od Marsha utworzenie odpowiednio silnej relacji między bohaterami a widzem - i tego, niestety, w jego obrazie zabrakło.


Gdyby pominąć nazwisko sławnego fizyka, to okazuje się, że "Teoria wszystkiego" jest dramatem, jakich wiele. Lepsze historie niejednokrotnie serwowało kino europejskie - ze znacznie niższym budżetem i bez tak wielkiej promocji (której, niezaprzeczalnie, pomogły Złote Globy i oscarowe nominacje). Film nie jest zły, a historia nie nuży, lecz jest ona co najwyżej poprawna i schematycznie standardowa (co wypada słabo przy prowadzonej na trzech płaszczyznach czasowych, porywającej fabule "Gry tajemnic"). Przewidywalnym momentom i nielicznym, dobrze znanym zwrotom akcji, towarzyszy muzyka Jóhanna Jóhannssona, dzięki której starano się nadać emocjonalną głębię. Okazało się, że kompozytor "Labiryntu" tak bardzo się postarał, że - poza kilkoma wyjątkami - stanowczo przesadził. Zamiast dawkować wrażenia, Jóhannsson stara się je utrzymać na jednym i tym samym wzniosłym poziomie, przez co wiele scen wypada po prostu karykaturalnie.


Na dzisiejszej Gali Cumberbatch i Keaton będą mieli naprawdę poważnego konkurenta w osobie Eddiego Redmayne'a. Coraz bardziej zauważalny aktor daje z siebie wszystko, prezentując niesamowity wachlarz aktorskich umiejętności. Trzeba jednak przyznać, że podobnie, jak Keaton przegrał z Nortonem w "Birdmanie", tak Redmayne delikatnie ustępuje miejsca swojej filmowej partnerce - Felicity Jones. To na niej spoczął główny ciężar tragedii Hawkingów, z którym radzi sobie wyjątkowo. Perfekcyjnie przedstawia chodzący okaz siły (w osobie Jane), która - mimo swej wielkości - w końcu się załamuje. Nie sądzę, by zagroziła Julianne Moore ("Still Alice"), jednakże jest naprawdę godna uwagi.
Podsumowując, w takim filmowym zestawieniu, Hawking przegrywa z Turingiem i Thornem. Za kilka godzin poznamy oficjalne wyniki, lecz nie wydaje mi się, by nie do końca dopracowany obraz Marsha zawojował Galę i zagroził oscarowym faworytom. "Teoria wszystkiego" to film, który można obejrzeć, ze świetną grą i dobrą, gdzieniegdzie przesadzoną muzyką, lecz do wybitności i zapisania się na kartach filmowej historii mu wiele brakuje.

piątek, 6 lutego 2015

Niezłomny (2014)


Tytuł: Niezłomny (Unbroken)
Gatunek: Biograficzny/Dramat/Wojenny
Reżyseria: Angelina Jolie
Premiera: 2 stycznia 2015 (Polska), 17 listopada 2014 (świat)
Ocena: 3/6

"Niewiarygodna prawdziwa historia" - takie hasło, w połączeniu ze znanym nazwiskiem Jolie (która aktorką doświadczoną jest, lecz w reżyserii dopiero raczkuje) i braćmi Coen (których po "Fargo", "Big Lebowskim" i "No Country for Old Men" przedstawiać nie trzeba), niezaprzeczalnie przykuje uwagę i zachęci wielu do poświęcenia ponad dwóch godzin swojego życia przed ekranem. Czy "Niezłomny", oparty na powieści Laury Hillenbrand, jest naprawdę dobry?


Louis Zamperini, wspierany przez brata i rodziców, zostaje zawodowym biegaczem i startuje w olimpiadzie. Jego kolejne sukcesy sportowe i bicie rekordów zostają przerwane przez wybuch II Wojny Światowej. Zamperini trafia na Pacyfik, by walczyć z japońską armią. Podczas misji ratunkowej, jego samolot ulega awarii. Louis i dwóch jego kompanów - "Phil" i "Mac" - jako jedyni wychodzą cało z katastrofy. To jednak początek nowego koszmaru, gdyż przyjdzie im walczyć o przetrwanie na wodach wroga. W końcu wpadają w ręce Japończyków. Louis trafia do obozu, dowodzonego przez sadystycznego i bezwzględnego Watanabe.


"Niezłomny" to historia, która z góry powinna być skazana na sukces. Nieprawdopodobne losy olimpijczyka, który ze sportowego rekordzisty staje się walczącym o przetrwanie japońskim jeńcem, sama w sobie stanowi niezły materiał na fabułę. W dodatku, gdy głównego bohatera cechują niezachwiany duch walki, wyjątkowy upór i ogromna wiara w swoje przekonania - a wszystko na faktach! - to dostaje się coś, co ma szansę porwać tłumy, chwytać za serca, poruszać i wzruszać. To wszystko miała Angelina Jolie w swoich rękach, wraz ze scenariuszem współtworzonym przez znanych i cenionych braci Coen. Okazało się jednak, że "Niezłomny" to jeden z najbardziej zmarnowanych potencjałów ostatnich miesięcy. Mocą obrazu Jolie nie jest historia sama w sobie, lecz połączenie świetnych ujęć z muzyką Desplata ("Gra tajemnic", "Godzilla"). To właśnie te dwa elementy, idealnie zsynchronizowane, powodują, że seans "Niezłomnego" ogląda się przyjemniej, a ponad dwie godziny seansu mijają nie wiadomo kiedy.


Niestety, nie udało się zbudować odpowiedniej więzi widzów z głównym bohaterem, przez co jego losy śledzi się bez żadnych większych emocji. Jolie opiera swój film na utartych schematach, z jednej strony poświęcając taśmę na poznanie Louisa, z drugiej - nielogicznie ścinając wątki i pędząc na łeb, na szyję do najważniejszego fragmentu życia Zamperiniego - pobytu w obozie. Ciężko stwierdzić, czy błędy w fabularnej konstrukcji to małe doświadczenie reżyserskie Jolie, czy też bracia Coen zaliczyli swoją pierwszą w karierze wpadkę - suma sumarum, skazany na sukces "Niezłomny" został bezpowrotnie skazany na porażkę. Jolie stara się budować napięcie, stawiając bohatera w coraz to cięższych sytuacjach, lecz za szybko i zbyt łatwo rozwiązuje jego problemy. Po kilku takich scenach widz przyzwyczaja się, że Zamperini nawet z najgorszej opresji wyjdzie cały, co wykreśla ze słownika produkcji takie zwroty, jak emocje i intrygowanie widza. I jeśli szybko regenerujący się główny bohater niewystarczająco odrealnia świat przedstawiony, to na pewno spowoduje to iście matczyne podejście do japońskich obozów pracy oraz absolutny brak zarostu głównych postaci (bo raczej nie uwierzę, że największym problemem Zamperiniego i jego kompanów na środku Pacyfiku było codzienne golenie się i dbanie o wygląd).


Po wielu perturbacjach, obraz Jolie sprowadza się do walki charakterów dwóch aktorów - wcielającego się w Zamperiniego Jacka O'Connella i jego filmowego oponenta Takamasy Ishihara jako Watanabe. Ten pierwszy, znany głównie z serialu "Skins", dysponuje znacznie większym i dłuższym bagażem doświadczeń przed kamerą, dzięki czemu wypada dość wiarygodnie i szczerze (choć nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że w pełni udało mu się udźwignąć ciężar "Niezłomnego"). Ishihara to muzyk, a nie aktor, więc postać Watanabe, zamiast ukazywać szaleńczy sadyzm i okrutną bezwzględność japońskiego dowódcy, wypada groteskowo i karykaturalnie. Ci bohaterowie mieli być swoimi przeciwieństwami i powinni wywoływać u widzów skrajnie różne emocje, tymczasem okazało się, że scenariuszowe niedociągnięcia i niekompletny warsztat aktorski determinują jakiekolwiek próby "wczucia się" w przedstawianą historię.
Podsumowując, przed Jolie za kamerą jeszcze daleka droga do pełnego sukcesu, którego nie zapewni poruszanie odważnych tematów i przedstawianie poruszających historii. Dla braci Coen "Niezłomny" był jak strzał w kolano - pierwszy błąd można wybaczyć, lecz przez niego wiele stracili, a skrupulatnie zbudowana pozycja została zachwiana u samych fundamentów. Jest to obraz z niewykorzystanym potencjałem, do obejrzenia na raz i odłożenia na przysłowiową półkę, gdzie będzie się kurzył wśród licznych gatunkowych średniaków.

piątek, 16 stycznia 2015

Gra tajemnic (2014)


Tytuł: Gra tajemnic (The Imitation Game)
Gatunek: Biograficzny/Dramat
Reżyseria: Morten Tyldum
Premiera: 16 stycznia 2015 (Polska), 29 sierpnia 2014 (świat)
Ocena: 6/6

Ledwo opadły emocje po Złotych Globach, a już znamy nominacje do najsłynniejszych nagród filmowych - Oscarów. Wśród faworytów nominowany aż w ośmiu kategoriach (w tym za Najlepszy film i Najlepszą reżyserię) najnowszy obraz norweskiego twórcy, Mortena Tylduma ("Kumple" ,"Łowcy głów"). "Gra tajemnic", opowiadająca historię wybitnego matematyka i jednego z twórców informatyki, Alana Turinga, zapowiadała się na prawdziwą gratkę (tym bardziej dla matematyka!). Czy najnowszy film Tylduma wart jest rzeczywiście tylu nominacji?


Alan Turing, angielski matematyk i kryptolog, zgłasza się do tajnego przedsięwzięcia armii, które ma na celu rozszyfrować niemiecką Enigmę. Choć swoim stylem bycia zraża do siebie współpracowników, zyskuje poparcie premiera Churchilla i rozpoczyna budowę maszyny, która pomoże w złamaniu kodu III Rzeszy. Kosztowny projekt nie przynosi jednak pożądanych efektów, a dowodzący misją komandor Denniston szuka powodu, by odsunąć Turinga od prac. W końcu badacze dostają ultimatum - albo w ciągu miesiąca uda im się złamać Enigmę, albo zostają zwolnieni. Rozpoczyna się szalony wyścig z czasem, który kosztować może nie tylko stanowiska, ale życie milionów żołnierzy, walczących na froncie.


Wydawać by się mogło, że Morten Tyldum porwał się z motyką na słońce. Prowadzenie narracji na trzech płaszczyznach czasowych pokonało niejednego reżysera. Norweg jednak spisuje się na medal, skacząc płynnie między przeszłością a teraźniejszością Turinga, perfekcyjnie przedstawiając jego osobę, jednocześnie nie tracąc z góry narzuconego tempa. Każdy z trzech wątków, doskonale prowadzonych i zrealizowanych, ogląda się z równym zainteresowaniem i z czasem coraz bardziej zaciska się kciuki za głównego bohatera (a wszystko przy genialnej muzyce Alexandre'a Desplata). Jednakże, Tyldum nie chce wyłącznie przedstawić historii wybitnego matematyka w znakomitej oprawie. "Gra tajemnic" ma drugie przesłanie, znacznie dosadniejsze, poruszające kwestie osób homoseksualnych. Postać Turinga jest ich uosobieniem, przedstawiającym tragedię człowieka, dzięki któremu udało się wygrać wojnę, a który przez własny kraj był piętnowany i szkalowany. Anonimowy bohater, wybitny naukowiec, wyprzedzający swoje czasy, z powodu swojej orientacji został zmuszony do kuracji hormonalnej, która w ostatecznym rozrachunku popchnęła go do samobójstwa. Późniejsze jego ułaskawienie przez królową Elżbietę (dopiero w 2013!) i uznanie zasług nie cofną tego, co musiał przeżyć Turing tylko z tego powodu, że był "inny". Zakończenie, gdzie radosne sceny z wygrania wojny przecinają się z upadkiem fizycznym i psychicznym Turinga są głośnym wołaniem o wyciągnięcie wniosków z tej, bądź co bądź, smutnej historii.


W tym miejscu chciałbym zdementować rozsiewane po licznych forach plotki, jakoby Brytyjczycy przypisali sobie "Grą tajemnic" wszelkie zasługi za złamanie Enigmy, którą to - jak wiadomo - pierwsi rozkodowali polscy naukowcy. W filmie Alan Turing wielokrotnie podkreśla, że swoją maszynę oparł o badania Rejewskiego, Różyckiego i Zygalskiego (choć nie wymienia ich wprost po nazwiskach), zaś Denniston przed rozpoczęciem projektu prezentuje Enigmę, którą to właśnie polski wywiad wykradł z Berlina i dostarczył do Londynu. Nie spodziewajmy się, że w filmie o Turingu, który skupia się na jego dzieciństwie, poznaniu własnej orientacji, naukowych osiągnięciach i losach powojennych, dostaniemy kilkunastominutowy wstęp o dokonaniach polskich badaczy. W końcu, jeżeli ktoś jeszcze nie zauważył, film Tylduma nie jest o tym, kto pierwszy złamał Enigmę. A ci, którzy odczuwają niedosyt, niech napiszą list do polskich wytwórni, by zamiast wydawać pieniądze na kolejne bzdurne komedie pokroju "Kac Wawa" lub pseudowojenne twory, jak "Westerplatte" ze szklankami z Ikei czy tragicznie przerysowane dzieło Hoffmana "1920. Bitwa warszawska", nakręcili w końcu porządny polski film o polskim udziale i zasługach w czasie II Wojny Światowej. Ręczę, że wszystkim wyjdzie to na dobre.


Wracając do samej "Gry tajemnic", wisienką na tym tyldumowym torcie jest obsada. Zaryzykuję stwierdzenie, że Benedict Cumberbatch zagrał swoją rolę życia. Perfekcyjnie połączył w jednej osobie ekscentrycznego dziwaka i wybitnego geniusza, jednostkę wrażliwą i zamkniętą w sobie, lecz jednocześnie szczerą do bólu i dosadną, której logiczny umysł sprawiał problemy w relacjach międzyludzkich. Podczas Gali Akademii mocno będę trzymał za niego kciuki, by zgarnął statuetkę. Na spore pochwały zasługuje również Keira Knightley, która swoją drugoplanową postacią Joan pokazała, na co ją stać. Niezaprzeczalnie jest to jej najlepsza rola od dawna. I tak, jak Turing Cumberbatcha jest symbolem homoseksualistów, żyjących w cieniu i strachu, tak Joan Knightley to uosobienie walki o równouprawnienie dla kobiet. Pozostała obsada, przede wszystkim Goode, Strong i znany z "Gry o tron" Dance, spisuje się równie rewelacyjnie, dzięki czemu cała "Gra tajemnic" trafia, obok "Whiplasha", na piedestał najlepszych filmów 2014 roku.
Podsumowując, Tyldum zespolił emocje dramatu z zimną matematyką, tworząc prawdziwe arcydzieło, które ma szanse zapisać się na dłużej w historii kina. Ile z tej perfekcji dostrzeże Amerykańska Akademia Filmowa, dowiemy się już 22 lutego. Tymczasem, radzę nie czekać na wyniki, tylko ruszać do kina, bo naprawdę warto.

środa, 14 stycznia 2015

Foxcatcher (2014)


Tytuł: Foxcatcher
Gatunek: Biograficzny/Dramat/Sportowy
Reżyseria: Bennett Miller
Premiera: 9 stycznia 2015 (Polska), 19 maja 2014 (świat)
Ocena: 5-/6

To, że na podstawie prawdziwej historii można stworzyć porywający film, wiedzą praktycznie wszyscy. Nic więc dziwnego, że kolejni twórcy chwytają się coraz to wymyślniejszych historii niczym tonący brzytwy. Dużym polem do popisu są filmy sportowe, bo na podstawie nawet sezonowej gwiazdy można stworzyć wyjątkowe widowisko. Bennett Miller w temacie nie jest amatorem - w końcu nie kto inny, jak on, w 2011 zaprezentował widzom swoją produkcję "Moneyball" o managerze klubu baseballowego. Tym razem poszedł w kierunku dyscypliny o wiele mniej popularnej - zapasów. Czy "Foxcatcher" jest naprawdę tak dobry, że aż zgarnął Złotą Palmę za reżyserię i uzyskał trzy nominacje do Złotych Globów?


Mark Schultz to złoty medalista Olimpiady w Los Angeles, który po wygranych mistrzostwach ledwo wiąże koniec z końcem. Dodatkowo, wciąż nie może wyjść z cienia starszego brata, Dave'a, również złotego medalisty, lecz bardziej cenionego w sportowym światku. Pewnego dnia los niespodziewanie uśmiecha się do Marka - dzwoni do niego pracownik Johna du Ponta, multimilionera i filantropa. Du Pont stworzył własny klub zapaśniczy - Foxcatcher - i chce, by młody Schultz do niego dołączył. Zawodnik zgadza się i rozpoczyna ostry trening do zbliżających się Mistrzostw oraz Olimpiady w Seulu. Niestety, znajomość Marka z Johnem nie idzie po ich myśli, a w dodatku do całego projektu zostaje zaangażowany Dave, co prowadzi do konfliktów i - w konsekwencji - nieuchronnej tragedii.


Bennett Miller, podobnie jak wielu twórców gatunku przed nim, dzięki oparciu fabuły o prawdziwą historię (klubu "Foxcatcher") miał zadanie fabularnie ułatwione. Scenariusz napisało życie i teraz wystarczyło to jedynie wydać w odpowiedniej oprawie. W tym Miller spisał się po mistrzowsku, niejednokrotnie niewypowiedziane słowa przekazując za pomocą gestów, scen i pracy mięśni bohaterów. Pierwszy sparing braci Schultz mówi o nich więcej, niż wylewne wstępy, które zajęłyby dodatkowe miejsce na taśmie filmowej. Warunki, w jakich żyje Mark, zdobywca złotego medalu na Olimpiadzie, stanowią najlepszą z możliwych krytykę polityki państwa, które w żaden sposób nie wspiera swoich utalentowanych reprezentantów. Pełna kompleksów postać du Ponta to chodzące uosobienie wybuchowego połączenia nowobogackich fanaberii z chorobliwym patriotyzmem. Wszystko to widz dostaje, jak na talerzu, bez zbędnej zawoalowanej symboliki i wyszukanych metafor. Bohaterowie reprezentują dwa obozy - dla jednego liczy się osiągnięcie celu, podczas gdy drugi całą satysfakcję znajduje w dążeniu do niego. Morały dość utarte, lecz przy warsztacie realizatorskim Millera nabierają jakby dawno niewidzianej świeżości.


"Foxcatcher" świetnie spisuje się jako dramat i choć fabuła mija się trochę z faktami (co zresztą niczym nowym nie jest), całość przebiega całkiem sprawnie. Niestety, zatarł się gdzieś w tym wszystkim sportowy duch walki, jakże charakterystyczny dla tego gatunku. Owszem, samych treningów, sparingów i zapasów na ekranie nie brakuje, ale wszystko to wydaje się być wymuszanymi wstawkami w fabule, która toczy się od nich niezależnie. Tak, jak zazwyczaj do samego końca kibicowało się bohaterom i trzymało kciuki za ich zwycięstwo, tak tutaj wygrane i porażki przyjmuje się z obojętną miną. W dodatku, lepiej nie szukać prawdziwych wydarzeń z klubu Foxcatcher przed obejrzeniem filmu, by nie popsuć sobie niespodzianki, jaką reżyser zostawił na finał, lecz jednocześnie bez znajomości tychże faktów niektóre zwroty w opowiadanej historii mogą wydać się co najmniej dziwne i nielogiczne.


Dużym plusem najnowszego filmu Millera jest obsada. Channing Tatum, o którego najbardziej się obawiałem, świetnie wczuwa się w postać Marka Schultza. Jego twarz, która w wielu wcześniejszych kreacjach przypominała nieruchomy głaz, w końcu zaczęła wyrażać emocje - i to niemałe! Wraz z Markiem Ruffalo napędzają cały film, jego złożoność i dramaturgię. Rozczarowaniem był - o dziwo! - Steve Carell, jednakże nie mam pewności, czy to on nie do końca udźwignął postać du Ponta, czy też tak kiepsko została ona rozpisana w scenariuszu. Niezaprzeczalnie czarny charakter całego przedsięwzięcia, zakompleksiony schizofrenik z manią wielkości, pełen dziwactw i fanaberii, dodatkowo uzależniony od alkoholu i narkotyków, destrukcyjnie działający na otoczenie - takiego du Ponta spodziewać się można było na ekranie, a dostaje się co najwyżej jego namiastkę. Postać, która mogłaby jednocześnie fascynować i przerażać, w obrazie Millera jedynie dziwi i jest chodzącą sprzecznością. Postępująca schizofrenia i mania prześladowcza w filmie została zaprezentowana powierzchownie, przez co du Pontowi bliżej do niedorozwiniętego dziecka aniżeli zabójczo nieobliczalnej osoby.
Podsumowując, "Foxcatcher" jako dramat stoi na wysokim poziomie, lecz jako widowisko sportowe jest co najwyżej średni. Widz skupia się bardziej na emocjach, jakie towarzyszą skomplikowanej relacji braci, niż na przygotowaniach do zbliżających się Mistrzostw. Po seansie odczuwa się współczucie wobec losów wybitnych sportowców, a optymizm, który nieodzownie towarzyszy filmom z tego gatunku, zaciera się gdzieś w odmętach rodzinnej tragedii. "Foxcatcher" jest filmem dobrym, ale do "wybitnego" to mu wiele brakuje.

wtorek, 16 września 2014

Wałęsa. Człowiek z nadziei (2013)


Tytuł: Wałęsa. Człowiek z nadziei
Gatunek: Biograficzny/Dramat
Reżyseria: Andrzej Wajda
Premiera: 4 października 2013 (Polska), 5 września 2013 (świat)
Ocena: 4-/6

W momencie, gdy obok jakiegokolwiek tytułu widzę nazwisko Andrzeja Wajdy, od razu przypominają mi się słowa Abelarda Gizy ze skeczu kabaretu LIMO o ekranizacji "Janka Muzykanta": "Jak mawiał mój mistrz, Andrzej Wajda - spoko, szkoły przyjdą - i ja w to wierzę". Jeden z najbardziej znanych polskich reżyserów wie, na spółę z Hoffmanem, jak zapełnić sale kinowe. Gdy skończyły się szkolne lektury, panowie poszli w kierunku historii - a ta jest bezdenną studnią pomysłów, z których można skleić niejeden film. Wajda postanowił tym razem ukazać historię noblisty i zarazem swojego przyjaciela - Lecha Wałęsy. Niemalże rok zajęło mi przekonanie samego siebie, bym zabrał się za tę pozycję. Czy było warto?


Do Lecha Wałęsy przybywa włoska dziennikarka, Oriana Fallaci, która chce z nim przeprowadzić wywiad. Z początku niechętny do zwierzeń, współtwórca "Solidarności" opowiada historię swojego życia, od grudnia 1970, poprzez powstanie wolnych związków zawodowych, liczne aresztowania, przesłuchania i stan wojenny, po obrady Okrągłego Stołu i pierwsze wolne wybory III RP.


Z początku łudziłem się, że zobaczę kino pokroju "Karol - człowiek, który został papieżem" Battiato. I choć Wajda świetnie operuje kamerą, perfekcyjnie łączy wątki fabularne z archiwalnymi zapisami wydarzeń PRL-u, a wybiórcze historie pewnie splata w ramy polsko-włoskiego wywiadu, to jednak przez cały seans odnosi się wrażenie, że reżyser nie potrafił zachować neutralności. Zamiast skupić się na dramatycznej i przepełnionej "głupią" odwagą historii Wałęsy, Wajda na siłę stara się wybielić swojego przyjaciela, gloryfikując jego zasługi i stawiając go na zanadto wywyższonym podium. Zamiast słynnej sceny skoku przez płot - dramatyczna ucieczka przed esbecją, zamiast przemilczenia kontrowersyjnej sprawy podpisanych dokumentów - wymuszone strachem i paniką złożenie podpisu przy pełnej nieświadomości ewentualnych konsekwencji, zamiast skupienia się na determinacji prostego elektryka - istna hiperbolizacja jego poczynań i słów, od prostych i trafnych sentencji po przewidywanie przyszłości (niczym oświecony jasnowidz). Wajda przesadza i świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Zamiast na siłę wybielać czyny Wałęsy i swoim obrazem wdawać się w niepotrzebną polemikę z jego dawnymi przyjaciółmi (a aktualnie najbardziej zagorzałymi przeciwnikami), powinien poprzestać na faktach, bo one wybronią się same. W efekcie dramatyczne tło wydarzeń wydaje się być mało istotnym szczegółem, który łatwo przeoczyć, a cała walka z komunistycznym systemem - przy, moim zdaniem, nie do końca dobranej ścieżce dźwiękowej - bliżej ma do historii zbuntowanych nastolatków, aniżeli pełnej poświęceń drogi do wolności. Choć całokształt nie wypada aż tak tragicznie, to po Wajdzie za kamerą i Głowackim, odpowiedzialnym za scenariusz, można było się spodziewać znacznie więcej.


Cała konstrukcja ległaby w gruzach, gdyby nie potrzymali jej swoją naprawdę dobrą grą występujący aktorzy. Robert Więckiewicz doskonale wpasowuje się w rolę Lecha Wałęsy. Na krok nie odstaje od niego Agnieszka Grochowska, świetna aktorka, która postacią Danuty potrafiła udźwignąć ciężar rodzinnego dramatu. Do tego zarazem przekomiczny, jak i przerażający duet Majchrzak-Nawiślak (w tych rolach Kosiński i Zamachowski). Jedyną większą uwagę można mieć do Doroty Wellman, która dobrze wciela się w postać Henryki Krzywonos, jednakże w pewnych momentach, chcąc ukazać jej siłę i charyzmę, popada w skrajnie karykaturalną nadekspresję.
Podsumowując, przyznam szczerze, że zbierałem się niemalże rok w obawie, że film o Wałęsie wyląduje na poziomie przysłowiowego "gniota", jak "1920. Bitwa Warszawska" Hoffmana. Na całe szczęście, Wajda ma większego nosa do obsady i prowadzenia filmu. Prawie dwugodzinny seans mija szybko - stanowczo za szybko, by robić większe wrażenie i zapadać na dłużej w pamięci. I tak, cofając się do słów Gizy, "szkoły przyszły", film się zwrócił, a "edukacyjny plan" na 2013 został wykonany. Ale czy aby na pewno tylko o to tu chodziło?

poniedziałek, 3 marca 2014

Kapitan Phillips (2013)

 

Tytuł: Kapitan Phillips (Captain Phillips)
Gatunek: Biograficzny/Dramat
Reżyseria: Paul Greengrass
Premiera: 8 listopada 2013 (Polska), 27 września 2013 (świat)
Ocena: 6/6

Oscarowa noc za nami. Znamy zarówno wielkich zwycięzców, jak i wielkich przegranych. Czy oparty na faktach film Greengrassa, który - pomimo sześciu nominacji - wyszedł z gali bez żadnej statuetki, można zaliczyć do tej drugiej grupy?
Richard Phillips jest kapitanem kontenerowca Maersk Alabama, wiozącego żywność do ubogich regionów Afryki. Statek staje się celem ataku somalijskich piratów. Gdy Phillips trafia do niewoli, rozpoczyna się dramatyczny wyścig z czasem i walka między amerykańską marynarką wojenną a bezwzględnymi bandytami.


Dla twórcy "Krucjaty Bourne'a" budowanie napięcia i odpowiednie dawkowanie akcji nie stanowią żadnych problemów. Greegrass perfekcyjnie kładzie na szali emocjonujący dramat z wymagającą nagłych zwrotów fabułą, nie przesadzając w żadną ze stron. Nie spoczywa na laurach i nie czeka, aż historia obroni się sama. Bardzo dobrze prowadzi ją od leniwych początków po dramatyczny koniec, nie dając widzowi za wiele okazji do wytchnienia. W efekcie, od "Kapitana Phillipsa" ciężko się oderwać przed ukazaniem się napisów końcowych. Całość domyka doskonała muzyka Jackmana, przy której ciężko wysiedzieć spokojnie na miejscu.


Strzałem w dziesiątkę w "Kapitanie Phillipsie" był dobór obsady. I nie mówię tu tylko o filmowym weteranie Tomie Hanksie, który bezbłędnie prowadzi postać głównego bohatera (cieszący oko popis prawdziwego kunsztu i talentu). Fenomenem okazał się być debiutujący odtwórca roli drugoplanowej - Barkhad Abdi. Choć z zawodu jest szoferem (!!!), to dzięki wyjątkowej kreacji pirata Muse'a zdobył nominacje do najważniejszych nagród filmowych (jak Oscary i Złote Globy), a uhonorowany został dwiema Czarnymi Szpulami i brytyjską BAFTA (pokonując tym samym takich doświadczonych aktorów, jak Cooper, Damon, Brühl czy Fassbender). Ryzykowna i pełna emocji gra Hanksa z Abdim stanowi wisienkę na tym widowiskowym torcie.


Podsumowując, "Kapitana Phillipsa" niezaprzeczalnie można zaliczyć do największych przegranych tegorocznych Oscarów (co dziwić do końca nie powinno, bo Akademia przyzwyczaiła już nas, że naprawdę dobrym filmom przyznaje co najwyżej nominacje). Mimo wszystko, film Greengrassa powinien stanowić obowiązkową pozycję każdego miłośnika filmów i kina. Gorąco polecam.