Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty
sobota, 11 kwietnia 2015
Kopciuszek (2015)
Tytuł: Kopciuszek (Cinderella)
Gatunek: Familijny/Fantasy/Baśń
Reżyseria: Kenneth Branagh
Premiera: 13 marca 2015 (Polska), 13 lutego 2015 (świat)
Ocena: 4-/6
"Kopciuszek" - jedna z najsłynniejszych i najstarszych baśni świata, której korzenie sięgają aż starożytności. Choć pierwsza zapisana jej wersja ma już ponad 1100 lat, to do najbardziej znanych autorów jej opracowań należą Perrault (XVII w.) i bracia Grimm (XIX w.). Na dużym ekranie baśń doczekała się kilkudziesięciu adaptacji, w tym - chyba najpopularniejszej - Disney'a z 1950 roku. Amerykańska wytwórnia wróciła do swojego klasyka i postanowiła odświeżyć starą baśń. Czy "Kopciuszek" w reżyserii Branagha (tego samego pana od "Jacka Ryana: Teorii chaosu") może mierzyć się z zeszłoroczną "Czarownicą" Stromberga?
Po śmierci matki, Ella wychowywana jest przez ojca, który chce dla niej jak najlepiej. Pewnego dnia dziewczyna dowiaduje się, że jej ojciec poznał piękną wdowę, z którą chciałby się związać. Kobieta, wraz ze swoimi dwiema córkami - Anastazją i Gryzeldą - wprowadza się do rodzinnego domu Elli. Podczas podróży w interesach, ojciec dziewczyny niespodziewanie umiera. Macocha zamienia dziewczynę w swoją służącą, a przybrane siostry przezywają ją Kopciuszkiem. Niedługo po tym królewski posłaniec obwieszcza wielki bal, na którym Książę ma znaleźć swoją wybrankę serca. Macocha krzyżuje plany Kopciuszka dotyczące balu i zakazuje dziewczynie opuszczania domu. Z pomocą przychodzi jej Dobra Wróżka.
Zeszłoroczny scenariusz Woolvertona przyniósł znanej wszystkim historii o Śpiącej Królewnie pewien powiew świeżości - opowieść, ukazana z punktu widzenia Czarownicy Diaboliny, rzucała nowe światło na utarte wątki. Weitz postanowił nie ruszać szkieletu baśni i zaprezentował jedynie odnowioną wersję disney'owskiej animacji (czyli szalenie dalekiej od krwawej wersji braci Grimm). Przy czym największym "odświeżeniem" jest tutaj magia efektów specjalnych i cieszących oko wizualnych perełek. Branagh sprawnie łączy na ekranie rzeczywistość z bajkowością, tworząc z tego grzeczną opowieść skierowaną definitywnie do najmłodszych widzów. Mimo, że tytułowy Kopciuszek jest bardziej uwspółcześniony i dopasowany do aktualnych realiów, nie jest to postać na tyle rozbudowana, by stała się metaforą takich haseł, jak uczciwość, dobro, przyjaźń i bezinteresowność.
Na pewno "Kopciuszek" Branagha nie może narzekać na brak humoru, jednakże - jak całokształt - jest on skierowany przede wszystkim dla najmłodszych. Dla starszych widzów tegoroczna propozycja Disney'a będzie powtórką z dobrze znanej rozrywki. Ładną, dopracowaną i wizualnie dopieszczoną, ale nadal powtórką. Zabrakło tutaj muzycznej oprawy, czyli tego, z czego filmy Disney'a słyną. I nie, nie mówię tutaj o zamianie "Kopciuszka" w musical (o zgrozo!), ale kilka momentów w filmie aż się prosiło o muzyczny komentarz, który nadawałby raz lekkości i wesołości, a raz pogłębiał smutek poszczególnych scen. Całość ogląda się szybko i przyjemnie, lecz nie jest to obraz na tyle wyróżniający się, by chciało się do niego wracać.
Gdy spojrzałem na obsadę, to pierwsza myśl, jaka pojawiła się w mojej głowie, brzmiała: Jeżeli Bellatrix Lastrange za sprawą Lady Rose MacClare stara się pokrzyżować spisek Galadrieli i Erika Salviga, to zaczynam się bać, czy Robb Stark przeżyje swoje własne wesele. Tak w jednym zdaniu można streścić listę znanych nazwisk, jakie Branagh przyciągnął do swojej produkcji. I, trzeba przyznać, że mimo starań męskiej części obsady, to kobiety wiodą prym w tej opowieści. Lily James świetnie wczuła się w rolę tytułowego Kopciuszka, Cate Blanchett to niepowtarzalna Macocha, perfekcyjnie prezentująca wszelkie przeciwieństwa głównej bohaterki, zaś Helena Bonham Carter jako roztrzepana Dobra Wróżka dodaje do historii sporą dawkę humoru.
Podsumowując, "Kopciuszek" Branagha nie wnosi niczego nowego, poza odświeżoną wizją dobrze znanej baśni. Jakże ciekawsze byłoby zaprezentowanie wydarzeń ze strony Macochy lub - żeby nie powtarzać po "Czarownicy" - samego Księcia. Najnowsza produkcja Disney'a to świetny wybór dla rodzinnego seansu z dziećmi, lecz nic poza tym.
poniedziałek, 30 marca 2015
Siódmy syn (2014)
Tytuł: Siódmy syn (Seventh Son)
Gatunek: Fantasy/Przygodowy
Reżyseria: Siergiej Bodrow
Premiera: 23 stycznia 2015 (Polska), 17 grudnia 2014 (świat)
Ocena: 3-/6
Kino fantasy, podobnie jak horrory, przeżywa w ostatnim czasie pewien kryzys. Zamiast epickiego obrazu, nakręconego z rozmachem i opowiadającego nietuzinkową historię, kolejni twórcy zarzucają widzów albo nieudanymi ekranizacjami dobrych książek, albo prostym, niewymagającym kinem młodzieżowym. Rosyjski reżyser Siergiej Bodrow został oddelegowany do przeniesienia na duży ekran powieści Josepha Delaney'a. Czy "Siódmy syn" przywraca dobre imię fantasy?
Mistrz Gregory jest stracharzem, walczącym ze złem i polującym na czarownice. Wiele lat temu udało mu się schwytać i uwięzić Królową Czarownic, Mateczkę Malkin. Wiedźma jednak wydostaje się ze swojego więzienia, zabija ucznia Gregory'ego i poprzysięga zemstę na ludziach. Stracharz musi znaleźć nowego pomocnika i powstrzymać Mateczkę Malkin nim wzejdzie Krwawy Księżyc i czarownica odzyska pełnię swej mocy.
W "Siódmym synu" nie brakuje dwóch rzeczy - miłych dla oka efektów i typowo gatunkowego humoru. Graficy i spece od wizualizacji włożyli niemało wysiłku w transformacje bohaterów, dzięki czemu na ekranie zobaczymy całą gamę fantastycznego świata - od dzikich kotów i olbrzymich niedźwiedzi po drapieżne smoki. W wielu scenach zaiskrzy magia, nie zabraknie fajerwerków, a i dla miłośników rycerskich walk na miecze coś się znajdzie. To wszystko dostajemy w oprawie odpowiednio wyważonego komizmu, gdzie gry słowne bawić mogą na równi z żartami sytuacyjnymi (w końcu cztery osoby odpowiedzialne za scenariusz musiały się w jakiś sposób wykazać).
"Siódmy syn" to jednak film skierowany głównie do młodszych widzów. Dla gatunkowych "wyjadaczy" fabuła może okazać się zbyt przewidywalna i oklepana, a wszelkie zwroty akcji, jakimi postanowili uraczyć nas twórcy, wydają się być zapożyczone od poprzedników. Zamiast konsekwentnie budować historię, której akcja miałaby swoje spektakularne zwieńczenie w finale, Bodrow wydaje się skakać po wątkach i scenach, wprowadzając więcej chaosu, niż jest to warte. Relacje między poszczególnymi bohaterami są przedstawione tak sucho, że indywidualne tragedie i dramaty postaci nie wywołują większych emocji (prawdę powiedziawszy, nie wywołują żadnych emocji). Ot, prosta historyjka bez większej głębi, która ma stanowić wyłącznie cieszącą oko rozrywkę dla niewymagających.
Siergiej Bodrow skompletował w "Siódmym synu" sporo znanych nazwisk. Większość z nich, niestety, poza swoim udziałem nie wniosło do filmu wiele więcej. Jeff Bridges po raz kolejny jest zgorzkniałym życiem mędrcem, który ma poprowadzić następnego wybrańca (kopiuj-wklej "Dawca pamięci"). Alicia Vikander, po świetnej roli w "Son of a Gun", jakby przysiadła na laurach - jej Alice jest kompletnie bez wyrazu i stanowi wyłącznie cień głównego bohatera. Ten zaś, grany przez Bena Barnesa (znanego z ekranizacji "Opowieści z Narnii"), kompletnie jest pozbawiony charyzmy i na wskroś sztuczny. O wiele ciekawiej wypada na ekranie, choć tylko epizodycznie, Kit Harington ("Gra o tron") - może gdyby zamienić ich miejscami, film zyskałby pod względem obsady. Jedynie kreacja Julianne Moore jako Mateczki Malkin zapada na dłużej w pamięci i wyróżnia się z tłumu, lecz na pewno nie jest to szczyt jej możliwości.
Podsumowując, tragedii nie ma, lecz do wyciągnięcia gatunku z filmowej przepaści Bodrowowi wiele zabrakło. "Siódmy syn" to nic innego, jak kolejna propozycja kina młodzieżowego, gdzie efekty i trochę akcji liczą się bardziej, niż dobry scenariusz i wielowarstwowi bohaterowie.
piątek, 20 lutego 2015
Tajemnice lasu (2014)
Tytuł: Tajemnice lasu (Into the Woods)
Gatunek: Fantasy/Komedia/Musical
Reżyseria: Rob Marshall
Premiera: 13 lutego 2015 (Polska), 8 grudnia 2014 (świat)
Ocena: 2+/6
Rob Marshall, reżyser "Chicago" i "Nine", James Lapine, przenoszący sztukę z Broadway'u na duży ekran, i Stephen Sondheim, odpowiedzialny za "Sweeney Todda" - tak w skrócie można przedstawić trójkę twórców, którzy uraczyli nas musicalem osadzonym w baśniowym świecie braci Grimm. W dodatku, to wszystko pod czujnym okiem Disney'a, będącym swego rodzaju bajkowym monopolistą. Czy odważne połączenie mrocznego fantasy z ironiczną komedią okraszoną niezliczonymi śpiewami sprawdza się w prawie dwugodzinnych "Tajemnicach lasu"?
Piekarz wraz z żoną marzą o narodzinach dziecka. Pewnego dnia odkrywają, że ciąży na nich klątwa mieszkającej naprzeciwko Czarownicy. Żeby odczynić zły urok, Piekarz musi odnaleźć w pobliskim lesie cztery nietypowe komponenty zaklęcia - krwistoczerwoną pelerynę, śnieżnobiałą krowę, żółte jak kukurydza włosy i złotego pantofelka. Tymczasem, młody Jack wyrusza do lasu ze swoją krową, by sprzedać ją na targu i zarobić na jedzenie, Czerwony Kapturek udaje się do schorowanej babci, Kopciuszek marzy o pięknym balu, wydawanym przez Księcia, a uwięziona w wielkiej wieży Roszpunka tęskni za ukochanym i wolnością.
Już pierwsze kilka minut filmu może być dla nieprzygotowanych widzów bolesnym ciosem. Po pierwsze, mamy do czynienia z musicalem. Po drugie, mamy do czynienia z musicalem, którego ścieżka dźwiękowa nieprzypadkowo kojarzyć się będzie z nieudanym "Sweeney Toddem". Po trzecie, mamy do czynienia z musicalem, który ze znanych i lubianych baśni braci Grimm tworzy tak wybuchową mieszankę, że koktajl Mołotowa przy niej przypomina niewinną zabawkę dla najmłodszych. Połączenie Czerwonego Kapturka, Roszpunki, Jacka (od magicznego fasoli i olbrzymów) i Kopciuszka z problemami Piekarza i jego żony, spowodowanymi zemstą Czarownicy, na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło odważne i zarazem ciekawe. Jednakże, od strony realizatorskiej poległo praktycznie wszystko. Podzielona na dwie części fabuła, która miała jednocześnie przedstawiać historię po "i żyli długo i szczęśliwie" oraz być przestrogą spod szyldu "Uważaj na swoje życzenia!", okazała się w rzeczywistości totalną porażką. Historię ledwo udaje utrzymać się w ryzach (jedne wątki zostają w niewyjaśnionych okolicznościach urwane, inne - w nielogiczny sposób wprowadzone na siłę), a "podwójne zakończenie" dla niektórych będzie niezastąpionym lekiem na bezsenność. Oczywiście, o ile te osoby wyłączą głos, bo wykonania niektórych utworów nawet martwych podniosłyby z grobu. Tam, gdzie braki wokalne można by nadrobić choreografią, twórcy serwują dłużące się, jednoosobowe pokazy, które przesadnie trącają irracjonalnością (nawet jak na możliwości musicalu!).
Z niezliczonej ilości utworów w pamięci na dłużej zostają co najwyżej dwa - duet Książąt przy wodospadzie, który stanowi perfekcyjny przykład zapatrzonych w siebie królewiczów, jakże gloryfikowanych niejednokrotnie przez Disney'a, a także jedna z ostatnich piosenek, kiedy bohaterowie, iście komicznie, obarczają się wzajemnie winą za atak Olbrzymki. Tak, to stanowczo za mało jak na musical, gdzie słowa mówionego, a nie śpiewanego, można by ze świecą szukać. Plusami "Tajemnic lasu", które ratują projekt przed totalną katastrofą, są scenografia i kostiumy. Dzięki tej pierwszej udaje się choć po części odtworzyć mroczny klimat baśni braci Grimm, a od Colleen Atwood wielu mogłoby się uczyć. Nie dziwi więc, że to właśnie te dwa elementy zostały dostrzeżone przez Amerykańską Akademię Filmową i uhonorowane nominacjami do tegorocznych Oscarów.
Patrząc dalej po nominacjach, to po raz kolejny na liście kandydatek do statuetki znalazła się Meryl Streep. I z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że zasłużenie! Jej kreacja Czarownicy jest naprawdę wyjątkowa, dzięki czemu jako jedyna wyróżnia się z tłumu papierowych postaci. Tworząc karykaturalną i groteskową postać szalonej wiedźmy, przyćmiewa takich aktorów, jak: Emily Blunt ("Na skraju jutra") - dobrą, acz niewystarczającą; Anna Kendrick ("Zmierzch") - po raz kolejny zaszufladkowana; James Corden ("Masz talent") - za bardzo przerysowany; Chris Pine ("Jack Ryan: Teoria chaosu") - który po zniszczeniu postaci Ryana, zniszczył postać Księcia Kopciuszka; a nawet Johnny Depp ("Sekretne okno") - po raz kolejny udowadniający, że zagrać może wszystko, byleby tylko nie śpiewał. Wokalnie na wstępie przyciąga uwagę pokolenie najmłodszych - Daniel Huttlestone i Lilla Crawford - jednakże z każdą kolejną minutą ich udział na ekranie coraz bardziej irytuje, aniżeli fascynuje.
Podsumowując, dwa ciekawe momenty muzyczne, scenografia, kostiumy i Meryl Streep nie rekompensują poświęcenia dwóch godzin na to wątpliwej jakości dzieło. Marshall udowadnia, że "Chicago" to był szczyt jego możliwości, Lapine - że musical broadway'owy nie tak łatwo przenieść na duży ekran, zaś Sondheim - że tworzenie muzyki do tego gatunku nie jest jego najmocniejszą stroną. Nie wiem, jak bardzo zagorzałym miłośnikiem musicali trzeba być, by doszukać się w "Tajemnicach lasu" dodatkowych plusów. Osobiście odradzam marnowanie dwóch godzin na ich poszukiwanie i zalecam sięganie po tę produkcję wyłącznie w ostateczności.
poniedziałek, 29 grudnia 2014
Hobbit: Bitwa Pięciu Armii (2014)
Tytuł: Hobbit: Bitwa Pięciu Armii (The Hobbit: The Battle of the Five Armies)
Gatunek: Fantasy/Przygodowy
Reżyseria: Peter Jackson
Premiera: 25 grudnia 2014 (Polska), 1 grudnia 2014 (świat)
Ocena: 3+/6
Jedenaście lat po premierze "Władcy Pierścieni: Powrotu Króla", Peter Jackson raz jeszcze zabiera widzów do Śródziemia, wieńcząc swoją trylogię "Hobbita". Piszę "swoją", bo ekranizacja 200-stronicowej powieści Tolkiena rozciągnięta na trzy, wcale niekrótkie filmy, mocno odbiega od baśniowego oryginału. Pomijając "Silmarillion" i liczne zapiski Tolkiena, w których posiadaniu był Jackson, to i tak trylogia "Hobbita" została naszpikowana wątkami i wizjami samego reżysera. Czy Jacksonowi, mimo wszystko, udało się powtórzyć sukces "Powrotu króla"?
Trzecia część przygód Bilba i kompanii krasnoludów rozpoczyna się od ataku Smauga na miasto. Dzięki pomocy syna, Bardowi Łucznikowi udaje się pokonać siejącą spustoszenie bestię. Ocalali z pożogi ludzie udają się pod bramy Ereboru, by wypełnić obietnicę złożoną przez Thorina. Krasnoludzki władca, nie mogąc odnaleźć Arcyklejnotu, popada w coraz większe szaleństwo i nie ma zamiaru dzielić się skarbem Góry. Na miejsce przybywa również Thranduil z armią elfów, by odzyskać rodzinne klejnoty. Dawne waśnie i krasnoludzki upór prowadzą do nieuchronnego konfliktu. W tym czasie Galadriela przybywa na pomoc uwięzionemu przez Saurona Gandalfowi, a potężna armia orków pod wodzą Azoga kieruje się w stronę Góry, by rozprawić się z wrogami Czarnego Władcy.
Na wstępie warto wymienić plusy, które wyróżniają "Bitwę..." od poprzednich, mniej udanych części. Po pierwsze, muzyka - tym razem Jackson nie skupił się wyłącznie na kopiowaniu soundtracku z "Władcy Pierścieni" i wklejaniu go, gdzie się dało. Howard Shore stanął na wysokości zadania i pokazał, że nowa ścieżka dźwiękowa nie musi być wcale gorsza od starej. Po drugie, dbałość o szczegóły - cokolwiek by nie mówić, ale Jackson po mistrzowsku odtwarza Śródziemie, dbając nie tylko o walory wizualne, ale o różnice różnych ras, zamieszkujących świat Tolkiena. Mamy więc obraz pięknych, dumnych elfów, szybkich i zwinnych, których zbroje skrzą się złotem w pełnym słońcu; krasnoludów, lud waleczny, których potężne tarcze zatrzymują atak przewyższającego liczebnością przeciwnika; orków, symbolizujących ciemność, groźnych, silnych i szkaradnych. Dodajmy do tego ludzi, uzbrojonych we wszystko (od wideł po noże), którzy nijak mają się do majestatu Rohirrimów z "Powrotu króla", lecz nie ustępują im walecznością. Na końcu siły natury, potężne niedźwiedzie i ogromne orły, które pod wodzą czarodzieja Radagasta, przybędą ratować siły Śródziemia przed Sauronem. Po trzecie, obsada, która w przeważającej większości spisuje się na medal, ale o niej więcej w osobnym akapicie. Jeżeli ta wizualno-muzyczna otoczka komuś wystarcza, to wyjdzie z kina zadowolony.
Niestety, trzecia część "Hobbita", podobnie jak poprzednie, poległa fabularnie. Atak Smauga wydaje się być niepotrzebną wstawką, którą spokojnie można było zmieścić w "Pustkowiu..." (i oba filmy by na tym zyskały). Odsiecz, przybyła na ratunek Gandalfowi, jest bardziej emocjonująca, niż niekończąca się bitwa (walczący z Cieniami Saruman i pojedynek Galadrieli z Sauronem to prawdziwa wisienka na torcie). Później dostajemy konflikt trzech władców, który przypomina kłótnię dzieci w piaskownicy o łopatkę. Dłużące się pertraktacje pokojowe, poprzecinane popisem siły każdej ze stron, ledwo można zdzierżyć. W końcu, gdy zaczyna się tytułowa bitwa, a widzowie zamierają w fotel po bohaterskiej szarży krasnoludów, Jackson robi to, co w takich sytuacjach wychodzi mu najlepiej - przeciąga strunę do granic możliwości. Po pierwszym ataku, zapierającym dech w piersiach, zamiast dynamicznej walki dostajemy niekończącą się plejadę pojedynków (bo w końcu żadnego z bohaterów nie może zabraknąć na polu bitwy!). Znużenie osiąga taki poziom, że przymyka się oko na łamane na każdym kroku prawa fizyki i nielogiczne sytuacje. Oczywiście, Jackson, zapędzając się w swojej własnej bitwie w przysłowiowy kozi róg, kolejny raz ratuje sytuację orłami (no bo jakże by inaczej?). Po wszystkim - o dziwo! - reżyser pędzi na łeb na szyję, skracając, co się dało, dorzucając wymuszone powiązania z pierwotną Trylogią i szczątkowe wyjaśnienia, byleby tylko całość szybko zakończyć (i to jest naprawdę duży plus, bo jeżeli jeszcze katowałby finałem rodem z "Powrotu króla", skutecznie uśpiłby większą część widowni).
Powróćmy jeszcze na moment do obsady, bo grzechem byłoby przemilczeć ich niemałe starania. Od początków "Hobbita" prym wiodło dwóch aktorów - charyzmatyczny Martin Freeman (Bilbo) i rewelacyjny Richard Armitage (Thorin). Nie inaczej jest w trzeciej odsłonie serii, gdzie obaj panowie sprawdzają się wyśmienicie. Do tego przed szereg wychodzi Ryan Gage jako Alfrid, którego postać z początku miała być tylko akcentem humorystycznym, a wyszła z tego kreacja najbardziej irytującej kreatury pokroju Joffreya z "Gry o tron" (chociaż Gage'owi do Gleesona jeszcze sporo brakuje). Na uznanie zasługuje też niezastąpiona Cate Blanchett w (niestety epizodycznej) roli Galadrieli oraz Ian McKellen, kolejny raz perfekcyjnie wcielając się w Gandalfa Szarego.
Podsumowując, "Bitwa Pięciu Armii" to niezaprzeczalnie najlepsza cześć "Hobbita", ale jednocześnie jest gorsza od jakiejkolwiek części "Władcy Pierścieni". Pozostaje mieć nadzieję, że Peter Jackson skończył raz na zawsze ze Śródziemiem (i nie ma w planach ekranizacji - o zgrozo! - "Silmarillionu"). Na koniec mogę jedynie poradzić, że nie warto iść na seans 3D, bo aż takich trójwymiarowych wrażeń wizualnych, które rekompensowałyby wyższą cenę biletu, film Jacksona nie zapewnia.
wtorek, 11 listopada 2014
Dracula Historia Nieznana (2014)
Tytuł: Dracula Historia Nieznana (Dracula Untold)
Gatunek: Fantasy/Horror
Reżyseria: Gary Shore
Premiera: 17 października 2014 (Polska), 1 października 2014 (świat)
Ocena: 3-/6
Choć twórcą pierwszego utworu o Dzieciach Nocy jest John Polidori, to irlandzki pisarz Bram Stoker wykreował najsłynniejszego wampira w historii - Drakulę. Po 25 latach od wydania powieści doczekano się pierwszej próby przeniesienia jej na duży ekran. Tak powstał jeden z największych klasyków kina - niemiecki "Nosferatu - symfonia grozy". Dziewięć lat później pojawił się amerykański "Książę Dracula" z niepowtarzalną (i chyba najsłynniejszą) rolą Beli Lugosi. W 1958 roku za temat wzięli się Brytyjczycy, "Horrorem Draculi" rozpoczynając serię filmów z Christopherem Lee w roli głównej. Przez lata Dracula był praktycznie wszędzie - nawet na Dzikim Zachodzie w westernie "Billy the Kid kontra Dracula". Lata 90. przyniosły słynnego "Drakulę" Coppoli i komedię "Dracula - wampiry bez zębów". Dalej twórcy prześcigali się w interpretacji bohatera książki Stokera. Do wyścigu w tym roku dołączył Gary Shore, debiutant, który za cel postawił sobie opowiedzenie historii, której jeszcze - podobno - nie znaliśmy. Czy jego wersja ma szanse mierzyć się z klasykami kina?
Po latach tureckiej niewoli, Vlad zwany Palownikiem obejmuje władzę w swoim kraju, dając poddanym dziesięć lat pokoju i dobrobytu. Wszystko ulega zmianie, gdy podczas święta Wielkiej Nocy do zamku przybywa turecka delegacja, która - poza coroczną daniną - żąda od Vlada tysiąca chłopców, którzy mają zasilić ich armię. Odmowa Vlada ściąga na jego kraj gniew Mehmeda, władcy Turków, który wypowiada Palownikowi wojnę. W akcie desperacji Vlad wyrusza do mieszkającego w pobliskich górach potwora. Dobija z nim targu, wypija jego krew i zyskuje nadludzką siłę, odporność, szybkość i... łaknienie krwi. Vlad musi pohamować swoje pragnienie przez trzy dni, w przeciwnym razie zostanie wampirem na zawsze. Gdy wydaje się, że Drakuli uda się obronić kraj i wrócić do roli śmiertelnika, sprawy zaczynają przyjmować niekorzystny obrót.
Po "Królu Arturze" i "Herculesie" mamy okazję poznać bardziej "ludzką" stronę Drakuli. I pisząc o tym nie przesadzam, bo Gary Shore z krwawego i okrutnego pierwowzoru Vlada Palownika tworzy miłującego pokój obrońcę, zdolnego do niesamowitych poświęceń dla swojego ludu. Gloryfikacja tyrana przypomina trochę stalinowską propagandę - Shore nawet z brutalnej rzezi i nabijania na pal stworzył wzniosłą ideę narodowego bohatera. Jak od strony wizualnej "Draculi Historii Nieznanej" nie można niczego zarzucić (a liczne przemiany głównej postaci w chmarę nietoperzy podczas walki są naprawdę efektowne), tak od strony fabularnej film totalnie poległ. Począwszy od starego wampira, mieszkającego w pobliskich górach (o którym wiedzą miejscowi kapłani, ale dla Vlada jego obecność jest zaskoczeniem), poprzez zbytnie uproszczenia, skróty i niepotrzebne wątki, po nadnaturalne moce samego Drakuli (przy panowaniu nad pogodą zamiana w chmarę nietoperzy wydaje się być dziecinną zabawą). Shore ma ogromny problem z wprowadzaniem kolejnych postaci - pojawiają się one znikąd, nie do końca wiadomo, kim i po co są, a ich odejście nierzadko może zostać zwyczajnie przeoczone. Reżyser imieniem najsłynniejszego wampira chciał chyba wyłącznie przyciągnąć widzów do kin, bo sam Dracula z pierwowzorem Stokera ma niewiele wspólnego. Zakończenie prawdopodobnie - o zgrozo! - zwiastuje sequel, choć, niestety, Shore pokazał, że po jego Drakuli nie można spodziewać się niczego, poza efektownym widowiskiem. To jednak stanowczo za mało, by mierzyć się z klasykami.
Największym plusem obsadowym okazuje się być polski akcent w tej amerykańskiej produkcji. Jakub Gierszał w epizodycznej roli podwładnego Mehmeda jest tak charakterystyczny, że niejednokrotnie skrada całe sceny. Żeby było ciekawiej, przyćmiewa nawet beznamiętną rolę Dominica Coopera, którego postać Mehmeda wypada po prostu tragicznie. Luke Evans natomiast przegrywa ze swoją filmową żoną, Sarą Gadon. Charles Dance, znany szerszemu gronu jako lord Tywin z "Gry o tron", w filmie Shore'a chciał chyba stworzyć uwspółcześnioną wersję Nosferatu - niestety, wypada co najwyżej komicznie.
Podsumowując, tytułowa "historia nieznana" okazała się dobrze znaną wpadką fabularną i rewelacyjnym widowiskiem wizualnym. Właśnie to ostatnie mocno dźwiga ocenę do góry i może zadowolić tych widzów, którzy liczą wyłącznie na kilka ciekawych efektów. Dla zagorzałych miłośników Drakuli, film Shore'a może okazać się ogromną pomyłką i nieporozumieniem.
środa, 29 października 2014
Hercules (2014)
Tytuł: Hercules
Gatunek: Przygodowy
Reżyseria: Brett Ratner
Premiera: 25 lipca 2014 (Polska), 23 lipca 2014 (świat)
Ocena: 2-/6
Zaryzykuję stwierdzenie, że chyba żaden mitologiczny heros nie doczekał się tylu filmów o sobie, co Herkules. Dla wielu syn Zeusa kojarzy się z twarzą Kevina Sorbo, który wcielał się w tę rolę w jednym z najsłynniejszych seriali lat 90-tych. Mimo to, że tematyka wydaje się dość wyeksploatowana, twórcy prześcigają się w ukazaniu nowej historii Herkulesa. Tym razem z mitologicznym herosem postanowił się zmierzyć Brett Ratner (tak, to ten sam pan odpowiedzialny za "X-Men: Ostatni bastion"). Co udało się uzyskać z tego starcia?
Herkules, znany w całej Grecji siłacz i heros, jest najemnikiem, który wraz z grupą wiernych przyjaciół para się "krwawą robotą" za odpowiednie pieniądze. Pewnego dnia przybywa do niego Ergenia, córka Kotysa, króla Tracji, z prośbą o ratunek. W zamian za pomoc w zwalczeniu zdrajcy Resosa, dowodzącego armią centaurów maga, pustoszącego ich krainę, księżniczka obiecuje mu wielkie bogactwo. Nie wierząc w nadnaturalne moce przeciwnika, Herkules postawia podjąć się zadania. Okazuje się, że misja nie jest tak prosta, jakby się wydawało i może kosztować najemników życie.
Rok 2014 można by uznać za strasznie pomyślny dla syna Zeusa. Dwa niezależne od siebie filmy w tak krótkim czasie to w końcu prawdziwy sukces. Niestety, oba okazały się tragiczne w skutkach. Renny Harlin w "Legendzie Herkulesa" pokazał jeden z najnudniejszych filmów przygodowych w historii. Brett Ratner, w myśl "Króla Artura" Fuqua sprzed 10 lat, pragnie na siłę z Herkulesa wycisnąć zwykłego człowieka. I, podobnie jak Fuqua zniszczył legendę Rycerzy Okrągłego Stołu, tak Ratner zniszczył mit o synu Zeusa. Choć udało się dodać więcej akcji i przygody, niż u Harlina, to jednak wciąż za mało na wzbudzenie większych emocji. Sam reżyser nie do końca mógł się zdecydować, czy jego Herkules ma być w pełni człowiekiem, czy posiadać jednak nadludzką siłę. W efekcie, z jednej strony prezentuje słynne prace herosa jako zgrabne mistyfikacje i fantazje Jolaosa, z drugiej - ciosy bohatera miotają przeciwnikami po polu bitwy, a podniesienie kilkunastometrowego posągu Hery nie stanowi większego wyzwania. Sama fabuła jest do bólu przewidywalna, dłuży się, nuży i przypomina zręczną kopię wcześniej wspomnianego "Króla Artura" (nawet niektóre zwroty akcji i sceny wyglądają łudząco podobnie). Najgorsze jednak jest to, że wszystko, co z tej produkcji było najlepsze, zmieszczono w dwuminutowym zwiastunie.
Z obsadą, mimo usilnych starań, też szału nie ma. Dwayne Johnson niezaprzeczalnie lepiej prezentuje się w roli nadludzko silnego Herkulesa, niż wymuskany Kellan Lutz, jednakże jego gra nie powala na kolana. John Hurt i Joseph Fiennes nie trafili z rolami i wypadają nadzwyczaj karykaturalnie. Kotys (Hurt) przypomina nadekspresyjną i nieudaną wersję Priama z "Troi", zaś Eurysteusz (Fiennes) to żałosna parodia Kommodusa z "Gladiatora". Jedynym, którego miło się oglądało na ekranie, był Ian McShane, perfekcyjnie wiążący powagę sytuacji z komizmem swojej postaci - Amfiaraosa.
Podsumowując, pozycji Kevina Sorbo jako Herkulesa nikt nie zagroził. Okazało się, niestety, że film Ratnera nie tylko powielił część błędów swojego poprzednika ze stycznia, ale dodał też kilka własnych. Pozostaje mieć nadzieję, że w końcu zjawi się ktoś, kto z historii syna Zeusa stworzy kino przygodowe z prawdziwego zdarzenia, godne miejsca na filmowym Olimpie.
wtorek, 28 października 2014
Wojownicze żółwie ninja (2014)
Tytuł: Wojownicze żółwie ninja (Teenage Mutant Ninja Turtles)
Gatunek: Komedia/Akcja/Sci-Fi
Reżyseria: Jonathan Liebesman
Premiera: 8 sierpnia 2014 (Polska), 3 sierpnia 2014 (świat)
Ocena: 5+/6
Nowe wersje starych hitów rzadko kiedy wychodzą dobrze. Tegoroczna "Godzilla" wybroniła się głównie efektami, zaś do nowych wersji "Planety małp" nawet się lepiej nie zbliżać. Tym bardziej obleciał mnie strach na widok reżysera "Gniewu tytanów" i "Inwazji: Bitwy o Los Angeles" za kamerą najnowszej wersji "Wojowniczych żółwi ninja". Czy propozycja Liebesmana może mierzyć się z kultowym pierwowzorem sprzed ponad 20 lat?
April O'Neil to poszukująca sensacji dziennikarka, która stara się rozgryźć klan Stopy, terroryzujący Nowy Jork. Jej ciekawość i nieustępliwość doprowadzają ją do grupy, stawiającej opór bezlitosnemu gangowi - Wojowniczych Żółwi Ninja. Dzięki ich mistrzowi, szczurowi Splinterowi, April poznaje prawdziwą historię o nich i - ku jej zaskoczeniu - swojej przeszłości. Niestety, nie tylko młoda dziennikarka chciała znaleźć żółwie. Przywódca klanu Stopy, Shredder, pragnie je schwytać, by wraz ze swym uczniem odzyskać z ich krwi jedyną istniejącą próbkę mutagenu, przy pomocy którego chcą ziścić swój diaboliczny plan.
"Wojownicze żółwie ninja" Liebesmana to nie tylko pękająca w szwach od efektów specjalnych produkcja, gdzie zjawiskowe sceny, porywające pościgi i emocjonujące walki potrafią wgnieść w fotel. Ten film to istny wehikuł czasu, który za sprawą magii kina cofa widza o 20 lat, do czasów dzieciństwa, kiedy z zapartym tchem oglądało się w telewizji kolejny odcinek "Wojowniczych żółwi ninja". Liebesman zadbał o najdrobniejsze detale, od indywidualnych cech każdego z tytułowych bohaterów po wyjątkowy humor, jakże odmienny i charakterystyczny dla tej serii, a jednocześnie zmodyfikowany i uaktualniony do dzisiejszych czasów. Liebesman tchnął nowe życie w komiksy Mirage Studios i wykorzystał ku temu wszelkie możliwości, na jakie pozwala współczesna technika filmowa. Oczywiście, nie obyło się bez kilku potknięć, choć przy takiej wizualnej uciesze dla oka można wybaczyć nawet łamanie wszelkich praw fizyki. Największym grzechem twórców, którego nie udało się niczym przesłonić, jest schematyczna fabuła. I to nie z powodu powielania dobrze znanej serii, ale przez wykorzystanie wątków i motywów, wielokrotnie powtarzanych w innych filmach akcji. Niektóre sceny i zwroty akcji można przewidzieć z zamkniętymi oczami. W dodatku unowocześniona wersja Shreddera, któremu bliżej do Robocopa Nożycorękiego, aniżeli arcyłotra sprzed lat, nie każdemu może przypaść do gustu. Patrząc jednak na całokształt, plusy obrazu znacząco przewyższają swoją liczbą minusy, a "Wojownicze żółwie ninja" to gratka zarówno dla miłośników serii, jak i fanatyków ociekającego efektami specjalnymi kina akcji.
Trudno oceniać pracę aktorów, na których całościowo zostały nałożone komputerowe postaci, więc w przypadku tytułowych bohaterów brawa należą się grafikom i specom od efektów, którzy wykonali kawał porządnej roboty. Co do popisu warsztatowych umiejętności, na pochwały zasługują dwie panie z obsady. Pierwsza z nich to Megan Fox, odtwórczyni roli April, która naprawdę dobrze wczuła się w swoją postać i zatarła "plastkikowe wrażenie" po "Transformersach". Drugą jest niezastąpiona Whoopi Goldberg, która z epizodycznej roli Bernadette Thompson tworzy taką kreację, że aż chce się wołać o pomstę do nieba, że autorzy scenariusza nie pokwapili się o rozszerzenie jej kwestii.
Podsumowując, wszelkie obawy, jakie były przed seansem, błyskawicznie znikły. Nowa wersja "Wojowniczych żółwi ninja" to wizualna perełka okraszona soczystym humorem, która inny odgrzewany tytuł - "Godzillę" - zostawia daleko w tyle. Film Liebesmana to obraz, do którego chętnie będę wracać.
niedziela, 6 lipca 2014
Noe: Wybrany przez Boga (2014)
Tytuł: Noe: Wybrany przez Boga (Noah)
Gatunek: Dramat/Fantasy
Reżyseria: Darren Aronofsky
Premiera: 28 marca 2014 (Polska), 10 marca 2014 (świat)
Ocena: 2/6
Darren Aronofsky dał się poznać jako reżyser filmów nietuzinkowych. Jego "Requiem dla snu", "Źródło" czy "Czarny łabędź" na stałe zapisały się na kartach historii kina. Tym razem postanowił - z wielkim rozmachem - ukazać własną wersję biblijnej opowieści o Noem, jego Arce i wielkim potopie. Czy i tym razem Aronofsky zaserwował nam Wielkie Kino?
Gatunek: Dramat/Fantasy
Reżyseria: Darren Aronofsky
Premiera: 28 marca 2014 (Polska), 10 marca 2014 (świat)
Ocena: 2/6
Darren Aronofsky dał się poznać jako reżyser filmów nietuzinkowych. Jego "Requiem dla snu", "Źródło" czy "Czarny łabędź" na stałe zapisały się na kartach historii kina. Tym razem postanowił - z wielkim rozmachem - ukazać własną wersję biblijnej opowieści o Noem, jego Arce i wielkim potopie. Czy i tym razem Aronofsky zaserwował nam Wielkie Kino?
Noe jest potomkiem Seta, syna Adama i Ewy, który żyje w zgodzie z naturą i boskimi prawami. Gdy świat jest opanowywany i niszczony przez potomków Kaina, Noego nawiedzają wizje wielkiej powodzi. Wraz z rodziną i upadłymi aniołami, zwanymi Strażnikami, konstruuje Arkę, by uratować niewinne stworzenia i spełnić wolę Boga.
Aronofsky miał do dyspozycji gotową fabułę, bazującą na komiksie własnego autorstwa, znanych i utalentowanych aktorów, swoje niemałe doświadczenie za kamerą i budżet rzędu 130 milionów dolarów. Wydawać by się mogło, że nic więcej nie potrzeba do ukazania apokaliptycznej wizji dramatycznych losów wybrańca Boga. A jednak! Aronofsky postanowił oszczędzić nam wielce moralizatorskich kwestii rodem z religijnych nauk. W zamian otrzymaliśmy przewartościowany film fantasy, zbudowany na pomyłkach, potknięciach i absurdach. Zbyt duże aspiracje reżysera do stworzenia epickiego kina bitew, kataklizmów i nadprzyrodzonych istot spowodowały, że po seansie widz głowi się, na co tak naprawdę zostało wydane te 130 milionów. Aronofsky przemienił pobożnego Noego w walecznego fanatyka religijnego, rzucającego się w wir walki bez opamiętania i wychodzącego z każdych pojedynków obronną ręką niczym biblijny Bruce Lee z Excaliburem króla Artura w ręce. Do swojej pomocy ma upadłe anioły, które w żadnym wypadku nie przypominają jakichkolwiek upadłych aniołów, znanych z innych filmów. W wizji Aronofsky'ego wyglądają jak zlepki kamiennych głazów, którym bliżej do Transformersów niż Rycerzy Niebios. Po drugiej stronie mamy liczny, barbarzyński lud potomków Kaina, dowodzonych przez groźnego Tubal-Kaina, który wiedząc o zagrożeniu zbliżającej się powodzi tylko ze znanych sobie powodów czeka z jakimkolwiek atakiem do momentu rozpoczęcia kataklizmu (mimo tego, że cały czas dysponuje potężniejszymi siłami i bez większych problemów mógłby przejąć Arkę). Poza tym, dziur scenariuszowych w filmie jest tyle, że na wymienienie wszystkich można by poświęcić osobny tekst (począwszy od sztucznie nakręcanego konfliktu Noego z Chamem, po samego Tubal-Kaina, który ukrywał się na Arce - miejscu o wyjątkowo ograniczonej przestrzeni - przez dziewięć miesięcy i nikt go nie znalazł!). Jeżeli ktoś łudzi się, że w zamian za spójną historię reżyser zaoferował wyjątkowe efekty specjalne, to pragnę wyprowadzić z błędu - poza komputerowymi do bólu efektami, kamiennymi Strażnikami i kilkoma minutami fali powodzi, Aronofsky poskąpił wizualnych dodatków, którymi mógłby - przy takim budżecie - z całą pewnością zakryć własne niedociągnięcia. Złe wrażenie stara się osłodzić ckliwym zakończeniem i wzruszającym morałem, ale niesmak nadal pozostaje.
Gwoździem do trumny całego projektu okazała się - o dziwo - obsada. Choć Russell Crowe, zmieniający Noego w Maximusa z "Gladiatora", wypada całkiem nieźle, to pozostali aktorzy wołają o pomstę do nieba. Jennifer Connelly to nie jest już ta sama osoba, co dziesięć lat temu - wraz z wiekiem przybyło jej zmarszczek i ubyło talentu. Emma Watson tak bardzo stara się być przekonująca, że aż przesadnie ocieka ekspresją, przez co wypada karykaturalnie. Anthony Hopkins po raz kolejny potwierdza, że z uporem maniaka woli dogorywać przed kamerą, niż przejść na zasłużoną emeryturę. Logana Lermana rola Chama po prostu przerosła - powinien wrócić do Percy'ego Jacksona, postaci, w odgrywaniu której się w miarę odnajdywał. Ray Winstone pomylił granie z bywaniem na ekraniem. I co, u licha, starał się wykreować Douglas Booth, poza robieniem sztucznego tłoku w kadrze?!
Podsumowując, polskich tłumaczy mocno poniosła fantazja, dodając do oryginalnego tytułu wyrażenie "Wybrany przez Boga". Gdyby takich wyborów w rzeczywistości dokonywał Ten Na Górze, to z czystym sumieniem moglibyśmy przestać nazywać go "nieomylnym". Miłośnikom kina Aronofsky'ego radzę, by "Noego" omijali możliwie największym łukiem.
środa, 2 lipca 2014
X-Men: Przeszłość, która nadejdzie (2014)
Tytuł: X-Men: Przeszłość, która nadejdzie (X-Men: Days of Future Past)
Gatunek: Akcja/Sci-Fi
Reżyseria: Bryan Singer
Premiera: 23 maja 2014 (Polska), 10 maja 2014 (świat)
Ocena: 4+/6
Osiem lat temu Brett Ratner we współpracy ze scenarzystą Simonem Kinbergem wypuścili trzecią odsłonę X-Menów: "Ostatni bastion". W tym przypadku tytuł okazał się bardziej trafny, niż przewidywano - po usunięciu kilku kluczowych postaci kontynuacja serii stanęła pod wielkim znakiem zapytania. W efekcie mogliśmy poznać bliżej historię Wolverine'a ("Geneza"), a także początki szkoły mutantów ("Pierwsza klasa"). Po latach za kamerą usiadł ponownie Bryan Singer, by naprawić to, co Ratner popsuł. Czy udało mu się uratować historię X-Menów?
Przyszłość. Garstka X-Menów stara się przetrwać wojnę ze Strażnikami - potężnymi automatami, posiadającymi umiejętność przejmowania mocy mutantów. Osaczeni przez wrogów decydują się wysłać w przeszłość Wolverine'a, by powstrzymał Mystique przed zabójstwem doktora Traska - twórcy programu "Strażnicy". W tym celu musi odnaleźć i zjednoczyć młodego Charlesa Xaviera i Erika Lehnsherra. Rozpoczyna się szaleńczy wyścig z czasem, w którym stawką jest życie wszystkich mutantów.
Bryan Singer i Simon Kinberg mieli trudny orzech do zgryzienia. Na ich barkach nie tylko spoczął ciężar udźwignięcia dwóch płaszczyzn czasowych, ale również zachowanie spójności fabuły z pierwotną trylogią, próba naprawienia błędów poprzednika i załatanie dziur fabularnych. Singer poszedł po najprostszej - z pozoru - linii oporu i zamiast wszystko odkręcać, postanowił cała historię... skasować. I napisać na nowo przy pomocy rąk i pazurów Wolverine'a. Tym samym pozbył się Ratnera i otworzył furtkę dla kolejnych filmów z serii (podobnie jak w "Ostatnim bastionie", tak i tutaj należy przeczekać napisy końcowe). Nie dość, że udało mu się zatrzeć złe wrażenie sprzed ośmiu lat, to jeszcze pokazał talent w spójnym prowadzeniu historii na dwóch płaszczyznach. W dodatku udaje mu się utrzymać dobre (wartkie?) tempo, zaś całość - choć do przewidzenia - trzyma widza w napięciu do samego końca. Singer, na całe szczęście, nie przesadza z efektami specjalnymi, których nadmiar gwarantowałby w tym całym natłoku fabularnym swoisty zawrót głowy. Wizualne zagrywki są tu jedynie dodatkiem - wymaganym, acz nie wymuszonym. Oczywiście, nie obyło się bez potknięć. Pomijając naciągniętą do granic wytrzymałości fabułę, Singer jedną ręką łatał dziury w historii, a drugą kopał nowe (choć w wyniku końcowym i tak wyszedł na swoje).
Niestety, ogrom obrazu, jaki miał do pokazania Singer, spowodował, że niewiele miejsca zostało dla aktorów. Iana McKellena i Patricka Stewarta starają się zastąpić ich młodsi odpowiednicy - Fassbender i McAvoy. Z niezbyt pozytywnym skutkiem. Takie osoby, jak Jennifer Lawrence, Nicholas Hoult, Halle Berry, czy Ellen Page z powodu scenariuszowych ram schodzą na drugi (a nawet trzeci) plan, zaś ich "czas antenowy" okupuje wiodący prym od pierwszej części Hugh Jackman. Nawet obecność Petera Dinklage'a ginie gdzieś pod tym natłokiem informacji, wątków i bohaterów.
Podsumowując, Singer przywrócił wykolejonych X-Menów na dobry tor. Pozostaje teraz uzbroić się w cierpliwość i poczekać do premiery "X-Men: Apocalypse", by sprawdzić, czy kasacja całej historii wyszła mutantom na dobre.
wtorek, 3 czerwca 2014
Czarownica (2014)
Tytuł: Czarownica (Maleficent)
Gatunek: Familijny/Fantasy
Reżyseria: Robert Stromberg
Premiera: 30 maja 2014 (Polska), 28 maja 2014 (świat)
Ocena: 5+/6
W 1959 roku premierę miała jedna z najlepszych animacji wytwórni Disney'a - "Śpiąca królewna". Po ponad 50 latach historia Aurory i wiedźmy Diaboliny doczekała się kolejnej odsłony. Jak znana wszystkim baśń wypadła w rękach debiutującego za kamerą Roberta Stromberga?
Młoda Diabolina, wróźka z magicznej Kniei, poznaje Stefana, chłopca-złodziejaszka, pochodzącego z królestwa ludzi. Niespodziewana znajomość szybko przeradza się w uczucie. Niestety, owładnięty żądzą władzy i bogactwa Stefan zdradza Diabolinę. Zraniona wróżka poddaje się siłom mroku i opanowuje Knieję. Chcąc zemścić się na dawnym ukochanym, rzuca klątwę na jego nowo narodzoną córkę - Aurora w dniu szesnastych urodzin ukłuta wrzecionem zapadnie w wieczny sen.
Próba odświeżenia perły ze skarbca Disney'a niechybnie skończyłaby się porażką. Toteż twórcy, sięgając po rozum do głowy, postanowili opowiedzieć znaną wszystkim historię z nieznanej dotąd perspektywy - samej Diaboliny. Przedstawienie motywów, które popchnęły ją na złą ścieżkę, stanowią nie tylko swoistą próbę rozgrzeszenia Złej Czarownicy. Twórcy pragną obalić ideały, którymi przesiąknięta była "Śpiąca królewna". Nie ma jednoznacznego podziału na dobrych i złych, ludzi przepełnia pycha, zaś żądze prowadzą ich do skrajnych czynów, miłość od pierwszego wejrzenia nie istnieje, a przysłowiowy "książę z bajki" to oferma i ciamajda. Przepełnioną magią baśń skrywa mrok, a "dziecięca opowieść" zmienia się w dojrzałą historię, niosącą lekcje i wartości przede wszystkim widzom dorosłym. "Czarownica" nie jest - jak jej pierwowzór - piękną bajką dla dzieci. Robert Stromberg (dwukrotny zdobywca Oscara za scenografię do "Avatara" i "Alicji w Krainie Czarów") prezentuje nam swoje doświadczenie i umiejętności, przeplatając pełen goryczy dramat Diaboliny z zapierającymi dech w piersi magicznymi krajobrazami, iskrzącymi scenami i epickimi walkami. Efekty specjalne ucieszą niejedno oko, a wyważone proporcje między akcją a snuciem moralnie dualistycznej opowieści (pełnej emocji i wzruszeń) zaintrygują i zaciekawią do samego końca. Całe szczęście Stromberg nie poszedł w ślady Petera Jacksona i prostej baśni nie przesłonił spektakularnym widowiskiem. Baśń to baśń, nic ponadto - zarówno dla młodszych (lecz niekoniecznie tych najmłodszych), jak i starszych widzów.
Oczywiście, cały film nie istniałby bez tytułowej bohaterki, której niepowtarzalną kreację zaprezentowała Angelina Jolie. Ta wyśmienita aktorka tak perfekcyjnie wczuła się w złożoną postać Diaboliny, że Stromberg lepiej nie mógł wybrać. Świetnie spisuje się również mniej znany aktor - Sam Riley - w udanej kreacji Diavala. Potknięciem reżysera był dobór odtwórczyni Aurory - Elle Fanning, która, pomimo naprawdę dużej ilości włożonej pracy, nijak nie pasuje do roli Śpiącej Królewny. Imelda Staunton, do której - stety lub niestety - przyczepiła się łatka Dolores Umbridge z "Harry'ego Pottera", niezbyt przekonująco wypada jako Czerwona Wróżka. Podobnie nie spisują się Lesley Manville i Juno Temple - w "Czarownicy" postaci Dobrych Wróżek zostały na tyle okrojone, że zabrakło im tego "czegoś", co miały ich pierwowzory sprzed 50 lat. Za duży plus można uznać ograniczoną do epizodu rólkę Brentona Thwaitesa, który jako książę Filip bardziej przypomina porcelanową lalkę niż odważnego rycerza.
Podsumowując, "Czarownica" to zarówno nowa, nieznana dotąd historia, jak i pewnego rodzaju uzupełnienie "Śpiącej Królewny". Ze Strombergiem za kamerą Disney stanął na wysokości zadania. Po seansie (wartym obejrzenia w 3D!) można powiedzieć, że "nie taka Diabolina straszna, jak ją malują".
środa, 28 maja 2014
Akademia wampirów (2014)
Tytuł: Akademia wampirów (Vampire Academy)
Gatunek: Fantasy/Komedia/Akcja
Reżyseria: Mark Waters
Premiera: 21 marca 2014 (Polska), 7 lutego 2014 (świat)
Ocena: 2-/6
Po "Zmierzchu" i "Darach anioła" kinowej wersji doczekał się kolejny młodzieżowy bestseller - "Akademia wampirów". Muszę przyznać, że zwiastun, który miał wypromować prozę R. Mead, był tak drętwy i sztuczny, że strach mnie oblatywał na samą myśl o obejrzeniu całości. Czy film Marka Watersa jest bardziej zjadliwy, niż jego zwiastun?
Gatunek: Fantasy/Komedia/Akcja
Reżyseria: Mark Waters
Premiera: 21 marca 2014 (Polska), 7 lutego 2014 (świat)
Ocena: 2-/6
Po "Zmierzchu" i "Darach anioła" kinowej wersji doczekał się kolejny młodzieżowy bestseller - "Akademia wampirów". Muszę przyznać, że zwiastun, który miał wypromować prozę R. Mead, był tak drętwy i sztuczny, że strach mnie oblatywał na samą myśl o obejrzeniu całości. Czy film Marka Watersa jest bardziej zjadliwy, niż jego zwiastun?
Rose Hathaway i Lissa Dragomir są przyjaciółkami. Ta pierwsza jest Dhampirem, szkolącym się na strażniczkę. Ta druga należy do Morojów, arystokratycznych wampirów władających magią. Po wypadku samochodowym, w którym zginęli rodzice Lissy i jej brat, dziewczyny uciekły z Akademii św. Władimira i ukrywały się przez rok. Zostają w końcu znalezione przez grupę strażników, dowodzonych przez Dimitra, i odprowadzone do szkoły. Choć grube mury i zabezpieczenia Akademii mają je chronić przed Strzygami, to prawdziwe niebezpieczeństwo czai się wewnątrz budynku szkoły.
Na wstępie należy podkreślić, że świat przedstawiony przez Mead rozkłada na łopatki postać wampira bardziej, niż brokatowi wegetarianie pióra Meyer. Podział Dzieci Nocy na trzy grupy (Dhampirów - pół-ludzi, pół-wampirów; Morojów - śmiertelnych, starzejących się i podatnych na choroby wampirów władających żywiołami; Strzygi - upadłe (?!) wampiry, złe, potężne i krwiożercze) odstraszy niejednego entuzjastę tej tematyki. Mead, a za jej modłą Waters, umieszczają młode wampiry w szkole, gdzie muszą stawić czoła szkolnym problemom (tj. lekcje, plotki i miłostki). Jednakże pisarka, mimo że swoją serią wbiła ostatni gwóźdź do trumny Lestata Anny Rice, potrafiła czytelnika zaintrygować i zaciekawić. Prosty tekst wciągał i w pewien sposób magnetyzował. To, co Mark Waters zrobił z Akademią, woła o pomstę do nieba. I nie chodzi tylko o to, że film jest gorszy od książki, bo to jest sprawa oczywista praktycznie w każdym przypadku. Chaotycznie prowadzona fabuła, poskracane wątki i skakanie po scenach mogą wprowadzić w konsternację nawet czytelników oryginału. Bohaterowie (poza Rose) są beznamiętni, sztuczni i sztywni. Aktorzy, którzy ich grają, wybierani chyba byli na zasadach gry losowej, bo praktycznie nikt do nikogo nie pasuje. Akcji, której nie brakowało w książce, i efektów, którymi reżyser mógł nacieszyć oko widza i przesłonić ogrom niedociągnięć, jest tu tyle, co kot napłakał. Okazuje się, że tragiczny zwiastun nie miał w żadnym razie zachęcać do seansu. On miał służyć jako przestroga.
Jeżeli narzekałem na dobór aktorów w "Darach anioła", to cofam wszystkie słowa! "Akademia wampirów" pod tym względem jest niezastąpiona. Jedyna, która w miarę się sprawdza, jest Zoey Deutch jako Rose. Lucy Fry (Lissa) utwierdza widza w przekonaniu, że czytał inną książkę niż reżyser. Danila Kozlovsky (Dimitr) i Dominic Sherwood (Christian) sami chyba nie wiedzą, jak tutaj trafili. Gabriel Byrne (Victor) pewien swój wkład w historię kina ma, więc w filmie Watersa ogranicza się wyłącznie do tego, żeby być. Cudowna Olga Kurylenko, która potrafiła wykrzesać iskrę z takich produkcji, jak "Centurion" czy "Niepamięć", w sztywnym stroju kiczu i tandety dyrektor Kirovy najzwyczajniej w świecie została pokonana.
Podsumowując, jeżeli zwiastun jakiegokolwiek filmu jest tandetny, to znaczy, że film będzie albo tandetny, albo jeszcze gorszy (czego potwierdzeniem jest porażka Watersa). Jeżeli zwiastun jakiegokolwiek filmu jest niesamowity i zapiera dech w piersiach, to nic nie znaczy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














































